Zwierciadło Podcasty podcast artwork

PODCAST · health

Zwierciadło Podcasty

„Zwierciadło Podcasty” to rozmowy o psychologii, kulturze, wychowaniu, podróżach i dobrym życiu.Naszymi gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.

Publisher-supplied feed metadata · PodParley refreshed Sep 9, 2026 · Source feed

  1. 405

    „Cały nasz styl życia idzie w wątrobę”. Prof. Bożena Muszyńska o terapeutycznej leśnej triadzie, która odmładza i działa przeciwzapalnie | „Jak zdrowie”, odc. 22

    „Grzyb kamforowy został nazwany złotem Tajwanu” – mówi prof. Bożena Muszyńska, mykolożka, która w 22. odcinku podcastu „Jak zdrowie” opowiada, dlaczego ten niezwykły gatunek od lat fascynuje badaczy. Antrodia camphorata rośnie naturalnie tylko na Tajwanie, na endemicznym cynamonowcu, a dziś jego wyhodowana grzybnia trafia także do preparatów dostępnych w Polsce. Co sprawia, że zainteresowano się nim właśnie w kontekście wątroby? I czy grzyby, które znamy z lasu i kuchni, rzeczywiście mogą mieć więcej prozdrowotnych właściwości, niż dotąd sądziliśmy? Sponsorem odcinka jest Qpharma producent suplementu diety LivIntro.Jeden z najbardziej zakorzenionych stereotypów mówi, że grzyby są ciężkostrawne i kaloryczne. Prof. Muszyńska proponuje spojrzeć na ten temat inaczej. Jej zdaniem uczucie sytości po zjedzeniu nawet niewielkiej porcji może mieć związek z obecnością składników odżywczych, które oddziałują na jelita i układ regulujący apetyt.Właśnie dlatego grzyby są dziś przedmiotem zainteresowania naukowców zajmujących się m.in. otyłością i metabolizmem. Ekspertka zwraca uwagę na ich wpływ na środowisko jelitowe oraz na procesy związane z produkcją neuroprzekaźników, w tym GLP-1, który uczestniczy w regulacji apetytu i sytości. Nie należy jednak wyciągać z tego wniosku, że zjedzenie porcji pieczarek działa jak lek z grupy analogów GLP-1. Mechanizmy biologiczne są znacznie bardziej złożone.Pieczarka? Zwykła tylko z pozoruJeśli ktoś uważa, że po wartościowe grzyby trzeba koniecznie jechać do lasu, czeka go niespodzianka. Jednym z bohaterów rozmowy jest bowiem pieczarka – grzyb tak powszechny, że łatwo przestać go zauważać.Polska przez lata była jednym z liderów uprawy pieczarek, choć – jak mówi prof. Muszyńska – w ostatnim czasie spadliśmy pod tym względem na czwarte miejsce. Problem w tym, że produkt łatwo dostępny i niedrogi rzadko budzi skojarzenia z czymś szczególnie cennym. A szkoda.Wśród grzybów jadalnych jest zresztą znacznie więcej interesujących gatunków. Boczniaki należą do tych najlepiej przebadanych pod kątem układu krążenia i zdrowia kości. Lakownica jest kojarzona m.in. z działaniem wspierającym układ sercowo-naczyniowy, a także z wyciszeniem. Soplówka jeżowata z kolei od lat przyciąga uwagę badaczy ze względu na potencjalne oddziaływanie na układ nerwowy.„Złoto Tajwanu” dla wątrobyNajbardziej fascynującym bohaterem rozmowy jest Antrodia camphorata – grzyb kamforowy występujący naturalnie na Tajwanie, związany z tamtejszym endemicznym drzewem cynamonowym. Prof. Muszyńska opowiada o historii zainteresowania tym gatunkiem określanym mianem „złota Tajwanu”.Dlaczego właśnie on wzbudza zainteresowanie w kontekście wątroby? Jak tłumaczy ekspertka, zainteresowanie jego właściwościami zaczęło się od obserwacji osób, które spożywały grzyb i jednocześnie nadużywały alkoholu. To jednak punkt wyjścia do badań, a nie dowód na to, że Antrodia camphorata może neutralizować skutki picia alkoholu czy zapobiegać chorobom wątroby.Właśnie z tego gatunku korzysta suplement diety LivAntro, sponsor ósmego odcinka podcastu „Jak zdrowie”. Produkt łączy liofilizowaną grzybnię Antrodia camphorata w formie ProAntro® z Vitacholine®, czyli formą choliny. Jedna kapsułka zawiera 300 mg ProAntro® oraz 200 mg Vitacholine®, w tym 85,5 mg choliny. Według informacji produktowej cholina przyczynia się do prawidłowego funkcjonowania wątroby i utrzymania prawidłowego metabolizmu tłuszczów. LivAntro jest suplementem diety przeznaczonym dla dorosłych i nie powinien być traktowany jako zamiennik leczenia ani zróżnicowanej diety.W rozmowie prof. Muszyńska zwraca uwagę na jeszcze jedną rzecz: jeśli chcemy mówić o działaniu profilaktycznym żywności czy składników grzybów, znaczenie ma regularność. Nie chodzi więc o jednorazowy „detoks” po ciężkim weekendzie. Wątroba nie potrzebuje cudownej kuracji raz na jakiś czas, lecz przede wszystkim rozsądnego stylu życia. A jak zauważa ekspertka, „cały nasz styl życia idzie w wątrobę”.

  2. 404

    „Kryzys często odbywa się w ciszy”. Co naprawdę pomaga w wychodzeniu z życiowego dołka? | „Kryzys wieku każdego” odc. 1

    „Kryzys nie zawsze przychodzi wtedy, kiedy wszystko się wali” - mówią w premierowym odcinku nowego podcastu Zwierciadła „Kryzys wieku każdego” prof. Robert Kowalczyk, seksuolog i prof. Katarzyna Waszyńska, psycholożka. Czy rzeczywiście każdy impas musi oznaczać, że coś w naszym życiu poszło nie tak? A może właśnie wtedy, gdy dotychczasowe sposoby radzenia sobie przestają działać, pojawia się szansa na zbudowanie siebie na nowo? O tym, czym naprawdę jest kryzys, jak odróżnić go od zwykłych trudności i dlaczego lęk tak często udaje intuicję rozmawia Ewa Podsiadły-Natorska.W potocznym języku kryzys brzmi jak alarm. Kojarzy się z czymś, co trzeba jak najszybciej naprawić, przetrwać albo z czegoś się wydostać. Tymczasem psychologiczne rozumienie kryzysu jest znacznie szersze. Może pojawić się w odpowiedzi na wydarzenie zewnętrzne – chorobę, utratę pracy, rozpad związku – ale równie dobrze może być efektem przemiany, która dokonuje się w nas.Jak zauważa terapeuta i seksuolog kliniczny, prof. Robert Kowalczyk, kryzys pojawia się w momencie, gdy dotychczasowe sposoby radzenia sobie z rzeczywistością przestają wystarczać. Nie musi więc oznaczać katastrofy. Czasem jest sygnałem, że znaleźliśmy się w nowym miejscu, ale jeszcze nie mamy odpowiednich narzędzi, żeby się w nim odnaleźć.Z podobnej perspektywy patrzy na kryzys prof. Katarzyna Waszyńska. Przypomina, że przełomowe wydarzenia są tylko jedną z jego odsłon. Kryzys może pojawić się także w okresach przejścia – między jednym etapem życia a drugim. Przykładem jest dojrzewanie, ale takich momentów mamy znacznie więcej: wejście w dorosłość, rodzicielstwo, zmiana pracy, rozstanie, menopauza czy późniejsza refleksja nad tym, co właściwie chcemy zrobić z kolejnymi dekadami życia.„Mam wszystko, ale nie wiem, po co mi to”Kryzys nie zawsze łatwo rozpoznać, bo człowiek może długo funkcjonować pozornie bez zarzutu. Pracować, wychowywać dzieci, rozwijać karierę, mieć udany związek i stabilność finansową. A jednak pewnego dnia pojawia się pytanie, którego wcześniej nie było: czy ja właściwie jestem szczęśliwy?W gabinetach specjalistów pojawiają się też osoby przeżywające kryzys tożsamości, wątpliwości dotyczące własnej seksualności czy poczucie utknięcia w pracy, która nie daje satysfakcji. Kryzys może dotyczyć również związku. Co ciekawe, coraz częściej pary nie czekają, aż sytuacja stanie się naprawdę trudna. Zgłaszają się po pomoc wcześniej, z intencją poprawienia jakości relacji.To ważna zmiana w myśleniu o terapii. Nie trzeba doprowadzić związku do ściany, żeby zacząć nad nim pracować.Nie każda trudność jest kryzysemW epoce, w której psychologia stała się częścią codziennego języka, łatwo nadać trudnym doświadczeniom konkretną etykietę. Mówimy o wypaleniu, traumie, kryzysie, lęku. Nazwanie problemu może przynieść ulgę, ale nie zawsze pomaga.Prof. Katarzyna Waszyńska zwraca uwagę, że nie każda sytuacja problemowa jest sytuacją kryzysową. Prof. Robert Kowalczyk dodaje, że dla osoby szukającej pomocy sama diagnoza nie zawsze jest najważniejsza. W jego ocenie ma ona służyć przede wszystkim terapeucie, który dzięki niej może dobrać odpowiednie narzędzia.Kiedy lęk udaje intuicjęJednym z najbardziej podstępnych elementów kryzysu jest lęk. Potrafi być tak przekonujący, że zaczynamy traktować go jak wiedzę o przyszłości. „Czuję, że coś złego się wydarzy” – ile razy taka myśl została uznana za przeczucie, choć w rzeczywistości była efektem napięcia?Prof. Katarzyna Waszyńska zauważa, że wiele osób myli lęk z przewidywaniem przyszłości. Na jego podstawie tworzymy czarne scenariusze, które najczęściej się nie sprawdzają. Prof. Robert Kowalczyk spotyka osoby przekonane, że mają szczególną „intuicję do niedobrych wydarzeń”. Za takim przekonaniem często stoi jednak emocja – właśnie lęk.

  3. 403

    Jak być zadbaną na wielu poziomach, a nie „zrobioną”? Katarzyna Nozderko o tym, co naprawdę przyspiesza starzenie | „Ukryte piękno” odc. 34

    „Stres i przestymulowanie na wielu poziomach, także duchowym, powoduje, że się starzejemy” – mówi Katarzyna Nozderko, kosmetolożka i założycielka marki estGen. Dziś coraz częściej okazuje się, że o tym, jak wyglądamy, decyduje nie tylko metryka i geny. Sen, stres, dieta, ruch, kondycja jelit, a nawet sposób, w jaki funkcjonujemy na co dzień, mogą przyspieszać albo spowalniać procesy starzenia. Czy zatem najlepsze strategie anti-aging zaczynają się nie w gabinecie medycyny estetycznej, lecz… w naszym stylu życia? Sponsorem podcastu jest polska marka kosmetyczna estGen.Jednym z największych przeciwników zdrowej skóry okazuje się coś, czego nie da się zamknąć w słoiczku: przewlekłe napięcie.Stres nie jest wyłącznie stanem psychicznym. Długotrwałe funkcjonowanie w trybie mobilizacji wpływa na cały organizm, a skóra – jako jego największy organ – również reaguje na przeciążenie. Gorsza regeneracja, zaburzona bariera hydrolipidowa, większa reaktywność czy ziemisty, zmęczony wygląd mogą być częścią tej historii.Zdaniem Nozderko największym problemem współczesności jest stres i przestymulowanie na wielu poziomach. Nie chodzi przy tym wyłącznie o tempo życia. Przebodźcowanie może dotyczyć również samej pielęgnacji i medycyny estetycznej.W świecie, w którym łatwo wpaść w spiralę poprawiania kolejnych elementów twarzy, granica między dbaniem o siebie a nieustannym poszukiwaniem defektów staje się coraz mniej wyraźna.Kiedy pielęgnacja zaczyna szkodzić?Jeszcze kilka lat temu im bardziej rozbudowana była rutyna pielęgnacyjna, tym większe wrażenie robiła. Kilkanaście kosmetyków, kwasy, retinoidy, peelingi, urządzenia do domowych zabiegów – pielęgnacja mogła przypominać małe laboratorium.Dziś coraz częściej wracamy do pytania, czy skóra rzeczywiście potrzebuje aż tak wiele.Nadmiar nie zawsze oznacza lepszy efekt. Bariera skórna może zostać przeciążona, a agresywne łączenie składników i częste procedury zamiast poprawiać wygląd, prowadzić do podrażnień i zaburzenia równowagi skóry. W efekcie pojawia się paradoks: im intensywniej próbujemy ją „naprawiać”, tym gorzej wygląda.„Medycyna estetyczna staje się kompulsją, która przykrywa problemy natury psychicznej” – zauważa kosmetolożka. To mocne zdanie, ale trafia w coraz ważniejszą dyskusję: gdzie kończy się świadoma troska o wygląd, a zaczyna presja, by nieustannie eliminować oznaki upływającego czasu?Zadbana, nie „zrobiona”W estetyce pojawia się dziś wyraźny zwrot. Coraz więcej osób nie chce już wyglądać młodziej za wszelką cenę. Chce wyglądać zdrowo, świeżo i adekwatnie do siebie.Zmiana jest subtelna, ale znacząca. Zamiast pytania „co zrobić, żeby nie było widać mojego wieku?”, pojawia się inne: „co zrobić, żeby moja skóra była w dobrej kondycji?”. To przesunięcie akcentu z walki z metryką na dbanie o organizm.Naturalność nie musi oznaczać rezygnacji z kosmetologii czy medycyny estetycznej. Chodzi raczej o proporcje i intencję. Zabieg może być elementem świadomej pielęgnacji, ale nie powinien stawać się odpowiedzią na każdy gorszy dzień, każdą zmarszczkę czy każdą chwilę zwątpienia we własny wygląd.W tym podejściu kosmetolog przestaje być osobą, która po prostu dobiera procedurę. Staje się kimś, kto pomaga zrozumieć, dlaczego skóra zachowuje się właśnie tak, a nie inaczej.Odmładzanie zaczyna się wcześniej niż w gabinecieJeśli potraktować skórę jako część większego systemu, pytanie o krem przeciwzmarszczkowy przestaje być najważniejsze. Równie istotne stają się sen, ruch, sposób odżywiania, regeneracja i stres.Właśnie dlatego idea #OdmładzaniePoprzezStylŻycia nie powinna być rozumiana jako kolejny sposób na walkę z czasem. Bardziej chodzi o zmianę perspektywy. Nie o to, żeby zatrzymać zegar, ale żeby stworzyć organizmowi warunki, w których może jak najdłużej działać dobrze.

  4. 402

    „Ostatnia kawa o godzinie 14, bo to energia na kredyt”. Dr Tadeusz Oleszczuk o 12 filarach dobrego życia | „Jak zdrowie”, odc. 25

    „Najważniejsze dla zdrowia rzeczy mamy właściwie na wyciągnięcie ręki. Tylko często odkładamy je na później” – przekonuje dr n. med. Tadeusz Oleszczuk. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską w podcaście „Jak zdrowie” mówi o tym, dlaczego geny nie powinny być dla nas wymówką, czego naprawdę potrzebuje organizm, dlaczego nie da się „odespać” zarwanych nocy i od czego zacząć, jeśli chcemy wreszcie zadbać o siebie bez obsesji perfekcji. O tym, jak przełożyć wiedzę na codzienność, opowiada także w swojej nowej książce „Zdrowie bez wymówek. Workbook”, wydanej przez Zwierciadło. To praktyczny przewodnik z planem na 12 miesięcy i 12 filarami zdrowia – bo dobre samopoczucie nie powinno być projektem „od poniedziałku”.W zdrowiu lubimy myśleć kategoriami wielkich decyzji. Od jutra dieta, od poniedziałku siłownia, od nowego miesiąca żadnego alkoholu, a wieczorem – oczywiście – sen przed 23.00. Problem w tym, że im bardziej ambitny plan, tym większa szansa, że szybko zacznie nas przytłaczać. Dr Tadeusz Oleszczuk proponuje inne spojrzenie: zamiast czekać na idealny moment, warto zacząć od małych czynności, które powtarzane wystarczająco długo stają się inwestycją w przyszłość.Właśnie dlatego Magdalena Kuszewska przywołuje w rozmowie zdanie z książki „Zdrowie bez wymówek. Workbook”: „Zdrowie nie jest darem losu i nie dzieje się przez przypadek”. Dr Oleszczuk rozwija tę myśl, zwracając uwagę na rolę codziennych wyborów. Genetyka ma znaczenie, ale – jak podkreśla – nie determinuje wszystkiego.„Geny to nie wszystko, to ok. 15–20 proc. wpływu na zdrowie, a resztę możemy sobie załatwić sami. Bo nikt nie załatwi za nas snu, diety, dobrych związków i aktywności fizycznej” - mówi ekspert.To perspektywa, która z jednej strony daje sprawczość, z drugiej odbiera nam wygodną wymówkę. Nie wszystko zależy od nas, ale bardzo wiele rzeczy jednak możemy zmienić. I nie trzeba zaczynać od rewolucji.Zdrowie jak konto bankoweNajbardziej przekonująca okazuje się metafora finansowa. Organizm nie działa jak konto, na które raz w roku wpłacamy dużą kwotę i potem przez miesiące korzystamy z oszczędności. Zdrowie buduje się znacznie bardziej przyziemnie: poprzez regularne, niewielkie „wpłaty”.„Zdrowie to jest księgowa, rachunek w banku, to są codzienne drobne wpłaty, które się sumują i to decyduje o naszym longevity i jakości życia” - wyjaśnia dr Oleszczuk. Co mieści się w tej codziennej ekonomii zdrowia? Czasem naprawdę niewiele. Kilkanaście czy kilkadziesiąt minut ruchu. Szklanka wody zamiast kolejnej kawy. Wcześniejsze pójście spać. Odłożenie telefonu. Lepszy posiłek. Spotkanie z kimś, przy kim czujemy się dobrze. To rzeczy pozornie banalne, ale właśnie ich powtarzalność może mieć największe znaczenie.Dr Oleszczuk podaje prosty przykład: dwudziestominutowy spacer. Dla wielu osób nie jest to nawet trening, tylko zwykłe wyjście z domu. A jednak często łatwiej znaleźć pół godziny na bezmyślne przewijanie telefonu niż na ruch.Nie chodzi przy tym o życie pod linijkę. Przeciwnie – zdrowie może być projektem, w którym jest miejsce na przyjemność, spontaniczność i weekendowe odstępstwa. „Jeśli przez pięć dni w tygodniu robisz dobrze, to jak w weekend zrobisz źle, to i tak zrobiłeś pięć kroków do przodu, a dwa do tyłu i płyniesz w dobrym kierunku” - brzmi zasada eksperta.12 miesięcy, 12 filarów zdrowiaWłaśnie z takiego podejścia wyrasta „Zdrowie bez wymówek. Workbook” – nowa książka dr. Tadeusza Oleszczuka wydana przez Zwierciadło. Jej konstrukcja opiera się na 12 miesiącach i 12 filarach zdrowia. Zamiast kolejnej publikacji, którą czytamy, odkładamy na półkę i szybko zapominamy, workbook ma być narzędziem do pracy z własnymi nawykami.Pomysł jest prosty: zdrowia nie buduje się jedną decyzją. Potrzebujemy czasu, powtarzalności i sprawdzania, co rzeczywiście działa w naszym życiu. Każdy miesiąc może więc stać się okazją do skupienia się na innym obszarze – od podstawowych potrzeb organizmu po te elementy codzienności, o których łatwo zapominamy, kiedy jesteśmy zajęci.

  5. 401

    „Przestałem wierzyć w naturę ludzką, że jest tylko dobra”. Krzysztof Czeczot o relacjach, które zawodzą i dojrzałej miłości | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 20

    „Do 30. roku życia byłem bardzo naiwnym człowiekiem. Wierzyłem w ludzkie dobro” – mówi Krzysztof Czeczot w rozmowie z Beatą Biały. Aktor opowiada o tym, czego nauczyły go relacje, które nie przetrwały próby czasu, dlaczego po czterdziestce nie chce już tracić energii na ludzi, którzy niczego nie wnoszą, i jak doświadczenie zmieniło jego myślenie o miłości, ojcostwie i odpowiedzialności.Niektóre lekcje przychodzą dopiero wtedy, gdy człowiek ma już za sobą wystarczająco dużo rozczarowań, żeby przestać idealizować innych. Krzysztof Czeczot mówi o tym bez goryczy. Przyznaje, że do trzydziestki patrzył na ludzi znacznie bardziej naiwnie i wierzył w ich dobro. Z czasem doświadczenia sprawiły, że „przestał wierzyć w naturę ludzką, że jest tylko dobra”. Nie oznacza to jednak utraty wiary w relacje. Raczej zmianę oczekiwań wobec nich.Dziś aktor stara się najpierw zrozumieć, co mogło kierować drugą osobą. Kiedy ktoś go zawiedzie, idzie do żony, Karoliny (Gorczycy - od red.), żeby się wyżalić, a potem próbuje spojrzeć na sytuację również z drugiej strony. Jeśli relacja jest ważna, wraca do niej. Jeśli nie – potrafi ją zamknąć. Po czterdziestce coraz wyraźniej widzi bowiem, że czas nie jest zasobem, który można wydawać bez końca.„Jest piękne zdanie, że oczekiwanie jest źródłem rozczarowania” – mówi. I właśnie dlatego wybiera dziś pozycję przyjmowania zamiast nieustannego projektowania na innych własnych wyobrażeń. Nie znaczy to zgody na wszystko. Raczej świadomość, że druga osoba może być inna, niż chcielibyśmy, a wtedy pozostaje decyzja: próbować budować relację dalej czy się wycofać.Rodzina patchworkowa: dzieci są najmniejszym wyzwaniemDziś Czeczot tworzy z Karoliną rodzinę patchworkową. To układ, który wymaga szczególnej uważności, bo spotykają się w nim różne historie, doświadczenia i przyzwyczajenia. Kiedy Beata Biały pyta go o największe trudności, odpowiedź jest zaskakująca: dzieci wcale nie są największym wyzwaniem.„W patchworku najmniejszym wyzwaniem są dzieci, a największym rodzice i dorośli wokół” – mówi. Dziecko obserwuje bowiem dorosłych i uczy się od nich, nawet jeśli nikt oficjalnie nie nadał mu roli nauczyciela czy autorytetu. Mężczyzna, który wchodzi do życia kobiety mającej dzieci, może nie być ich biologicznym ojcem, ale z czasem staje się dla nich kimś ważnym. Jego zachowanie, sposób reagowania i stosunek do innych osób zaczynają mieć znaczenie.Dlatego aktor zdecydował się na coś, co wciąż dla wielu rodziców może wydawać się nietypowe: jeszcze zanim pojawiły się problemy, poprosił o pomoc psycholożkę dziecięcą. „Nie poszedłem z problemem, tylko wyprzedzając ewentualne problemy” – tłumaczy. Rodzina od czterech lat korzysta z jej opieki. To przygotowanie okazało się niezwykle pomocne. „Za starzy na miłość”Dojrzałość zmienia również definicję miłości. Kiedy Beata Biały pyta, co trudniej zdobyć – miłość kobiety czy zaufanie jej dzieci – Czeczot nie chce nawet ustawiać tych relacji w hierarchii. Jego zdaniem po czterdziestce człowiek jest już w innym miejscu niż wtedy, kiedy uczucie potrafi całkowicie przesłonić rozsądek.„My już jesteśmy za starzy na miłość, na takie zaślepienie uczuciem” – mówi. Brzmi to przewrotnie, ale nie jest deklaracją rezygnacji z romantyzmu. Przeciwnie. Aktor uważa, że miłość jest wspaniałym uczuciem, pod warunkiem że towarzyszą jej odpowiedzialność i przyjaźń.To właśnie one pozwalają związkowi przetrwać momenty, w których emocje nie wystarczają. Dojrzała relacja wymaga również dialogu – nie tylko z partnerką, lecz także z samym sobą, dziećmi i bliskimi. „Trzeba być w dialogu ze sobą, z bliskimi, z dziećmi i z szacunkiem do różnych perspektyw, które wnoszą” – podkreśla.Takie podejście zakłada rezygnację z przekonania, że bliskość oznacza zawsze zgodę. Można kochać i jednocześnie się różnić. Można mieć własne zdanie, ale dopuścić do głosu drugą osobę. Można też popełnić błąd i wrócić do rozmowy. Czeczot przywołuje taką sytuację.

  6. 400

    „Facet nie dzwoni? Przeżyj to i się uspokój”. Ile razy można mieć złamane serce? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6”, odc. 8

    „Odkrycie zwyczajności uratowało mi życie i serce przed złamaniem” – mówi Kasia Miller w 8. odcinku „Przerwy na kawę”. W rozmowie z Joanną Olekszyk, redaktorką naczelną „Zwierciadła”, psycholożka bierze pod lupę nasze romantyczne fantazje, rozczarowania, potrzebę bycia wybraną i tęsknotę za miłością, która ma wreszcie udowodnić, że jesteśmy czegoś warte. Bo może zamiast czekać na kogoś, kto nas pokocha, wypełnimy ten czas ważniejszymi dla nas myślami?Joanna Olekszyk pyta wprost: ile razy można komuś złamać serce? Odpowiedź Kasi Miller prowadzi jednak dalej niż do katalogu kolejnych rozczarowań. Psycholożka zwraca uwagę, że za naszym głodem wielkiej miłości często stoi przekonanie, że bez romantycznych uniesień życie jest niepełne. - Ten temat wiąże się mocno z pragnieniem romantycznej miłości. Takie myślenie, żeby mieć, jeśli nie przeżywamy takich uniesień, to życie jest niepełne - mówi.To przekonanie potrafi być wyjątkowo podstępne. Szczególnie wtedy, gdy rzeczywistość jest trudna, samotność doskwiera, a wyobraźnia zaczyna podsuwać obrazy tego, jak powinno być. Wtedy łatwo pomylić tęsknotę za zmianą z tęsknotą za konkretną osobą. Albo uznać, że intensywność emocji jest dowodem na jakość relacji.Miller przypomina, że fantazjowanie samo w sobie nie jest niczym złym. Kłopot pojawia się wtedy, gdy zaczynamy traktować wyobrażenie jak rzeczywistość. „Jeśli jesteśmy w złych warunkach życiowych, to marzymy o czymś, o czym nie mamy pojęcia. To jest szkodliwe. Warto umieć to odróżniać i mieć świadomość, że się nakarmiłam swoją wyobraźnią.”Być może właśnie dlatego tak trudno czasem pogodzić się z końcem relacji. Nie tracimy przecież wyłącznie człowieka. Tracimy również wersję przyszłości, którą sobie z nim zbudowaliśmy.„Bo jak on mnie kocha, to co mi po nim”W tej rozmowie „zwyczajność” nie oznacza nudy ani rezygnacji z marzeń. Jest raczej zgodą na to, że dobre życie nie musi bez przerwy dostarczać fajerwerków. Że bliskość może być spokojna, codzienna, czasem nawet banalna – i właśnie dlatego prawdziwa.Miller mówi o tym bardzo osobiście: „A propos zwyczajności i złamanych serc, odkrycie zwyczajności uratowało moje życie.” Joanna Olekszyk trafnie zauważa, że łatwiej pamiętamy odrzucenia niż momenty, w których ktoś chciał się do nas zbliżyć. Dlaczego? Bo czasem bardziej pociąga nas zdobywanie czyjejś miłości niż sama miłość. Jeśli ktoś jest niedostępny, jego zainteresowanie staje się nagrodą. Jeśli natomiast ktoś przychodzi z otwartymi ramionami, możemy uznać, że nie ma w tym nic szczególnego.Kasia Miller ujmuje ten mechanizm dosadnie: „Bo jak on mnie kocha, to co mi po nim.” A Joanna dopowiada, że nie umiemy nakarmić się czymś, czego same nie wymarzyłyśmy, ale co przyszło do nas bez walki. Miller odpowiada obrazowym porównaniem: „Tak, bo to jest bar mleczny, a nie restauracja. A niektóre bary mleczne są pyszne.”I może właśnie o to chodzi: żeby nauczyć się rozpoznawać wartość czegoś, co nie zostało opakowane w wielką romantyczną historię.Gdy chłopak nie dzwoniTo jedno z tych pytań, które brzmią banalnie, dopóki naprawdę nie czekamy na telefon. Wtedy kilka godzin potrafi urosnąć do rozmiarów całej epopei. Czy napisać? Czy czekać? Czy coś zrobiłam nie tak? Czy on stracił zainteresowanie? Czy może powinnam udawać, że wcale mnie to nie obchodzi?Miller proponuje rozwiązanie zaskakująco proste: „Przeżyj rozczarowanie i się uspokój.” Nie chodzi o udawanie obojętności. Przeciwnie – rozczarowanie trzeba poczuć, ale niekoniecznie trzeba budować wokół niego całą opowieść o sobie. Jeden nieodebrany telefon nie jest przecież diagnozą własnej wartości.Ten odcinek podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller” nie daje więc kolejnego poradnika pod tytułem „jak znaleźć miłość”. Zamiast tego proponuje coś znacznie bardziej użytecznego: przyjrzenie się temu, czego właściwie od miłości oczekujemy. Czy chcemy drugiego człowieka, czy raczej potwierdzenia, że jesteśmy warte kochania?

  7. 399

    „Po prostu sobie bądź. Nie musisz być naj ani błyszczeć”. Kasia Miller o najważniejszej miłości, bez której żadna inna nie przetrwa | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 5

    „Jak jestem zadowolona z siebie, to nie męczę ludzi” – mówi Kasia Miller. I jednym zdaniem podważa mit, że miłość do siebie jest egoizmem. W piątym odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” psycholożka i Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawiają o tym, dlaczego samotność nie musi boleć, czemu warto zostać swoją najlepszą przyjaciółką i jak przestać żyć wyłącznie dla innych. Sponsorem odcinka jest Pandora. W najnowszym odcinku podcastu rozmowa schodzi znacznie głębiej niż do popularnych porad o „self care”. Dotyka samotności, poczucia własnej wartości, odwagi bycia sobą i tego, dlaczego największą życiową relacją pozostaje ta, której nigdy nie możemy zakończyć.Miłość do siebie nie jest egoizmemJednym z najważniejszych wątków rozmowy jest rozróżnienie pojęć, które w codziennym języku często wrzucamy do jednego worka. Kasia Miller przypomina, że warto oddzielić egoizm od egotyzmu i egocentryzmu. Troska o siebie nie oznacza przecież lekceważenia innych. Wręcz przeciwnie – dopiero człowiek, który zna swoje potrzeby i potrafi o siebie zadbać, jest w stanie budować zdrowe relacje.Psycholożka wraca do własnego życiowego odkrycia. Jak przyznaje, prawdziwym przełomem było dla niej uświadomienie sobie, że „zawsze i do końca będę tylko ze sobą”. To właśnie wtedy zaczęła zadawać sobie pytanie, kogo właściwie powinna brać pod uwagę w pierwszej kolejności. W tej perspektywie samotność przestaje być karą. „Jak jestem sama, to nie jestem samotna, tylko ze sobą” – tłumaczy, pokazując, że największy komfort daje umiejętność dobrego towarzyszenia samej sobie.Samotność czy bycie ze sobą?Presja społeczna przez dekady przekonywała nas, że samotność oznacza porażkę. Joanna Olekszyk zauważa, że wielu z nas od dziecka słyszało ostrzeżenia: jeśli czegoś nie zrobimy, jeśli nie będziemy wystarczająco dobrzy, zostaniemy sami.Kasia Miller pokazuje jednak zupełnie inną perspektywę. Wspomina okres, kiedy niepokoiło ją, że telefon milczy, a gdzieś indziej – tam, gdzie jej akurat nie ma – dzieje się coś ważnego. Dziś patrzy na to z uśmiechem. Jak mówi, najbardziej lubi być sama właśnie dlatego, że „ciekawie jest tam, gdzie ja jestem”. To zdanie brzmi jak antidotum na współczesny lęk przed pominięciem i ciągłą potrzebę bycia online.Nie liczba znajomych decyduje o szczęściuMedia społecznościowe przekonały nas, że warto mieć jak najwięcej kontaktów. Tymczasem psychologia coraz częściej pokazuje coś przeciwnego. Kasia Miller zwraca uwagę, że dopiero dziś naprawdę zaczynamy rozumieć, iż posiadanie ogromnego grona znajomych wcale nie musi być wartością. Prawdziwa przyjaźń i miłość należą do tych relacji, które zdarzają się rzadko i właśnie dlatego są tak cenne.To ważna zmiana myślenia. Zamiast kolekcjonować znajomości, warto pielęgnować te, które pozwalają czuć się naprawdę zauważonym.Dlaczego tak trudno pobyć samemu?W rozmowie pojawia się również temat ciszy. Joanna Olekszyk zauważa, że kiedy zostajemy sami, wracają do nas myśli, których wcześniej nie słyszeliśmy przez codzienny hałas. Często są niewygodne, dlatego uciekamy od nich.Kasia Miller przyznaje, że sama jest niemal po równo ekstrawertyczką i introwertyczką. Potrzebuje ludzi, ale równie mocno potrzebuje samotności, by odpocząć i odzyskać kontakt ze sobą. Miłość, która zostaje na całe życieSponsorem odcinka jest marka Pandora, która w kampanii BE LOVE przypomina, że miłość ma wiele twarzy. Nie ogranicza się wyłącznie do romantycznych gestów – zaczyna się od życzliwości, troski i autentyczności wobec siebie oraz innych. To spojrzenie doskonale współbrzmi z przesłaniem rozmowy Joanny Olekszyk i Kasi Miller. Bo zanim nauczymy się kochać partnera, rodzinę czy przyjaciół, warto nauczyć się być dla siebie kimś, z kim naprawdę dobrze spędza się życie. A przecież – jak przypomina psycholożka – z tą jedną osobą zostaniemy już na zawsze.

  8. 398

    „Żyjemy dłużej i chcemy, żeby to życie było dobrej jakości”. Na czym polega „ukryty głód” i jakie suplementy mogą dziś zmieniać jakość życia? | „Jak zdrowie”, odc. 23

    „Dzisiaj jesteśmy chronicznie zmęczeni i to jest największy paradoks” – mówi dietetyczka kliniczna Marta Lutostańska w najnowszym odcinku podcastu „Jak zdrowie”. Razem z Magdaleną Kuszewską i Waldemarem Pilchem, prezesem formeds, szukają odpowiedzi na pytanie, dlaczego mimo coraz większej świadomości zdrowotnej tak wielu z nas wciąż zmaga się z przewlekłym zmęczeniem. Rozmowa prowadzi od tzw. paliwa dla komórek, od witamin z grupy B przez koenzym Q10 aż po zasady świadomej suplementacji. Pokazuje również, że przyszłość zdrowia nie zaczyna się od kolejnego modnego preparatu, lecz od wiedzy i jakości. Sponsorem odcinka jest producent suplementów diety formeds.Organizm każdego człowieka funkcjonuje inaczej, różnimy się genetyką, stylem życia i potrzebami. Nawet osoby odżywiające się podobnie mogą mieć zupełnie odmienne zapotrzebowanie na składniki odżywcze.Marta Lutostańska zwraca uwagę na jeszcze jeden wymiar problemu. Współczesność przyniosła zjawisko ukrytego głodu – sytuacji, w której kalorii jest pod dostatkiem, ale organizmowi brakuje białka, witamin czy mikroelementów.Witaminy z grupy B – energia zaczyna się w komórkachZmęczenie, problemy z koncentracją, rozdrażnienie czy pogorszenie nastroju często bywają tłumaczone tempem życia. Niekiedy organizm wysyła jednak sygnał o niedoborach witamin z grupy B.Marta Lutostańska wyjaśnia, że uczestniczą one w najważniejszych procesach biochemicznych odpowiedzialnych za zamianę energii z pożywienia w energię potrzebną do życia. Witaminy B1, B6 i B12 wspierają prawidłowe funkcjonowanie układu nerwowego, dlatego ich niedobory mogą objawiać się nie tylko zmęczeniem, lecz także dolegliwościami neurologicznymi. Biotyna wpływa na kondycję skóry i włosów i paznokci, natomiast kwas foliowy i witamina B12 odgrywają istotną rolę w tworzeniu krwinek oraz metaboliźmie homocysteiny. Podwyższone stężenie homocysteiny jest wiązane ze zwiększonym ryzykiem chorób sercowo-naczyniowych.Rozmówcy zwracają również uwagę na jakość stosowanych preparatów. Waldemar Pilch podkreśla, że kwas foliowy oraz witaminy z grupy B warto wybierać w postaciach metylowanych, ponieważ część osób posiada warianty genetyczne utrudniające wykorzystanie syntetycznych form tych składników. Dokładnie takie formy można odnaleźć w produkcie formeds BICAPS B complex. Właśnie z tego powodu Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników zmieniło rekomendacje dotyczące suplementacji kwasu foliowego u kobiet planujących ciążę i w ciąży, wskazując na przewagę postaci metylowanej.Koenzym Q10 – wsparcie dla mitochondriów i zdrowego starzeniaJeszcze kilka lat temu koenzym Q10 kojarzył się głównie z kosmetykami przeciwstarzeniowymi. Dziś coraz więcej mówi się o jego roli znacznie głębiej – wewnątrz komórek.Jak tłumaczy Marta Lutostańska, koenzym Q10 wspiera pracę mitochondriów, czyli komórkowych „elektrowni”, odpowiedzialnych za produkcję energii. Naturalny poziom tej substancji obniża się wraz z wiekiem, ale również u osób cierpiących na choroby przewlekłe. Dotyczy to między innymi pacjentów przyjmujących statyny, które obniżając poziom cholesterolu, jednocześnie zmniejszają stężenie koenzymu Q10 w organizmie.Silne właściwości antyoksydacyjne koenzymu Q10 sprawiają, że jest on cenionym składnikiem zarówno w profilaktyce zdrowotnej, jak i kosmetologii. BICAPS Coenzyme Q10 od formeds dostarcza ten wartościowy związek w wygodnej formie suplementacji. Coraz częściej postrzegany jest jako element wspierający zdrowe starzenie, a nie jedynie składnik kremów.Dobry skład ma znaczenieWaldemar Pilch opowiada o filozofii tworzenia suplementów, którą formeds określa mianem „parszywej dwunastki”. Pojęcie odnosi się do zbędnych dodatków, takich jak sztuczne barwniki, konserwanty czy wypełniacze, obecnych w części preparatów. Punktem wyjścia powinny być natomiast trzy filary: aktywna forma składnika, dawka oparta na badaniach naukowych oraz czystość produktu.Sponsorem odcinka jest producent suplementów diety formeds.

  9. 397

    „Smutne jest to, że ojcowie oddali dzieci kobietom”. Co zrobić z tatą, który wraca po latach? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6”, odc.7

    „Są wielcy nieobecni, siedzi taki z gazetą i nie zauważa dziecka. Są tacy, którzy kochają bardziej matkę i tacy, którzy piją, ale tu też jest wiele odcieni” – mówi Kasia Miller w rozmowie z Joanną Olekszyk i zaprosza do rozmowy o jednej z najbardziej niedocenianych relacji w naszym życiu. Bo choć zwykle więcej mówi się o wpływie matki, psycholożka przekonuje, że to właśnie ojciec często buduje fundament naszego poczucia bezpieczeństwa, kobiecości, męskości i późniejszych związków. W 7. odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller” nie ma łatwych ocen ani prostych recept. Jest za to szczera rozmowa o wielkich nieobecnych, nowych ojcach i dzieciach, które – nawet jako dorośli – wciąż czekają, aż tata naprawdę je zobaczy.Zdaniem Kasi Miller szczególnie bolesne jest to, że przez pokolenia wielu ojców po prostu oddało wychowanie dzieci kobietom. Część z nich uważała, że to nie ich zadanie, inni czekali wyłącznie na syna, nie dostrzegając córek. Tymczasem nieobecność ojca nie znika wraz z dzieciństwem. Zostawia ślad, który potrafi wybrzmiewać przez całe dorosłe życie.Co dzieje się z dzieckiem, kiedy ojciec wycofuje się z relacji? Psycholożka zwraca uwagę, że w takiej sytuacji to matka zaczyna całkowicie definiować obraz ojca i kształtować więź dziecka z nim. Wielcy nieobecniNieobecność nie zawsze oznacza pusty fotel przy stole. Czasem ma twarz mężczyzny siedzącego obok z gazetą, zatopionego we własnym świecie, który fizycznie jest w domu, ale emocjonalnie pozostaje poza zasięgiem dziecka. Kasia Miller nazywa ich „wielkimi nieobecnymi” i pokazuje, jak wiele odcieni może mieć ojcowskie wycofanie.Psycholożka zauważa, że są ojcowie, którzy bardziej kochają swoje partnerki niż dzieci, tacy, którzy uciekają w pracę, i tacy, którzy znikają przez uzależnienie. Ale są też mężczyźni odsunięci od rodzicielstwa nie z własnej woli. Jak mówi, zdarza się, że pod wpływem alkoholu wcale nie stają się agresywni, lecz spokojni, jednak i tak zostają usunięci na margines życia rodzinnego. Każda z tych historii wygląda inaczej, lecz efekt bywa podobny – dziecko dorasta z poczuciem braku.Psycholożka podkreśla jednak, że coraz częściej obserwuje zupełnie inny model. Pojawia się nowe pokolenie ojców, którzy nie wstydzą się pchać wózka, gotować czy brać urlopu rodzicielskiego. Dla nich dziecko nie jest dodatkiem do życia, ale jego integralną częścią. To zmiana kulturowa, która może wpłynąć na kolejne pokolenia.Ojciec jest pierwszym mężczyznąDla dziewczyn relacja z ojcem ma wyjątkowe znaczenie. To właśnie on staje się pierwszym mężczyzną, od którego uczą się, czym jest szacunek, czułość i zainteresowanie.Kasia Miller wraca pamięcią do własnego dzieciństwa. Opowiada o ojcu, z którym jeździła pod namiot na Mazury, grała w koszykówkę, uczyła się odwagi i prowadziła wielogodzinne rozmowy o religii. Był agnostykiem, zachęcał ją do myślenia i zadawania pytań. Jednocześnie z czasem coraz bardziej oddalał się od jej matki i wycofywał z życia rodzinnego.„Byłam córeczką tatusia, ale nie księżniczką”W rozmowie pojawia się piękne wspomnienie, które wiele mówi o sposobie budowania relacji. Kasia Miller opowiada, że ojciec nigdy nie traktował jej jak kruchej księżniczki. Nazywał ją raczej „fajnym załogantem”. Uczył ją walczyć, grać w koszykówkę, radzić sobie w trudnych sytuacjach i dostrzegać wartość dobrych mężczyzn.To właśnie dzięki niemu – jak przyznaje – nauczyła się rozumieć mężczyzn, zamiast się ich bać. Widzi też, jak często współcześnie mężczyźni tracą własny potencjał, bo nie pozwala im się przeżywać emocji i budować bliskich relacji.Według Kasi Miller ojciec powinien umieć zobaczyć kobiecość swojej córki i powiedzieć jej, że jest piękna, wartościowa i że już niedługo zacznie wzbudzać zainteresowanie mężczyzn. Takie słowa nie mają nic wspólnego z przekraczaniem granic. Wręcz przeciwnie – budują poczucie bezpieczeństwa i zdrową samoocenę.

  10. 396

    „Testosteron spada o 2 proc. rocznie już u trzydziestolatków”. Jakie objawy oprócz tzw. triady seksualnej zwiastują andropauzę? | „Jak zdrowie”, odc.20

    - Andropauza to proces rozłożony w czasie, nie ma wyraźnego momentu, gdy jądra przestają wytwarzać testosteron, dlatego objawy są inne niż w przypadku menopauzy - mówi dietetyczka, Sylwia Leszczyńska, autorka książki „Dieta w andropauzie. Przewodnik dla każdego mężczyzny” (Wydawnictwo Zwierciadło) w podcaście „Jak zdrowie”. Choć o męskiej przemianie hormonalnej mówi się znacznie rzadziej niż o tej kobiecej, dotyczy milionów mężczyzn i wpływa nie tylko na ich zdrowie, ale także na relacje, energię, sen i codzienne funkcjonowanie. Czy spadek testosteronu można spowolnić? Jaką rolę odgrywa dieta? I dlaczego partnerka często zauważa pierwsze objawy wcześniej niż sam mężczyzna?Jak wyjaśnia Sylwia Leszczyńska, andropauza, określana także jako hipogonadyzm późny, wiąże się z postępującym niedoborem testosteronu. Proces nie następuje nagle, lecz rozwija się przez lata. Już po trzydziestce poziom tego hormonu zaczyna stopniowo spadać, a po czterdziestym roku życia mogą pojawić się pierwsze sygnały, które łatwo pomylić z przemęczeniem lub skutkami intensywnego życia zawodowego. W rzeczywistości za obniżoną motywacją, gorszą regeneracją, przewlekłym zmęczeniem, problemami ze snem, mgłą mózgową czy trudnościami z koncentracją może stać właśnie zmieniająca się gospodarka hormonalna. U części mężczyzn pojawiają się również uderzenia gorąca oraz niekorzystne zmiany metaboliczne, w tym zaburzenia gospodarki lipidowej.Mężczyźni milcząJednym z największych problemów nie jest sam spadek testosteronu, lecz brak rozmowy o jego konsekwencjach. Jak zauważa Sylwia Leszczyńska, badania pokazują, że mężczyźni rzadko mówią lekarzowi, a nawet partnerce o swoich dolegliwościach. Paradoksalnie właśnie otwarta komunikacja może okazać się jednym z czynników poprawiających jakość życia. Analizy wskazują bowiem, że ci mężczyźni, którzy mogą swobodnie rozmawiać o objawach z partnerką, łagodniej przechodzą ten etap życia.Jak rozpoznać andropauzę?Rozpoznanie andropauzy wymaga czegoś więcej niż jednego badania krwi. Sylwia Leszczyńska przypomina, że poziom testosteronu należy oznaczyć kilkukrotnie, najlepiej rano, między godziną 7 a 11, kiedy jego stężenie jest najwyższe. Równie istotne są objawy tzw. triady seksualnej: obniżone libido, trudności z uzyskaniem lub utrzymaniem erekcji oraz zanik porannych, spontanicznych erekcji.Największe nasilenie objawów obserwuje się zwykle między 53. a 68. rokiem życia, jednak tempo zmian jest bardzo indywidualne. Wiadomo natomiast, że istnieją czynniki, które przyspieszają utratę testosteronu. Należą do nich przede wszystkim cukrzyca, zaburzenia lipidowe i otyłość.Co spowalnia spadek testosteronuNajbardziej zaskakująca wiadomość? Proces ten nie jest całkowicie nieunikniony. Jak podkreśla Sylwia Leszczyńska, istnieją czynniki, które mogą opóźnić, a nawet zatrzymać spadek testosteronu, a najważniejsze z nich to odpowiednia dieta i zmiana stylu życia.Szczególne znaczenie ma masa ciała. Otyłość u mężczyzn może obniżać poziom testosteronu nawet o połowę, jednak dobra wiadomość jest taka, że zmiany są odwracalne. Redukcja masy ciała o 10–15 proc. może przełożyć się na wzrost poziomu testosteronu nawet o 80 proc., co pokazuje, jak ogromny wpływ na gospodarkę hormonalną mają codzienne wybory.Ekspertka zachęca, aby rozpocząć od poznania własnego zapotrzebowania energetycznego oraz oceny stanu odżywienia organizmu, obejmującej między innymi ilość białka, masę mięśniową i gęstość mineralną kości.Dieta przeciwzapalna także na hormonyNajlepiej przebadanym modelem żywienia pozostaje dieta przeciwzapalna, znana jako śródziemnomorska lub nordycka. Nie chodzi o modne restrykcje, lecz o sposób odżywiania oparty na produktach, które wspierają organizm każdego dnia.Na talerzu powinny regularnie pojawiać się intensywnie kolorowe warzywa i owoce, fermentowane produkty mleczne, pełnoziarniste zboża oraz rośliny strączkowe

  11. 395

    „Jak ktoś ma senność w ciągu dnia, to mnie to trochę niepokoi”. Dr Tomasz Anyszek o przyczynach przewlekłego zmęczenia | „Jak zdrowie”, odc. 21

    „Przychodzi pacjentka i mówi:» Jestem zmęczona«. Co pan ordynuje?” – od tego pozornie prostego pytania zaczyna się rozmowa Anny Augustyn-Protas z internistą, dr. n. med. Tomaszem Anyszkiem w podcaście „Jak zdrowie”. Odpowiedź okazuje się znacznie bardziej złożona niż mogłoby się wydawać. Bo zmęczenie bywa skutkiem intensywnego życia, ale równie dobrze może być pierwszym sygnałem niedoborów, zaburzeń hormonalnych albo rozwijającej się choroby. Kluczem nie jest zgadywanie ani internetowa samodiagnoza, tylko konsultacja z lekarzem. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.Żyjemy szybko. Śpimy za krótko, pracujemy za długo, funkcjonujemy w nieustannym natłoku bodźców. Dr n. med. Tomasz Anyszek zwraca uwagę, że lekarz nie zaczyna od suplementów ani gotowych recept. Najpierw szuka odpowiedzi na najważniejsze pytanie: czy za zmęczeniem nie kryje się poważniejsza choroba. Dlatego pierwszym krokiem są podstawowe badania laboratoryjne – morfologia, lipidogram czy próby wątrobowe. Często okazuje się, że pacjent rzeczywiście nie jest chory, ale równie często wyniki wskazują kierunek dalszej diagnostyki.Tarczyca – mały gruczoł, wielki wpływ na energięJedną z najczęstszych przyczyn przewlekłego zmęczenia pozostają zaburzenia hormonalne, zwłaszcza związane z tarczycą. Polska należy do krajów, w których niedoczynność tarczycy występuje stosunkowo często, a – jak podkreśla ekspert – na południu kraju problem obserwuje się częściej niż nad morzem, gdzie naturalnym sprzymierzeńcem pozostaje jod obecny w morskiej bryzie.Coraz więcej pacjentów słyszy również diagnozę autoimmunologicznego zapalenia tarczycy, czyli choroby Hashimoto. Zmęczenie, przyrost masy ciała czy pogorszenie samopoczucia często są jej pierwszymi objawami. Diagnostyka obejmuje oznaczenie TSH, FT4, przeciwciał tarczycowych oraz wykonanie USG tarczycy. Warto wiedzieć, że we wczesnym etapie choroby nie zawsze konieczne jest natychmiastowe wdrożenie hormonów. W wielu przypadkach poprawę przynosi zmiana stylu życia, odpowiednia dieta oraz regularna kontrola wyników.Nie żelazo, lecz ferrytynaCoraz więcej osób rezygnuje z mięsa, a wraz z tym rośnie liczba pacjentów z niedoborami żelaza. Paradoksalnie jednak sam poziom żelaza niewiele mówi o rzeczywistych zapasach organizmu. Jak wyjaśnia dr Anyszek, znacznie ważniejszym wskaźnikiem jest ferrytyna – białko magazynujące żelazo.Interpretacja tego wyniku wymaga jednak rozwagi. Ferrytyna należy do białek ostrej fazy, dlatego jej stężenie rośnie podczas infekcji i stanów zapalnych. Wykonanie badania w trakcie lub tuż po przebytej chorobie może więc prowadzić do błędnych wniosków. Czasami najlepszym rozwiązaniem okazuje się po prostu odczekanie kilku tygodni i powtórzenie oznaczenia.Witamina D i B12. Więcej niż suplementyModa na suplementację sprawiła, że witamina D stała się jedną z najczęściej przyjmowanych substancji. Słusznie, bo odpowiada nie tylko za zdrowie kości, ale wpływa również na inne funkcje organizmu, na odporność, , a nawet procesy związane z rozwojem nowotworów. Ekspert przypomina jednak, że suplementacja powinna być rozsądna.Dla większości dorosłych optymalna dawka podtrzymująca wynosi około 2000 jednostek dziennie, natomiast osoby z potwierdzonym niedoborem często wymagają zwiększenia jej do 4000 jednostek. Równie ważna pozostaje regularna kontrola stężenia witaminy D – najlepiej dwa razy w roku, przed zimą i po jej zakończeniu. Prawidłowe stężenia zaczynają się od 30 ng/ml, wartości w okolicach 50 uznawane są za bardzo dobre, natomiast wyższe mogą być sygnałem, że suplementację warto ograniczyć.Podobnie wygląda historia z witaminą B12. Jej niedobór potrafi objawiać się np.drętwieniem kończyn, zaburzeniami czucia czy przewlekłym zmęczeniem. Co więcej, niskie stężenie może pośrednio zwiększać ryzyko rozwoju miażdżycy. Lekarz zwraca uwagę, że u części osób występują genetyczne predyspozycje do gorszego metabolizowania tej witaminy. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.

  12. 394

    „Słyszę: jak ty wyglądasz, stara to już byłaś”. Odeta Moro o tym, że od lat ma 26 lat | „Ukryte piękno” odc. 32

    „Dziś coraz więcej kobiet ma nie wiadomo jaki wiek, ja nie jestem w stanie określić, czy tam jest 26 czy 46 lat”– mówi Odeta Moro w podcaście „Ukryte piękno". Choć metryka nie podlega negocjacjom, sposób, w jaki przeżywamy kolejne etapy życia, już tak. Dlaczego kobiety zaczynają bać się starzenia, zanim jeszcze naprawdę się zestarzeją? Kto mówi nam, kiedy przestać być widocznymi, odważnymi i ciekawymi świata? W rozmowie z Beatą Biały dziennikarka i prezenterka telewizyjna rozprawia się z mitami o wieku i pokazuje, że największym zagrożeniem nie są zmarszczki, lecz moment, w którym same zaczynamy się wycofywać. Sponsorem odcinka jest IANA, producent suplementów diety wspierających zdrowie stawów.Jak pokazuje „Raport Obserwatorium 2026. Starzenie się pod presją – mit czy rzeczywistość?”, przygotowany w ramach inicjatywy Obserwatorium Wiek i Społeczeństwo przez Laboratoires Expanscience na podstawie badania Ipsos BVA, 63 proc. Polaków obawia się starości. Co szczególnie ważne – ten lęk pojawia się bardzo wcześnie, najczęściej między 35. a 45. rokiem życia. Wiele osób zaczyna więc bać się utraty atrakcyjności, pozycji czy społecznej widzialności długo przed tym, zanim rzeczywiście odczuje ograniczenia związane z wiekiem.O tym, skąd bierze się presja związana ze starzeniem i jak odzyskać wolność od cudzych oczekiwań, Beata Biały rozmawia z Odetą Moro w podcaście „Ukryte piękno”.Starość zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy sobie pozwalać„Słyszę: jak ty wyglądasz, stara to już byłaś” – mówi Odeta Moro, opowiadając o komentarzach, które wiele kobiet słyszy, gdy przekraczają kolejne granice wieku. Za takim zdaniem kryje się nie tylko ocena wyglądu, ale cały zestaw społecznych oczekiwań: jak kobieta powinna się ubierać, zachowywać, pracować i czy wciąż ma prawo być odważna.Według raportu „Starzenie się pod presją – mit czy rzeczywistość?” za początek starości Polacy uznają 54. rok życia. Dla Odety Moro ta granica jest zdecydowanie zbyt wczesna. „Wg mnie to za wcześnie, ja mam jeszcze sześć lat. Poza tym starzenie się zmienia, pamiętasz »Czterdziestolatka«?” – mówi, zwracając uwagę, że współczesne kobiety żyją zupełnie inaczej niż poprzednie pokolenia.Kobiety nie znikają z życia po czterdziestceDlaczego zaczynamy bać się starzenia tak wcześnie? Odeta Moro przyznaje, że wiele kobiet przez lata patrzy na siebie zbyt surowo. „My się zamartwiamy tym naszym wyglądem, mamy kompleksy, a po 20 latach patrzymy na swoje zdjęcie z młodości i mówimy: o co mi chodziło?” – zauważa.Z czasem uczymy się jednak patrzeć na siebie inaczej. Dziennikarka wspomina moment, gdy mając 40 lat, urodziła syna. W szpitalu usłyszała, że jest „taką starą” mamą. Dziś wspomina ten czas jako jeden z najbardziej odmładzających momentów swojego życia. „Rodząc po raz drugi dziecko w tym wieku oszukałam starość i ta ciąża, a potem macierzyństwo mnie fantastycznie odmłodziły” – mówi.Scenariusz życia piszemy sameRaport „Starzenie się pod presją – mit czy rzeczywistość?” pokazuje również, że wiele osób czuje presję dotyczącą tego, jak powinny się starzeć. 61 proc. Polaków uważa, że narzuca im się sposób przeżywania wieku, a 68 proc. usłyszało od innych uwagi dotyczące tego, jak powinni zachowywać się w swoim wieku.Odeta Moro uważa, że czas odzyskać własny głos. „W pewnym wieku kobieta może powiedzieć wszystko” – mówi.Sama wielokrotnie musiała mierzyć się z cudzymi przekonaniami. Kiedy podjęła decyzję o rozwodzie, mając około 35 lat, usłyszała od ojca: „W tym wieku? Znikasz z rynku matrymonialnego, co z tobą będzie?”. Dziś wie, że życie nie kończy się wtedy, gdy ktoś próbuje wyznaczyć nam jego granice.„Pierwsze co, to polecam inwestowanie w siebie, reszta jakoś się ułoży” – radzi.Bo najważniejsza zmiana zaczyna się wtedy, gdy przestajemy pytać, czy w naszym wieku jeszcze wypada. „Ja codziennie piszę scenariusz swojego życia, nie pozwalam pisać go innym” – mówi Odeta Moro.Sponsorem odcinka jest IANA, producent suplementów diety wspierających zdrowie stawów.

  13. 393

    „Jeśli masz tendencję do zgadzania się, mała pauza zrobi dużą różnicę”. Halina Piasecka o tym, że pik emocji trwa tylko 90 sekund, reszta nam „się wydaje” | „Ukryte piękno” odc. 33

    „Emocje są informacjami” – przekonuje psycholożka Halina Piasecka. Złość może chronić nasze granice, lęk nie zawsze zapowiada katastrofę, a smutek nie jest oznaką słabości. W podcaście „Ukryte piękno” Magdalena Kuszewska rozmawia z autorką książki „Czuję, więc jestem” o tym, dlaczego tak często zamiatamy uczucia pod dywan, jak nauczyć się odczytywać sygnały płynące z ciała i dlaczego odpoczynek bywa dziś większym wyzwaniem niż praca.Wielu z nas żyje w przekonaniu, że nieprzyjemne emocje najlepiej schować głęboko i przeczekać. Psycholożka rozprawia się z tym mitem bez wahania. Zakopane uczucia nie znikają. Wracają zwykle wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy, często z dużo większą intensywnością.Magdalena Kuszewska przywołuje własne doświadczenie. Przez lata ukrywała trudne emocje w pracy, starając się zachować profesjonalizm. Wieczorem wracały jednak do niej w domu, odbierając spokój i sen. Odpowiedź Haliny Piaseckiej jest jednoznaczna: skoro wypierane emocje wracały ze zdwojoną siłą, organizm wyraźnie pokazywał, że taka strategia nie działa.Emocje trwają krócej, niż nam się wydajeJedna z najbardziej zaskakujących informacji dotyczy czasu trwania emocji. Według Haliny Piaseckiej fizjologiczny szczyt emocji trwa około 90 sekund. Później najczęściej nie cierpimy już z powodu samego uczucia, ale z powodu historii, które wokół niego budujemy.Rozmyślamy, analizujemy, wracamy do sytuacji po raz setny, przewidujemy katastrofalne scenariusze albo prowadzimy w głowie niekończące się dialogi. Właśnie dlatego nieprzyjemne emocje wydają się ciągnąć godzinami lub dniami. W rzeczywistości ogromne znaczenie ma sposób, w jaki o nich myślimy.Zamiast oceniać siebie za złość, zazdrość czy lęk, warto zatrzymać się i sprawdzić, o czym próbują nas poinformować. Halina Piasecka zwraca uwagę, że nawet zazdrość może być cennym drogowskazem. Być może pokazuje kierunek rozwoju, za którym tęsknimy, albo ujawnia potrzebę, której dotąd nie dostrzegaliśmy.Ciało mówi prawdęW gabinetach psychologicznych często pojawia się ten sam schemat. Pytanie o emocje spotyka się z odpowiedzią dotyczącą myśli. Klient opisuje natrętne scenariusze, analizuje wydarzenia i tłumaczy swoje zachowanie, ale nie mówi nic o tym, co działo się w jego ciele.Psycholożka zachęca do prostego ćwiczenia. W chwili silnej emocji warto zatrzymać się choć na minutę i zapytać siebie: co czuję oraz gdzie odczuwam tę emocję w swoim ciele? Dopiero później przychodzi czas na refleksję, co chcemy z tą informacją zrobić. Tak buduje się prawdziwa samoświadomość.Gdzie zaczynają się graniceCoraz częściej mówi się o stawianiu granic, ale niewiele osób zastanawia się, skąd właściwie te granice się biorą. Zdaniem Haliny Piaseckiej najpierw trzeba wiedzieć, gdzie one przebiegają i jakie wartości stoją za naszymi decyzjami.Asertywność nie ogranicza się do mówienia „nie”. Oznacza również umiejętność świadomego mówienia „tak”. Szczególnie pomocna bywa rada skierowana do osób, które automatycznie zgadzają się na kolejne prośby. Zamiast odpowiadać odruchowo, warto powiedzieć: „muszę się zastanowić”. Kilka sekund pauzy potrafi całkowicie zmienić jakość podejmowanych decyzji.Rozmowa w podcaście „Ukryte piękno” rozwija wiele tematów poruszanych przez Halinę Piasecką w książce „Czuję, więc jestem”, wydanej przez Zwierciadło. Publikacja stanowi przewodnik po świecie emocji, ale daleko jej do poradnikowych recept i gotowych rozwiązań. Autorka zachęca przede wszystkim do zatrzymania się, obserwowania siebie i budowania relacji z własnym wnętrzem.W książce znajdziemy przypomnienie, że zmiany prowadzące do lepszego życia warto wprowadzać małymi krokami. Samoświadomość nie pojawia się z dnia na dzień. Powstaje dzięki regularnemu zadawaniu sobie pytań o własne potrzeby, przekonania i emocje.

  14. 392

    „Żeby umieć się cieszyć, musisz też umieć się smucić”. Kasia Miller o urzekającym pojęciu „jedność przeciwieństw” | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 4

    – „Mam w sobie zachwyt nad cudem świata, tą zmiennością życia” – mówi Kasia Miller i trudno o lepsze zaproszenie do rozmowy o miłości, która nie dotyczy drugiego człowieka, lecz samego istnienia. Skąd bierze się zachwyt nad życiem mimo bólu, rozczarowań i niepewności? Dlaczego umiejętność przeżywania smutku okazuje się równie ważna jak zdolność do odczuwania radości? O tym Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawia z psycholożką i psychoterapeutką Kasią Miller w szóstym odcinku podcastu „Przerwa na kawę o miłości”. Sponsorem odcinka jest marka Pandora.Właśnie z takich doświadczeń rodzi się postawa, która później pozwala przetrwać znacznie trudniejsze momenty. Psycholożka przyznaje, że do dziś nosi w sobie zachwyt nad cudem świata i nieustanną zmiennością życia. Zachwyt nie oznacza jednak naiwności ani ucieczki od rzeczywistości. Przeciwnie – pozwala widzieć ją pełniej.Świat jest piękny. I bywa różnyRozmowa szybko schodzi z poziomu idealistycznych wyobrażeń na grunt codzienności. Joanna Olekszyk pyta wprost, czy obok kolorów istnieje również szarość. Odpowiedź nie pozostawia złudzeń. Świat jest miejscem nieustannego ścierania się dobra i zła, ale sposób patrzenia na tę walkę zależy od nas.Kasia Miller przywołuje zdanie, które od lat jej towarzyszy. Można wierzyć, że „dobro zawsze mija, a zło zawsze wraca”, można jednak wybrać odwrotną perspektywę – że „zło zawsze mija, a dobro zawsze wraca”. Już jako dziewczynka zdecydowała, że druga wersja bardziej jej się opłaca. Nie dlatego, że jest łatwiejsza, lecz dlatego, że daje siłę do życia.Bliska jest jej również idea „jedności przeciwieństw”. Świat może być jednocześnie cudowny i straszny, życie potrafi być dobre i trudne zarazem. Największą sztuką okazuje się czerpanie radości z tego, co dobre, przy jednoczesnym uczeniu się wytrzymywania tego, co bolesne. Paradoksalnie właśnie taka postawa, jak mówi psycholożka, sprawia, że dobrych doświadczeń pojawia się więcej.Piękno jako codzienna praktykaMiłość do życia często zaczyna się od wrażliwości na piękno. Kasia Miller opowiada, że już jako dziecko pisała krótkie wiersze. Jeden z pierwszych pamięta do dziś: „wierzby rysunek na niebie cieniutkim pędzlem nakreślasz i zapach wody dalekiej chłodniejszą farbą kładziesz”. Nie jest to przypadkowe wspomnienie. Pokazuje, jak wcześnie nauczyła się patrzeć na świat z uważnością.Smutek nie jest wrogiemW kulturze sukcesu chętnie opowiadamy o szczęściu, znacznie rzadziej o smutku. Tymczasem psycholożka przekonuje, że uciekanie od trudnych emocji odbiera nam możliwość prawdziwego przeżywania życia.Kiedy dopada ją smutek, nie próbuje go zagłuszać. Mówi do siebie: „smutek jest dla każdego, posiedź sobie w nim, przepuść go przez siebie”. W podobnym duchu tłumaczy, że umiejętność cieszenia się wymaga równoczesnej zgody na smucenie się. Dopiero przepuszczanie przez siebie całego wachlarza emocji sprawia, że życie staje się autentyczne, a nie jedynie poprawne.Miłość zaczyna się od sposobu, w jaki żyjemyRozmowa Joanny Olekszyk i Kasi Miller pokazuje, że miłość nie jest wyłącznie uczuciem skierowanym do drugiego człowieka. Przejawia się również w zachwycie nad światem, trosce o własne emocje, uważności wobec innych i codziennych gestach, które budują relacje. Właśnie z takiego myślenia wyrasta kampania BE LOVE marki Pandora. Przypomina, że miłość jest przede wszystkim postawą – czymś, co wyrażamy każdego dnia wobec bliskich, ale także wobec samych siebie. Nie musi być spektakularna ani idealna. Czasem oznacza zgodę na własną wrażliwość, innym razem odwagę, by dostrzec dobro mimo trudniejszych doświadczeń. Bo miłość, o której mówi Kasia Miller, nie kończy się na romantycznych relacjach. Staje się sposobem patrzenia na życie – z większą czułością, uważnością i wdzięcznością za wszystko, co nas spotyka. Taki właśnie wymiar celebruje kampania BE LOVE, zachęcając, by nie tylko mówić o miłości, ale przede wszystkim nią żyć.

  15. 391

    „Rodzice boją się, że ich dziecko będzie ofiarą, nie myślą, że będzie oprawcą”. Natasza Socha o tym, co „karmi” hejtera i jak powstrzymać przemoc | „Dylematy mamy i taty”, odc. 7

    „Wszystkie hejterskie historie zaczynają się tak samo: od drobnego uderzenia, żeby sprawdzić, jak ta osoba zareaguje” – mówi Natasza Socha w podcaście „Dylematy mamy i taty”. Rozmawiając z Aliną Gutek, zastępczynią redaktorki naczelnej „Zwierciadła”, autorka wydanej przez Zwierciadło powieści „Hejterka” pokazuje, że przemoc rówieśnicza nie rodzi się nagle ani wyłącznie w internecie. Wyrasta z potrzeby dominacji, braku empatii i wzorców wynoszonych z domu. Najbardziej niepokojące okazuje się jednak coś innego – wielu dorosłych wciąż wierzy, że hejt dotyczy wyłącznie cudzych dzieci.Każdy hejt ma swojego lideraDlaczego inni tak łatwo przyłączają się do przemocy? Alina Gutek pyta podczas rozmowy, co sprawcy mają w sobie, że potrafią przeciągać ludzi na swoją stronę.Socha zwraca uwagę, że niemal zawsze pojawia się lider – osoba głośna, pewna siebie, sprawiająca wrażenie nieustraszonej. Właśnie tacy ludzie bywają najbardziej niebezpieczni, ponieważ potrafią stworzyć wokół siebie grupę, która przestaje samodzielnie oceniać sytuację. Obok lidera niemal automatycznie pojawia się również wyznaczona ofiara.Pozorna siła często okazuje się jednak maską. Autorka „Hejterki” zauważa, że wielu szkolnych liderów buduje swoją pozycję wyłącznie na pokaz, próbując przykryć własne frustracje i porażki. Wybór słabszej osoby pozwala im przez chwilę zapomnieć o własnych kompleksach.Inność nadal bywa najłatwiejszym celemRodzice często zastanawiają się, dlaczego właśnie ich dziecko zostało zaatakowane. Odpowiedź okazuje się bolesna, bo bardzo często wystarczy jedna cecha – odmienność.Podczas rozmowy Natasza Socha przypomina, że nie lubimy tego, co nieznane, a u nastolatków nakłada się na to niezwykle silna potrzeba przynależności do grupy. Dziecko, które wyróżnia się wyglądem, zainteresowaniami, wrażliwością czy sposobem bycia, bardzo łatwo zostaje uznane za „inne”. Jak podkreśla pisarka, osoba, która nie ukrywa swojej odmienności, staje się wręcz idealnym celem hejtu.Paradoks polega na tym, że właśnie cechy, które później budują dojrzałą osobowość i odwagę bycia sobą, w szkolnej rzeczywistości bywają traktowane jak zaproszenie do wykluczenia.Dlaczego dzieci milczą?Rodzice często zakładają, że gdy wydarzy się coś złego, dziecko natychmiast poprosi o pomoc. Praktyka pokazuje coś zupełnie odwrotnego.Jak tłumaczy Socha, młodzi ludzie bardzo rzadko od razu mówią o hejcie. Nie chcą dokładać rodzicom zmartwień, wstydzą się odrzucenia przez grupę i często nawet nie rozumieją, dlaczego zostali wykluczeni. Dochodzi jeszcze lęk przed łatką donosiciela. Przyznanie się do krzywdy oznacza dla wielu nastolatków wypowiedzenie na głos zdania: „jestem beznadziejny”, a właśnie przed takim doświadczeniem próbują się chronić.Milczenie staje się więc nie dowodem, że wszystko jest w porządku, lecz jednym z najważniejszych sygnałów alarmowych.Dom pełen pogardyRozmowa uświadamia, że przemoc rówieśnicza nie bierze się znikąd. Natasza Socha przekonuje, że bardzo często stanowi odbicie atmosfery panującej w domu. Dziecko, które wraca ze szkoły po konflikcie z nauczycielem i słyszy od rodzica: „nie przejmuj się, idiota został nauczycielem, bo niczego nie osiągnął”, otrzymuje jasny komunikat – pogarda wobec innych jest akceptowalnym sposobem rozwiązywania problemów.Szkoła również nie zawsze zdaje egzamin. Zamiast zdecydowanych działań często pojawia się chęć przeczekania kryzysu, bo placówki obawiają się rozgłosu. Efektem bywają kolejne pogadanki, które niewiele zmieniają, ponieważ nie dotykają emocji ani odpowiedzialności.

  16. 390

    „Pogubiło mi się wiele rzeczy “. Dlaczego Grzegorz Damięcki nie wierzy w doświadczenie życiowe i z czym poszedł na terapię? | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 19

    „Mam 59 lat i wiem, że nic nie wiem” – mówi Grzegorz Damięcki w podcaście Beaty Biały „Mężczyzna jest człowiekiem”. Aktor opowiada o dorastaniu w rodzinie, której nazwisko od pokoleń budzi skojarzenia z polskim teatrem, o rozwodzie rodziców, samotności, terapii, sukcesie i porażce. Powstaje opowieść daleka od celebryckich wyznań. Bardziej przypomina intymny esej o męskości, odpowiedzialności i nieustannym poszukiwaniu siebie.Nazwisko Damięcki od dekad funkcjonuje w polskiej kulturze niemal jak instytucja. Wiele osób mogłoby uznać, że otwiera drzwi, daje przewagę i poczucie bezpieczeństwa. Grzegorz Damięcki nie ma jednak wątpliwości, że przede wszystkim stawia wymagania. Pytany przez Beatę Biały, czy rodzinne nazwisko bywa przekleństwem, odpowiada, że jest przede wszystkim wyzwaniem. „Po rozwodzie rodziców zostałem z ojcem”Historia Damięckich mogłaby stać się scenariuszem wielopokoleniowej sagi. Aktor wraca pamięcią do domu, który nieustannie się zmieniał – także dosłownie, bo dzieciństwo upłynęło pod znakiem kolejnych przeprowadzek. Z czułością wspomina swoje babcie, które były sobie tak bliskie, że – jak opowiada – zmarły tego samego dnia i tego samego roku. Zaraz potem pojawia się jednak doświadczenie rozpadu rodziny. Po rozwodzie rodziców zamieszkał z ojcem, co w tamtych czasach należało do rzadkości. Miał zaledwie piętnaście lat, gdy na jego barki spadło znacznie więcej codziennych obowiązków, niż zwykle dźwigają nastolatkowie.Paradoksalnie właśnie z domu rodzinnego nie wyniósł gotowych recept na życie. Przyznaje otwarcie, że nie otrzymał wzorów postępowania, do których mógłby dziś się odwoływać. Dlatego z pokorą mówi: „Mam 59 lat i wiem, że nic nie wiem”. Zaraz dodaje jeszcze jedno zdanie, które wybrzmiewa niemal prowokacyjnie – nie wierzy w coś takiego jak doświadczenie. Każdy etap życia wymaga bowiem nowych odpowiedzi, a dawne pewniki szybko tracą swoją wartość.„Od sukcesu ludzie głupieją”Kariera aktorska często kojarzy się z popularnością, uznaniem i spełnieniem. Damięcki pokazuje jednak zupełnie inną perspektywę. Pytany o sukces i porażkę przyznaje, że oba doświadczenia bywają równie trudne. Porażki zmuszają do refleksji, natomiast sukces – jak mówi – potrafi onieśmielać, a nawet odbierać trzeźwy ogląd rzeczywistości. Nie bez powodu zauważa, że właśnie od sukcesu ludzie najczęściej głupieją.Takie spojrzenie dobrze współgra z jego wyznaniem, że bezczynność natychmiast uruchamia lęk. Praca okazuje się nie tylko zawodem, ale również sposobem porządkowania własnego świata. Kiedy zatrzymuje się na dłużej, pojawia się niepokój i poczucie zagubienia. Sam przyznaje zresztą, że w pewnym momencie życia „pogubiło mu się wiele rzeczy”.Często boimy się najbliższychJednym z najbardziej poruszających fragmentów rozmowy jest opowieść o terapii. Aktor nie przedstawia jej jako spektakularnej przemiany ani cudownego lekarstwa na wszystkie problemy. Mówi o znacznie bardziej przyziemnym celu – poszedł na terapię po to, by nauczyć się stawiać światu granice.Brzmi prosto, ale właśnie w tej prostocie kryje się sedno. Wielu mężczyzn wychowywano w przekonaniu, że powinni wszystko wytrzymać, wszystko znieść i nikogo nie obciążać własnymi emocjami. Damięcki odwraca tę logikę. Zauważa również, że bardzo często najbardziej boimy się nie obcych ludzi, lecz właśnie tych najbliższych. Relacje rodzinne i partnerskie bywają przecież przestrzenią największej bezbronności.

  17. 389

    „Kobiety mówią: tyję z powietrza i jest w tym ziarno prawdy”. Prof. Karolina Kędzierska-Kapuza i Adrianna Sobol o tym, że otyłość to choroba, która może przytrafić się każdemu | „Jak zdrowie”, odc. 21

    „Otyłość to podstępna choroba, która zaczyna się powoli, choć u każdego inaczej się rozwija. Chorzy stopniowo wycofują się z życia z powodu stygmatyzacji i wstydu” – mówi Adrianna Sobol w podcaście „Jak zdrowie”. Choć medycyna od dawna uznaje otyłość za chorobę przewlekłą, społeczne przekonania nie nadążają za wiedzą. Choć medycyna od dawna uznaje otyłość za chorobę przewlekłą, społeczne przekonania nie nadążają za wiedzą. – To jedna z niewielu chorób przewlekłych, które niesiemy ze sobą na czole – mówi obesitolożka, prof. Kędzierska-Kapuza. „Na otyłość choruje już 9 milionów Polaków, a mimo wszystko pacjenci nadal słyszą: »zrób coś ze sobą«” – mówi Magdalena Kuszewska, otwierając rozmowę z prof. Karoliną Kędzierską-Kapuzą oraz Adrianną Sobol w podcaście „Jak zdrowie”.Otyłość nie jest wyboremPrzez lata wokół otyłości narosło wiele uproszczeń. Najbardziej szkodliwe sprowadza się do przekonania, że wystarczy mniej jeść i więcej się ruszać. Brzmi rozsądnie, jednak współczesna medycyna pokazuje znacznie bardziej złożony obraz.Jak wyjaśnia prof. Karolina Kędzierska-Kapuza, pacjenci najczęściej słyszą właśnie komunikat: „jedz mniej i ruszaj się więcej”, podczas gdy otyłość pozostaje chorobą biologiczną, często uwarunkowaną genetycznie i występującą w różnych fenotypach. Jedni zmagają się z kompulsywnym jedzeniem, inni z zaburzeniami regulacji głodu, dlatego skuteczne leczenie musi być dopasowane do konkretnego pacjenta. Tymczasem zaledwie 1–-2 proc. chorych otrzymuje leczenie farmakologiczne.Codzienność, której nie widaćLiczby pokazują skalę problemu, ale nie oddają życia z chorobą. Adrianna Sobol przypomina, że otyłość rozwija się podstępnie i u każdego przebiega inaczej. Chorzy bardzo często stopniowo wycofują się z życia społecznego, ponieważ wstyd i stygmatyzacja odbierają im poczucie bezpieczeństwa.Kobieta „gruba”, mężczyzna „postawny”Społeczne oczekiwania wobec wyglądu nie dotyczą wszystkich w równym stopniu. Kobiety znacznie częściej słyszą krzywdzące komentarze i są oceniane przez pryzmat sylwetki. Jak zauważa Adrianna Sobol, mężczyzna bywa określany jako „postawny”, podczas gdy kobieta z podobną masą ciała otrzymuje łatkę „grubej”. Choroba otyłościowa nie wybiera jednak ani płci, ani wieku i może pojawić się na każdym etapie życia.Równie niebezpieczne pozostaje bagatelizowanie pierwszych sygnałów. W wielu rodzinach funkcjonują powiedzenia: „my tak mamy”, „grube kości”, „wyrośnie z tego”. Takie przekonania skutecznie opóźniają diagnozę i rozpoczęcie leczenia.Dlaczego organizm ciągle domaga się jedzenia?Coraz więcej badań pokazuje, że apetyt nie jest wyłącznie kwestią silnej woli. W niektórych fenotypach choroby organizm produkuje zbyt mało hormonów odpowiedzialnych za hamowanie łaknienia, między innymi GLP-1. Pacjent praktycznie nie otrzymuje sygnału sytości.Prof. Karolina Kędzierska-Kapuza opowiada, że osoby rozpoczynające odpowiednie leczenie często ze wzruszeniem mówią o czymś, co dla większości ludzi wydaje się oczywiste – pierwszy raz w życiu mogą odstawić talerz, ponieważ naprawdę czują się najedzone.Jednocześnie jedzenie pełni funkcję regulatora emocji. Adrianna Sobol zwraca uwagę, że bardzo często sięgamy po nie zarówno wtedy, gdy przeżywamy smutek, jak i wtedy, gdy chcemy świętować sukces. Łatwo dostępna przyjemność pomaga na chwilę poradzić sobie z napięciem, ale nie rozwiąże problemu.Menopauza, hormony i „tycie z powietrza”W gabinetach lekarskich często pada zdanie: „tyję z powietrza”. Choć brzmi jak przesada, medycyna znajduje dla niego częściowe wyjaśnienie.Prof. Kędzierska-Kapuza podkreśla, że w okresie menopauzy zmiany hormonalne wysyłają tkance tłuszczowej sygnał do gromadzenia zapasów przede wszystkim w okolicy brzucha i bioder. Oznacza to, że organizm funkcjonuje inaczej niż wcześniej, dlatego strategie leczenia również wymagają indywidualnego podejścia.Sponsorem odcinka jest Novo Nordisk – organizator kampanii „Odzyskaj lekkość życia”, więcej infomacji na: www.ootylosci.pl/specjalisci

  18. 388

    „Moja najmłodsza pacjentka miała 26 lat”. Sekrety hollywoodzkiego liftingu zdradza chirurg plastyczny dr Piotr Osuch | „Pod skórą”, odc. 2

    Lifting twarzy nie jest w chirurgii plastycznej nową procedurą – ale zyskał nową technikę i… nową klientelę. Kiedyś uchodził za zabieg dla kobiet dojrzałych, dziś pod nóż coraz częściej idą 20- i 30-latki. Tylko po co – skoro ich skóra nadal jest jędrna, a owal twarzy napięty i wyraźny? Bo lifting nie służy już tylko odmładzaniu – przekonuje dr Piotr Osuch, chirurg plastyczny twarzy specjalizujący się w nowatorskiej metodzie deep plane.Za co ten rodzaj liftingu pokochały największe gwiazdy Hollywood, a w ślad za nimi – zwyczajne kobiety i mężczyźni, którzy ustawiają się w kolejce po piękniejszą twarz?„Niewidoczny” i „naturalny”. Jak działa lifting deep plane?Technika deep plane, w której specjalizuje się dr Osuch, nieprzypadkowo ma wiele fanek (i fanów) wśród znanych osób. Pozwala bowiem precyzyjnie odświeżyć rysy – a nie całkowicie je zmodyfikować. W efekcie, choć twarz pacjenta zostaje „przerobiona”, w ogóle nie wygląda na „zrobioną”.– Ta metoda ma tę dobrą cechę, że zachowuje naturalne rysy twarzy – tłumaczy specjalista. – W odróżnieniu od tych starszych liftingów, tutaj działamy tylko na głębokich strukturach, tak że nie ma konieczności rozdzielania warstw tkanek (…), tylko podnosimy całą grubość tkanek, sięgamy do tego miejsca, gdzie są rozluźnione więzadła, gdzie jest przyczyna tego, że twarz się zmieniła w związku z upływem czasu.To największa różnica, która odróżnia metodę deep plane od starszych technik liftingu.– Nie ma stygmatów typowego liftingu, czyli nie ma takiego napięcia nadmiernego, nie ma efektu maski, nie ma takiego „windblow”, czyli efektu podmuchu wiatru – mówi w podcaście ekspert.Po deep plane wygląda się świeżo, jakby było się bardziej wypoczętym. Procedury tej nie widać na pierwszy rzut oka, co przyciąga do niej zarówno gwiazdy, jak i wszystkie osoby, które chciałyby dokonać naturalnej korekty swoich rysów.Dlaczego na deep plane decydują się coraz młodsze osoby?Jak podkreśla dr Osuch, lifting deep plane to nie jest zabieg, który koryguje skórę – lecz rysy twarzy. Dziś stanowi więc narzędzie nie tylko do odmładzania, ale i modyfikacji tych obszarów, które nie spełniają oczekiwań pacjentów. Najmłodsza pacjentka lekarza miała 26 lat i zdecydowała się na lifting, aby poprawić rysy twarzy po tym, jak opadły na skutek dużej utraty wagi.– To jest zabieg, który koryguje linię żuchwy, który koryguje napięcie tkanek głębokich, który przywraca albo koryguje kształt, jeśli chodzi o położenie brwi i o różne struktury, które są w obrębie twarzy – objaśnia ekspert.Mitem jest więc przekonanie, że lifting dedykowany jest tylko osobom, u których procesy starzenia są już zaawansowane i wymagają one ujędrnienia skóry. Jej jakość i napięcie mogą poprawić zabiegi z zakresu medycyny estetycznej – natomiast sama chirurgia tego nie zrobi.Pułapki medycyny estetycznej okiem chirurga plastycznegoAle i z mniej inwazyjnymi zabiegami lepiej uważać. Doktor Osuch nie jest ich bezkrytycznym zwolennikiem i zaleca ostrożność, zanim zdecydujemy się na założenie nici liftingujących, wstrzyknięcie kwasu hialuronowego albo stymulatorów w twarz. Efekty zbyt pochopnych decyzji swoich pacjentów widzi na własne oczy, gdy podczas operacji zagląda – dosłownie – pod ich skórę.Podcast „Pod skórą” analizuje viralowe trendy w urodzie i medycynie estetycznej napędzane przez internetowe algorytmy. Prowadząca Aleksandra Urbaniak wraz z ekspertami omawia źródła najnowszych trendów, obala szkodliwe mity i ujawnia przemilczane fakty na temat zabiegów zyskujących popularność. To rozmowy dające zdrową perspektywę na obowiązujące standardy piękna wyznaczane przez social-media, które coraz częściej dyktują nam, jak wyglądać i co robić ze swoimi ciałami.

  19. 387

    Andrzej Bargiel o swojej wyprawie na Nanga Parbat, zaufaniu i robieniu po swojemu. „Chciałem sprawdzić, czy to fizycznie możliwe” | „Bliski kadr”, odc. 13

    „Nie mam potrzeby, żeby cokolwiek udowadniać” - mówi Andrzej Bargiel w podcaście „Bliski kadr" tuż po swoim historycznym zjeździe na nartach z Nanga Parbat czyli jednego z najwyższych szczytów świata i jednej z najbardziej niebezpiecznych gór na Ziemi. Andrzej dokonał czegoś, co przez lata wydawało się poza zasięgiem nawet najwybitniejszych himalaistów i skialpinistów. Tymczasem opowiada o tym z charakterystycznym dla siebie spokojem. Trochę jakby po prostu właśnie zgrabnie zeskoczył z trzepaka...W podcaście „Bliski kadr" rozmawiamy nie tylko o samym zjeździe, ale też o wszystkim, co wydarzyło się wcześniej. O budowaniu zespołu, analizowaniu góry, obserwowaniu lawin, czekaniu na właściwy moment i podejmowaniu decyzji, od których zależy życie. Andrzej Bargiel tłumaczy, dlaczego w górach najwyższych odwaga nie polega na podejmowaniu ryzyka, lecz na konsekwentnym odrzucaniu sytuacji, których nie da się bezpiecznie kontrolować. To rozmowa, która rozprawia się z romantycznym obrazem himalaizmu jako sportu opartego wyłącznie na brawurze. Zamiast tego słyszymy o prognozach meteorologicznych, technologii, dronach wykorzystywanych podczas wypraw, komunikacji radiowej, logistyce i wieloletnim zdobywaniu doświadczenia. Bargiel pokazuje, że największym sprzymierzeńcem ekstremalnych osiągnięć jest cierpliwość.Zjazd z Nanga Parbat jest częścią projektu Andrzeja i jego teamu pod łacińską nazwą „Hic Sunt Leones” (Tu są lwy), dzięki któremu jako pierwszy człowiek zjechał na nartach ze wszystkich pięciu ośmiotysięczników Pakistanu. Opowiada, jak zrodził się ten pomysł, dlaczego musiał nauczyć się budowania partnerstw biznesowych, organizowania wypraw i tworzenia zespołu, który od kilkunastu lat pracuje razem w najwyższych górach świata. W rozmowie nie brakuje tematów, o których mówi się znacznie rzadziej. Pakistan widziany oczami alpinisty okazuje się miejscem pełnym kontrastów - zachwycającym, ale jednocześnie naznaczonym biedą, wykluczeniem i historiami ludzi, którym czasem wystarczy niewielka pomoc, by uratować zdrowie lub życie.To także rozmowa o zaufaniu. Do partnerów, do własnego doświadczenia i do intuicji. O tym, dlaczego dobiera ludzi nie według sportowych rankingów, ale charakteru. O tym, jak zachować spokój, gdy cała ekipa przez radio przekonuje, żeby zawrócić, a ty wiesz, że właśnie teraz jest właściwy moment na zjazd. Jak zmienił się współczesny himalaizm? Czy nowoczesny sprzęt i lżejsze butle tlenowe ułatwiają zdobywanie ośmiotysięczników? Czy media społecznościowe stały się dziś równie ważnym elementem wypraw jak przygotowanie sportowe? Jak finansuje się projekty kosztujące setki tysięcy złotych i dlaczego sam Bargiel przez lata musiał stworzyć własny model funkcjonowania poza systemem?Zapraszamy do wysłuchania najnowszego odcinka podcastu Zwierciadła z Andrzejem Bargielem.

  20. 386

    „Książki były moją rodziną, moją kochającą ciepłą rodziną”. Kasia Miller poleca lektury na „dobrą samotność” | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6” odc. 6

    - Książki były moimi rodzicami, rodzeństwem. Książki były moją rodziną, moją kochającą ciepłą rodziną - mówi słynna psycholożka w 6. odcinku, 6. sezonu „Przerwy na kawę z Kasią Miller”. Bo czasem najlepszą rozmowę odbywamy z autorem, którego nigdy nie poznaliśmy. Czasem jedna powieść pomaga zrozumieć siebie bardziej niż dziesiątki porad. Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”,rozmawia z Katarzyną Miller o książkach, które wychowują, leczą samotność, uczą odwagi i pokazują, jak zmienia się nasze rozumienie miłości. Rozmowa okazuje się nie tylko podróżą przez literaturę, lecz także opowieścią o dojrzewaniu człowieka.Romans z bohaterem, który nie istniejeCzy książki wpływają na nasze wybory uczuciowe? Pytanie Joanny Olekszyk o literackie zauroczenia otwiera fascynujący wątek dotyczący romantycznych wzorców.Miller przyznaje z uśmiechem, że przez lata żaden prawdziwy mężczyzna nie zrobił na niej takiego wrażenia jak Rhett Butler z „Przeminęło z wiatrem”. Jak mówi, „chyba nie ma faceta, który by mi się bardziej podobał niż Butler”. Literaccy bohaterowie bywają przecież idealnymi projekcjami naszych pragnień – błyskotliwi, odważni, tajemniczy, nieosiągalni.Rozmowa szybko schodzi jednak z poziomu romantycznych westchnień na znacznie poważniejszy grunt. Joanna Olekszyk przywołuje książkę „Mit Darcy’ego”, której autorka przekonuje, że kult nieprzystępnych bohaterów mógł wpłynąć na sposób, w jaki kobiety postrzegały relacje z mężczyznami. Miller odpowiada bez wahania, zauważając, że wiele klasycznych historii wysyłało kobietom bardzo niebezpieczny komunikat. Jak podkreśla, „te książki trochę nam mówiły: znoś to”.Wielcy pisarze wiedzą więcejNajlepsza literatura nie moralizuje. Raczej wyprzedza swoją epokę i pozwala dostrzec zjawiska, których współcześni jeszcze nie potrafią nazwać. Miller nie ma wątpliwości, że „dobrzy pisarze wyprzedzają epoki”. Dlatego klasyka nie starzeje się mimo zmieniających się czasów. Prawdziwie wielkie książki wciąż prowokują do zadawania tych samych pytań: kim jesteśmy, czego się boimy, dlaczego kochamy właśnie tak.Psycholożka wspomina swoje literackie fascynacje, podkreślając, że poważne czytanie zaczęła od francuskich pisarzy, między innymi François Mauriaca. Fascynowała ją złożoność ludzkiej natury obecna również u Grahama Greene’a. Jednocześnie zwraca uwagę na niezwykle ciekawy mechanizm psychologiczny. Czytając lub oglądając historie, zawsze wydobywamy z nich przede wszystkim to, co w danym momencie najbardziej dotyczy naszego życia. W języku psychologii Gestalt właśnie ten motyw staje się figurą, podczas gdy cała reszta pozostaje jedynie tłem.Dlatego dwudziestoletni czytelnik i sześćdziesięcioletnia czytelniczka mogą zachwycić się tą samą powieścią z zupełnie innych powodów.Dlaczego warto wracać do klasykiW świecie krótkich filmów i błyskawicznych informacji klasyczna literatura wymaga cierpliwości. Nagrodą okazuje się jednak głębsze rozumienie świata.Między Balzakiem a GreyemLiteracki gust nie musi być zamknięty w sztywnych ramach. Obok klasyki może znaleźć się także popularna powieść, jeśli potrafi powiedzieć coś o ludzkich pragnieniach.Miller z charakterystycznym dystansem wspomina lekturę „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Przyznaje, że przeczytała książkę z przyjemnością, a zamiast oburzenia poczuła podziw dla autorki. Pomyślała bowiem: „co za niegłupia panienka, że spisała swoje fantazje i zarobiła miliony”. Poezja ma własną porę dniaKażdy czytelnik buduje własne rytuały. Dla Joanny Olekszyk poezja przypomina rześki zimowy poranek – pełen świeżości i skupienia. Katarzyna Miller wybiera zupełnie inny moment. Najchętniej sięga po wiersze wieczorem albo jesienią, kiedy świat zwalnia, a cisza pozwala usłyszeć więcej.Może właśnie dlatego książki pozostają naszymi najwierniejszymi przyjaciółmi. Nie narzucają tempa, nie oceniają i nie przerywają.

  21. 385

    „Nietolerancja biustonosza”, „zamrożony bark”, wypadanie włosów – Anna Kopańczyk o nietypowych objawach menopauzy | „Ukryte piękno”. odc. 29

    „Najmłodsza pani, która przyszła do mnie z menopauzą, miała 35 lat” – mówi dietetyczka Anna Kopańczyk. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską w podcaście „Ukryte piękno” obala jeden z najbardziej szkodliwych mitów dotyczących kobiecego zdrowia: menopauza nie jest wydarzeniem zarezerwowanym dla późnej dojrzałości. Potrafi zaskoczyć znacznie wcześniej i daje objawy, których wiele kobiet w ogóle z nią nie kojarzy. Wypadające włosy, pieczenie jamy ustnej, „zamrożony bark”, nagła nietolerancja biustonosza czy nasilające się stany zapalne organizmu często pozostają zagadką, choć mają wspólne źródło – zmieniającą się gospodarkę hormonalną.Włosy jako pierwszy sygnał zmianAnna Kopańczyk zwraca uwagę, że podczas menopauzy pojawiają się trzy charakterystyczne problemy. Jednym jest rozlane wypadanie włosów na całej głowie. Drugim – typowe dla zmian hormonalnych przerzedzenie w środkowej części głowy, określane jako kobiecy wzór łysienia. Trzecim stają się coraz cieńsze, delikatniejsze włosy, które tracą dawną objętość. Jak podkreśla ekspertka, właśnie tego rodzaju łysienia androgenowego doświadcza od 20 do nawet 50 procent kobiet przed sześćdziesiątym rokiem życia.Paradoks polega na tym, że wiele pacjentek słyszy, iż poziom testosteronu pozostaje prawidłowy. Mimo tego włosy nadal wypadają. Jak wyjaśnia Anna Kopańczyk, przyczyną okazuje się spadek estrogenów, który zwiększa wrażliwość mieszków włosowych na działanie testosteronu. Problem nie wynika więc wyłącznie z poziomu hormonów, ale również z tego, jak organizm zaczyna na nie reagować.Menopauza nie kończy się na uderzeniach gorącaLista objawów menopauzy jest znacznie dłuższa, niż większość z nas przypuszcza. Wiele kobiet przez lata szuka pomocy u różnych specjalistów, nie wiedząc, że wszystkie dolegliwości mogą mieć wspólne podłoże.Jednym z najbardziej zaskakujących przykładów pozostaje zespół pieczenia jamy ustnej. Anna Kopańczyk przyznaje, że sama początkowo uważała go za rzadkość. Sytuacja zmieniła się, kiedy opublikowała materiał na ten temat. Odezwały się do niej liczne kobiety, które od dawna zmagały się z identycznym problemem, nie znajdując wyjaśnienia swoich objawów.Podobnie wygląda historia tak zwanego zamrożonego barku. Dolegliwość objawia się stopniową utratą ruchomości stawu bez wyraźnej przyczyny urazowej. Leczenie bywa długie i wymagające cierpliwości, ponieważ objawy mogą utrzymywać się nawet przez dwa lub trzy lata.Dieta, która wycisza stan zapalnyZmiany hormonalne wpływają nie tylko na wygląd, ale również na funkcjonowanie całego organizmu. Estrogen wykazuje działanie przeciwzapalne. Gdy jego poziom spada, łatwiej dochodzi do nasilenia przewlekłego stanu zapalnego, który może sprzyjać rozwojowi osteoporozy, insulinooporności czy bolesnego zamrożonego barku.Styl odżywiania ma tutaj ogromne znaczenie. Anna Kopańczyk podkreśla, że dieta przeciwzapalna zaczyna się od ograniczania produktów nasilających stan zapalny, a następnie opiera się na zdrowych tłuszczach, dużej ilości warzyw, owoców i roślin strączkowych. Nie chodzi o chwilową modę, lecz o sposób żywienia, który wspiera organizm każdego dnia.Wiedza zamiast wstyduRozmowa Magdaleny Kuszewskiej i Anny Kopańczyk pokazuje, że menopauza przestaje być tematem przemilczanym. Coraz więcej kobiet szuka wiedzy zamiast prostych recept i oczekuje odpowiedzi opartych na nauce, a nie na stereotypach.Taką rolę pełni również książka „Menopauza. Instrukcja obsługi”, której autorką jest Anna Kopańczyk. Publikacja w przystępny sposób wyjaśnia, co dzieje się z kobiecym organizmem na kolejnych etapach menopauzy, pomaga zrozumieć mechanizmy stojące za często zaskakującymi objawami i podpowiada, jak poprzez dietę, styl życia oraz codzienne wybory wspierać zdrowie i dobre samopoczucie. Zamiast straszyć zmianami, daje poczucie sprawczości i pokazuje, że menopauza nie oznacza utraty jakości życia, lecz początek nowego etapu, do którego można dobrze się przygotować.

  22. 384

    „Nic tak nie czyści głowy jak rower”. Alicja Cieloch o tym, że rower elektryczny nie jedzie sam i zmienia sposób podróżowania | Wszystkimi zmysłami

    „Rower zmienił moje podróże” – przyznaje Alicja Cieloch. Trudno o lepszy punkt wyjścia do rozmowy o dwóch kółkach, które coraz częściej wywołują skrajne emocje. Jedni widzą w rowerze elektrycznym przyszłość aktywnej mobilności, inni wciąż traktują go jak gadżet dla leniwych. W podcaście „Wszystkimi zmysłami” Monika Sobień-Górska rozmawia z podróżniczką o stereotypach, które nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, o podróżach poza utartym szlakiem i o tym, dlaczego właśnie rower pozwala najpełniej doświadczać świata. Sponsorem podcastu jest Bosch eBike Systems.Samolot skraca dystans, samochód przyspiesza, pociąg pozwala wygodnie przemieszczać się między miastami. Rower robi coś zupełnie innego – zamienia drogę w najważniejszą część podróży. Właśnie dlatego coraz więcej osób odkrywa, że liczy się nie tylko cel, ale także tempo, w jakim poznajemy świat.Jak podkreśla Alicja Cieloch, „zupełnie inaczej odbieramy miejsce, jeśli jedziemy do niego klasycznym środkiem transportu, a inaczej, jak pokonujemy tę drogę rowerem i siłą własnych nóg”. Właśnie wtedy krajobraz przestaje być widokiem zza szyby. Zaczyna pachnieć, zmienia temperaturę, hałasuje albo wycisza. Pozwala zatrzymać się tam, gdzie nie zatrzymują się wycieczki.Tak rodzi się prawdziwa bliskość z miejscem. Jak mówi podróżniczka, dzięki rowerowi docieramy do zakątków, które nigdy nie trafiają na okładki przewodników. Pozostają unikalne, odkrywane na własnych zasadach i zapisują się w pamięci znacznie mocniej niż najbardziej popularne atrakcje.Dlaczego wokół rowerów elektrycznych narosło tyle mitów?Moda na e-bike’i rośnie z roku na rok. Wraz z nią rośnie również liczba opinii, które często niewiele mają wspólnego z faktami. Alicja Cieloch przyznaje, że właśnie ciekawość stała się początkiem jej własnych poszukiwań. Jak wspomina, „zainteresowałam się rowerem elektrycznym, bo zaciekawiło mnie, skąd się biorą stereotypy na jego temat”.Jakie są najczęściej powtarzane mity? Pierwszy mówi, że rower elektryczny przeznaczony jest wyłącznie dla seniorów. Drugi – że właściwie jedzie sam. Alicja bez wahania rozprawia się z obydwoma przekonaniami, przypominając, że użytkownik cały czas musi pedałować. Silnik jedynie wspiera wysiłek, a konstrukcje wyposażone w napęd Boscha pomagają wyłącznie do prędkości 25 km/h. Nie mają więc nic wspólnego z motorowerami czy pojazdami kojarzonymi z dostawcami jedzenia.Różnica wydaje się fundamentalna, choć w publicznej dyskusji często bywa pomijana.Czy na rowerze elektrycznym można się zmęczyć?Wielu sceptyków uważa, że wspomaganie odbiera aktywności fizycznej sens. W praktyce wygląda to zupełnie inaczej.E-bike nie eliminuje wysiłku. Pozwala jedynie lepiej nim zarządzać. Dzięki temu łatwiej pokonywać długie podjazdy, planować ambitniejsze trasy czy podróżować przez wiele kolejnych dni bez przeciążania organizmu. Organizm nadal pracuje, mięśnie wykonują swoją pracę, a serce utrzymuje wysiłek na odpowiednim poziomie.Jednocześnie pozostaje jeszcze jeden aspekt, którego nie da się zmierzyć liczbą spalonych kalorii. Alicja przypomina, że „nic tak nie czyści głowy jak rower”. Kilkadziesiąt kilometrów spokojnej jazdy potrafi uporządkować myśli skuteczniej niż niejeden weekendowy wyjazd do SPA. Równy rytm pedałowania działa jak medytacja w ruchu, a kontakt z naturą pozwala odzyskać koncentrację i zwyczajnie odetchnąć.Wolność wymaga rozsądkuKażdy, kto inwestuje w dobry rower, prędzej czy później zaczyna myśleć o bezpieczeństwie. Monika Sobień-Górska pyta więc również o praktyczną stronę podróżowania.Alicja stawia na rozwiązania, które realnie zwiększają szanse na uniknięcie kradzieży. Poleca solidny, gruby łańcuch oraz nowoczesne systemy alarmowe wysyłające powiadomienie na telefon, gdy z rowerem dzieje się coś niepokojącego. Jednocześnie zwraca uwagę na różnice kulturowe. W Niemczech czy Austrii mieszkańcy często zostawiają rowery przed sklepami bez dodatkowych zabezpieczeń. Sponsorem podcastu jest Bosch eBike Systems.

  23. 383

    „Piłka nożna jest związana z łzami. Płaczesz, kiedy wygrywasz, ale też, kiedy przegrywasz”. O emocjach w sporcie rozmawiamy z Mateuszem Święcickim | „Krótka piłka” odc. 1

    Mateusz Święcicki - dziennikarz, reporter sportowy oraz komentator lig europejskich, w tym Bundesligi, La Ligi i Serie A w kanale Eleven Sports. Przede wszystkim jednak: absolutny pasjonat piłki nożnej. Jego głosu nie sposób pomylić z żadnym innym. Cechuje go ogromna wiedza, niezwykła charyzma i emocjonalny stosunek do sportu. I te właśnie emocje czuć w każdym komentowanym przez niego meczu. Swoje sportowe serce oddał włoskiemu klubowi AC Milan, ale równie mocno kibicuje hiszpańskiej Valencii.Skąd ta miłość do piłki nożnej?„Jest rok 1994. Oglądam finał Ligi Mistrzów. Milan wygrywa z Barceloną 4:0, a ja zakochuję się w piłce nożnej. Zobaczyłem coś co dla mnie było porywające. To całe teatrum, finał Ligii Mistrzów, ten puchar. Dziecko pożera świat wzrokiem, pożera świat emocjami, widzi coś, co jest piękne, interesujące, przepełnione radością jednych, dramatem drugich… Ja już wiedziałem, że to jest początek romansu na całe życie”. – mówi dziennikarz w nowym odcinku podcastu „Zwierciadła” pt. „Krótka piłka”.Łzy, determinacja, pasjaTrwa właśnie Mundial 2026, a kibice nie mogą oderwać się od związanych z nim sportowych emocji. Rozgrywki po raz pierwszy odbywają się w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku, więc różnice czasowe powodują, że najbardziej wierni kibice oglądają mecze nocami. Co jest takiego w tym sporcie, że z zapartym tchem śledzimy tę rywalizację i z zaciekawieniem wyczekujemy finału, by zobaczyć, która reprezentacja podniesie upragniony puchar?Dlaczego piłka nożna daje tyle radości, łączy ludzi i pozwala poszerzyć horyzonty? O emocjach, na boisku, kulisach pracy komentatora, powodach, dla których w sporcie pojawiają się łzy, a także o rozwoju kobiecego futbolu, rozmawiamy w tym odcinku podcastu „Zwierciadła” z Mateuszem Święcickim w roli głównej. 

  24. 382

    „Nie chciałem być ani aktorem ani dyrektorem”. Wojciech Malajkat o roli przypadku i gdzie zaczyna się władza | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 18

    „Często słyszę, czemu pan dyrektor podnosi śmieci albo meble przestawia od tego są rekwizytorzy, odpowiadam: szkoda na to czasu” – mówi Wojciech Malajkat w rozmowie z Beatą Biały w podcaście „Mężczyzna jest człowiekiem”. Aktor nie proponuje gotowych recept na życie ani definicji męskości. Opowiada o kosztach emocjonalnych zawodu aktora i o tym, dlaczego prawdziwy autorytet nie zaczyna się od stanowiska.Debata o współczesnej męskości często przypomina pole bitwy. Jedni przekonują, że mężczyźni przeżywają kryzys, inni próbują zbudować ich nową definicję. Wojciech Malajkat proponuje znacznie prostszą perspektywę. Zamiast zastanawiać się, jaki powinien być mężczyzna, warto najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie, jakim chce się być człowiekiem.Aktor wraca do doświadczeń, które ukształtowały jego sposób patrzenia na świat. Wspominając ojca, podkreśla, że właśnie od niego nauczył się cierpliwości. Jak mówi, ojciec pochodził z Prus, założył rodzinę i dbał o nią, pokazując swoim życiem, że odpowiedzialność nie potrzebuje wielkich deklaracji. Właśnie takie codzienne postawy zostają z człowiekiem na lata i okazują się ważniejsze od najbardziej efektownych przemówień.Podobnie brzmi przesłanie, które dziś przekazuje młodym ludziom. Malajkat przyznaje, że spośród wszystkich rad najważniejsza jest jedna – „bądźcie ludźmi”. W kilku prostych słowach zawiera się cała filozofia relacji, pracy i odpowiedzialności za innych.Życie pisze najlepsze scenariuszeHistoria Wojciecha Malajkata pokazuje również, jak niewiele da się przewidzieć. Kariera, z którą dziś jest kojarzony przez miliony widzów, wcale nie była jego planem.Aktor z uśmiechem przyznaje, że aktorem został z przypadku, bo początkowo marzył o zupełnie innej drodze zawodowej. Chciał uczyć geografii i języka polskiego, przekazywać wiedzę, inspirować młodych ludzi i budować z nimi relację. Paradoksalnie właśnie to pragnienie pozostało z nim do dziś. Nawet stojąc na scenie czy prowadząc studentów szkoły teatralnej, wciąż pozostaje nauczycielem – tylko zamiast map i lektur wykorzystuje teatr oraz własne doświadczenie.Historia Malajkata przypomina, że największe życiowe zwroty często przychodzą wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy. Sukces nie zawsze rodzi się z precyzyjnego planu. Czasami wystarczy odwaga, by zaufać przypadkowi.Cena emocjiJednym z najbardziej poruszających momentów rozmowy jest pytanie Beaty Biały o emocjonalny koszt zawodu aktora. W czasach, gdy coraz częściej mówi się o wypaleniu zawodowym i zdrowiu psychicznym, temat wybrzmiewa szczególnie mocno.Malajkat odpowiada z charakterystycznym spokojem. Nie ucieka od odpowiedzialności za emocje, które przeżywa na scenie, ale też nie przedstawia ich jako ciężaru nie do udźwignięcia. Jak podkreśla, jest zdrowy psychicznie i nie ma problemu z tym, że ponosi te koszty, ponieważ widzi, że publiczność przeżywa je razem z nim. Właśnie na tym polega istota teatru – emocje nie należą wyłącznie do aktora. Stają się wspólnym doświadczeniem ludzi siedzących po obu stronach sceny.Władza nie zaczyna się od gabinetuRozmowa schodzi również na temat zarządzania i autorytetu. Wojciech Malajkat od lat pełni funkcje kierownicze, dlatego dobrze zna mechanizmy, które budują hierarchie.Nie zgadza się jednak z przekonaniem, że stanowisko automatycznie daje człowiekowi wyjątkowy status. Jak zauważa, to ludzie budują władzę i stereotyp władzy, dlatego często spotyka się z reakcjami w rodzaju: „Dlaczego pan dyrektor podnosi śmieci albo przestawia meble? Przecież od tego są rekwizytorzy.” Dla niego podobne myślenie nie ma sensu. Odpowiada krótko: „Szkoda na to czasu.”W kilku słowach kryje się ważna lekcja o przywództwie. Autorytet nie rodzi się z dystansu ani z przekonania o własnej wyjątkowości. Powstaje wtedy, gdy lider nie boi się wykonywać tych samych czynności co pozostali i nie buduje swojej pozycji na symbolicznych przywilejach.

  25. 381

    „Remont to jest krew, pot i łzy. Nie bez powodu wykończeniówka nazywa się tzw. wykończeniówką”. Jak urządzić dom, który naprawdę daje ukojenie? | Wszystkimi zmysłami

    „Zaczynamy często od końca, bo nie kolory i design, a nasz komfort są najważniejsze” – mówi Monika Sobień-Górska w najnowszym odcinku podcastu „Wszystkimi zmysłami”. W rozmowie z Mają Ganszyniec, projektantką produktu oraz Malwiną Luto, dyrektorką kreatywną marki Porta, pada wiele odpowiedzi na pytanie, które zadaje sobie dziś coraz więcej osób: jak stworzyć wnętrze piękne, ale przede wszystkim wspierające codzienne życie? Sponsorem odcinka jest producent drzwi Porta.Urządzanie mieszkania jeszcze nigdy nie było tak inspirujące i jednocześnie tak trudne. Media społecznościowe codziennie podsuwają nowe trendy, a zdjęcia perfekcyjnych wnętrz sprawiają, że łatwo zapomnieć, dla kogo właściwie projektujemy własny dom.Dom powinien wyglądać jak... myZdaniem Mai Ganszyniec pierwszy krok powinien być zaskakująco prosty. Zanim zaczniemy wybierać kolory ścian, meble czy dodatki, warto odpowiedzieć sobie na pytanie: czego naprawdę potrzebujemy. Jak podkreśla projektantka, kluczowe jest określenie, czy bardziej zależy nam na estetyce, czy na komforcie i ergonomii codziennego życia.Właśnie dlatego coraz większą rolę odgrywają projektanci wnętrz. Nie jako kreatorzy modnych przestrzeni, lecz przewodnicy pomagający odkryć własne potrzeby. Jak zauważa Malwina Luto, dobry projektant jest jednocześnie dobrym psychologiem – słucha, obserwuje i rozumie styl życia swoich klientów. Bez tej wiedzy nawet najpiękniejsze wnętrze może okazać się niewygodne.Pięć zmysłów w służbie dobrego życiaPrzestrzeń oddziałuje na nas nieustannie. Wpływa na nastrój, poziom stresu, koncentrację i jakość odpoczynku. Kolory, światło, faktury materiałów czy akustyka wnętrza działają na zmysły znacznie mocniej, niż zwykle przypuszczamy.Nieprzypadkowo biel pozostaje najpopularniejszym wyborem Polaków. Jak zauważa Maja Ganszyniec, wielu osobom daje poczucie bezpieczeństwa, ponieważ pasuje niemal do wszystkiego i pozwala łatwo zmieniać charakter wnętrza dodatkami.Wykończeniówka nie bez powodu ma taką nazwęKażdy, kto choć raz remontował mieszkanie, wie, że teoria i praktyka często się rozmijają. Maja Ganszyniec nie idealizuje tego procesu. Jak przyznaje, „wykończeniówka” nie bez powodu kojarzy się z ogromnym wysiłkiem i emocjami. Krew, pot i łzy bywają nieodłączną częścią budowania wymarzonego domu.Dlatego coraz większego znaczenia nabiera myślenie długoterminowe. Wybory podejmowane podczas remontu powinny uwzględniać nie tylko obecne potrzeby, ale również przyszłość. Dobrym przykładem są nowoczesne, wodoodporne ościeżnice, które znacznie lepiej znoszą codzienne użytkowanie i upływ czasu.Podobną perspektywę prezentuje Malwina Luto. Jej zdaniem największym błędem jest oszczędzanie na elementach bazowych wnętrza. Drzwi, które robią znacznie więcejJeszcze niedawno traktowaliśmy drzwi wyłącznie jako element techniczny. Dziś stają się integralną częścią aranżacji wnętrz i narzędziem poprawiającym jakość życia.Jak podkreśla Malwina Luto, współczesne drzwi mogą pełnić wiele funkcji. W niewielkich mieszkaniach warto wykorzystać ich powierzchnię do zamontowania lustra, które optycznie powiększy przestrzeń. Coraz większą popularnością cieszą się także rozwiązania poprawiające akustykę.Zmienił się bowiem sposób, w jaki korzystamy z mieszkań. Praca zdalna sprawiła, że dom stał się jednocześnie biurem, szkołą i miejscem odpoczynku. Dom przyjazny zwierzętomDobre projektowanie zawsze uwzględnia codzienne rytuały mieszkańców. Również tych czworonożnych. Malwina Luto zwraca uwagę, że właściciele zwierząt coraz częściej wybierają trwalsze okleiny odporne na zadrapania. Pojawiają się także praktyczne rozwiązania, takie jak specjalne przejścia w drzwiach umożliwiające kotom czy psom samodzielne korzystanie z pomieszczeń.Piękno pozostaje ważne. Komfort jednak sprawia, że do domu naprawdę chce się wracać.Sponsorem odcinka jest producent drzwi Porta.

  26. 380

    „Żyłem siłą rozpędu, życiem hedonisty, który wchodził w różne dziwne związki”. Robert Rutkowski o tym, kiedy zaczyna się drugie życie | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 17

    „Na depresję zapadają nie ci, którzy są słabi, ale ci, którzy zbyt długo byli silni” – mówi Robert Rutkowski w rozmowie z Beatą Biały. Pedagog i psychoterapeuta opowiada o męskości bez pozowania, o życiu, które zmieniły śmierć rodziców i narodziny syna, o kłamstwie, alkoholu, odpowiedzialności oraz odwadze zaczynania od nowa. Powstaje opowieść daleka od internetowych poradników dla „prawdziwych facetów”. Znacznie bliżej jej do szczerego rachunku sumienia i rozmowy o tym, dlaczego mężczyzna, zanim stanie się partnerem, ojcem czy liderem, musi najpierw stać się człowiekiem.Debata o męskości od lat przypomina przeciąganie liny. Z jednej strony pojawiają się wezwania do powrotu „twardych facetów”, z drugiej – oczekiwanie, by mężczyzna wreszcie nauczył się mówić o emocjach. Robert Rutkowski proponuje zupełnie inną perspektywę. Nie szuka definicji w mediach społecznościowych ani w popkulturze. Szuka jej w relacjach.Męskość nie rodzi się z siłyJak sam podkreśla, męskość nie istnieje bez kobiecości, ponieważ dopiero spotkanie z drugim człowiekiem pozwala naprawdę zrozumieć siebie. W jego rozumieniu nie oznacza dominacji ani przewagi. Męskość jest odpowiedzialnością i opiekuńczością, gotowością do niesienia ciężaru za siebie i tych, których kochamy.Rutkowski przyznaje również, że dojrzewanie mężczyzny przebiega inaczej niż dojrzewanie kobiety. Zauważa, że kobieta raczej od razu wie, czego chce, a mężczyzna musi to odkryć, często popełniając wiele błędów i płacąc za nie wysoką cenę.Życie hedonisty kończy się tamRozmowa z Beatą Biały ma również bardzo osobisty wymiar. Rutkowski nie buduje wizerunku człowieka, który od zawsze wiedział, jak żyć. Wręcz przeciwnie – otwarcie mówi o własnych doświadczeniach.Przyznaje, że „żyłem siłą rozpędu, życiem hedonisty i utracjusza, który wchodził w różne związki z kobietami i mężczyznami”, a droga do obecnego życia prowadziła przez chaos, błędne decyzje i bolesne konsekwencje.Jednocześnie zaznacza, że już przed trzydziestką odkrył jedną z najważniejszych życiowych prawd – wiedział, czego nie chce. Paradoksalnie właśnie odrzucenie dawnych schematów stało się początkiem świadomego budowania własnego życia.Rutkowski nie ukrywa również własnych słabości. „Nie jestem człowiekiem bez grzechu, mam dużo do przepracowania” – mówi, przypominając, że rozwój nie polega na osiągnięciu doskonałości, lecz na gotowości do ciągłego przyglądania się sobie.Drugie życie zaczyna się przy krawędziNajmocniejsze fragmenty rozmowy dotyczą śmierci. Pedagog i psychoterapeuta opowiada o momencie, w którym człowiek nagle uświadamia sobie własną skończoność. Jak mówi, u niektórych mężczyzn pojawia się olśnienie, że mamy tylko dwa życia i pytanie, kiedy zaczyna się to drugie. Drugie zaczyna się wtedy, gdy uświadamiamy sobie, że mamy tylko jedno. Najczęściej dzieje się to dopiero wtedy, gdy zbliżamy się do krawędzi, gdzie jest ciemność i otchłań. W jego przypadku takim doświadczeniem była śmierć rodziców.Dopiero po odejściu ojca i matki zrozumiał, jak złudne bywają słowa wypowiadane przez terapeutów czy bliskich. Wspomina, że wcześniej mówił pacjentom: „wiem, co czujesz”, choć dzisiaj wie, że bez własnego doświadczenia straty pozostaje to jedynie wyobrażeniem. Prawdziwa empatia nie rodzi się z wiedzy, lecz z przeżycia.Historia jego rodziców również mogłaby stać się scenariuszem filmu. Kilkakrotnie się rozwodzili, wracali do siebie i ponownie zawierali małżeństwo, ostatni raz zaledwie kilka miesięcy przed śmiercią ojca. Po jego odejściu matka powiedziała zdanie, które zostało z nim na zawsze: „Pamiętaj, śmierć może dawać owoce.”Dzisiaj właśnie przez ten pryzmat patrzy na czas. Powtarza, że wszystko możemy kupić poza czasem, a najmocniej uświadomiły mu to dwa wydarzenia – śmierć ojca i narodziny drugiego syna.Dom zaczyna się od stołuRutkowski od lat pracuje z ludźmi przeżywającymi kryzysy. Jedno z pierwszych pytań, jakie zadaje swoim klientom, wielu osobom wydaje się zaskakujące.

  27. 379

    „Wmawia się nam: macie się pilnować, jesteście delikatne”. Czy bycie niegrzeczną jest formą buntu? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6” odc. 5

    „Niegrzeczni kochają wolność” – mówi Katarzyna Miller w najnowszym odcinku podcastu „Przerwa na kawę”. W rozmowie z Joanną Olekszyk psycholożka rozprawia się z jednym z najbardziej trwałych stereotypów dotyczących kobiet. Grzeczność, która miała być zaletą, często okazuje się narzędziem kontroli. Niegrzeczność natomiast bywa pierwszym krokiem do wolności, autentyczności i życia na własnych zasadach.Grzeczne dziewczynki idą...Od najmłodszych lat dziewczynki słyszą, że powinny być miłe, spokojne i rozsądne. Mają nie sprawiać kłopotów, nie wychylać się i nie zajmować zbyt dużo miejsca. W efekcie wiele kobiet dorasta z przekonaniem, że ich wartość zależy od tego, czy spełniają oczekiwania innych.Joanna Olekszyk zwraca uwagę na paradoks, który wciąż funkcjonuje w społecznej świadomości: „Mówi się: chłopców trzeba pilnować, a dziewczynki muszą się pilnować”. Różnica wydaje się subtelna, ale niesie ze sobą ogromny ciężar. Chłopcom wybacza się więcej, dziewczynki od początku uczone są samokontroli.Katarzyna Miller nie ma wątpliwości, że taki model wychowania pozostawia ślad na całe życie. Jak zauważa, kobietom przez lata powtarzano: „Nam się wmawia: macie się pilnować, jesteście delikatne. To wszystko bardzo krzywdzące”. Za pozorną troską często kryje się bowiem ograniczanie sprawczości i tłumienie naturalnej potrzeby wyrażania siebie.Niegrzeczność jako akt odwagiW języku codziennym słowo „niegrzeczna” nadal brzmi jak zarzut. W rozmowie z Joanną Olekszyk Katarzyna Miller proponuje jednak zupełnie inne spojrzenie. Według niej niegrzeczność nie musi oznaczać braku kultury czy szacunku dla innych.Psycholożka podkreśla, że „niegrzeczność to forma buntu. Niegrzeczność jest kolorowa”. Kryje się w niej energia zmiany, gotowość do przekraczania narzuconych granic i odwaga, by nie podporządkowywać się każdemu oczekiwaniu otoczenia.Kolorowa niegrzeczność nie polega na ranieniu innych. Oznacza raczej zgodę na własne zdanie, własne potrzeby i własne wybory. Czasem przybiera postać odmowy. Innym razem jest decyzją o zmianie pracy, zakończeniu niesatysfakcjonującej relacji albo wyrażeniu opinii, która nie spodoba się wszystkim.W takim ujęciu niegrzeczność staje się nie przeciwieństwem dobrego wychowania, lecz warunkiem dojrzałej wolności.Kobiece ciało pod społeczną kontroląPresja dotycząca zachowania nie jest jedynym narzędziem dyscyplinowania kobiet. Równie silnie oceniany bywa wygląd. Joanna Olekszyk zauważa, że „kobiety się dyscyplinuje też naszym wyglądem, gdy jesteśmy niedbale ubrane albo nieumalowane”.Codzienność wielu kobiet wciąż wypełniają niewypowiedziane oczekiwania. Trzeba wyglądać odpowiednio, zachowywać się odpowiednio i nieustannie zarządzać własnym wizerunkiem. Każde odstępstwo od normy może stać się pretekstem do oceny.Dlatego tak wyzwalająco brzmi refleksja redaktorki naczelnej „Zwierciadła”, że „czasem czerwona szminka, a czasem blade oko i też jesteś sobą wtedy”. Autentyczność nie potrzebuje przecież jednego obowiązującego kostiumu. Kobiecość nie mieści się w sztywnych ramach, a prawo do decydowania o własnym wyglądzie jest częścią osobistej wolności.Niegrzeczni kochają wolnośćW rozmowie pojawia się jeszcze jedna ważna myśl. Katarzyna Miller mówi wprost: „Niegrzeczni kochają wolność”. W tym jednym zdaniu zawiera się filozofia życia, która zachęca do większej odwagi wobec własnych pragnień.Wolność nie oznacza egoizmu ani ignorowania innych ludzi. Oznacza natomiast rezygnację z ciągłego dopasowywania się do cudzych oczekiwań. Wymaga zgody na to, że nie wszyscy będą zadowoleni z naszych decyzji.W świecie pełnym poradników uczących, jak być idealną partnerką, matką, pracowniczką czy liderką, słowa Miller brzmią jak przypomnienie o czymś fundamentalnym: życie nie jest egzaminem z poprawności. Dobrze wychowana i niegrzecznaNajciekawsze pytanie tego odcinka nie dotyczy jednak buntu. „Czy można być niegrzeczną będąc dobrze wychowaną?” – pyta Katarzyna Miller.

  28. 378

    „Jeśli dziecko padło ofiarą hejtu, zbieramy dowody i od razu reagujemy”. Marta Majorczyk o tym, że przemoc w szkole zaczyna się od dokuczania | „Dylematy mamy i taty”, odc. 6

    „Dzieci częściej dokuczają tym rówieśnikom, którzy mają predyspozycje do bycia ofiarą przemocy. Warto zwracać uwagę, jaką dziecko ma mowę ciała, żeby było pewne siebie i głośno mówiło, co czuje” - mówi pedagożka i doradczyni rodzinna, Marta Majorczyk w podcaście „Dylematy mamy i taty”, który prowadzi Alina Gutek, zastępczyni redaktorki naczelnej „Zwierciadła”. Rozmowa pokazuje, że szkolne trudności rzadko zaczynają się od słabszych ocen. Znacznie częściej pierwszym sygnałem alarmowym staje się zachowanie, emocje albo ciało dziecka. Sponsorem odcinka jest Boiron.Rodzice często są przekonani, że jeśli dziecko nie narzeka, wszystko jest w porządku. Tymczasem ono bardzo długo próbuje radzić sobie same. Nie chce martwić dorosłych, boi się ich oceny albo zwyczajnie nie potrafi nazwać swoich emocji. Zamiast opowiedzieć o lęku czy samotności, zaczyna skarżyć się na ból brzucha, głowy, napięcie mięśni czy nawracające infekcje.Przede wszystkim trening społecznyParadoks współczesnego rodzicielstwa polega na tym, że chcąc chronić dzieci przed stresem, często odbieramy im możliwość zdobywania doświadczeń.Coraz lepiej widać to choćby w funkcjonowaniu dzienników elektronicznych. Rodzice wiedzą o szkolnych uwagach szybciej niż same dzieci zdążą wrócić do domu. Jak zauważa Alina Gutek, taki system nie sprzyja samodzielnemu rozwiązywaniu konfliktów.Marta Majorczyk opisuje sytuacje, które dziś stają się codziennością. Dziecko dostaje uwagę, rodzic odczytuje ją jeszcze w pracy i natychmiast wysyła wiadomość. Uczeń łamie zakaz korzystania z telefonu podczas lekcji, żeby wszystko wyjaśnić. „Nie róbmy tak. Dajmy dziecku wyjaśnić sytuację, gdy wróci do domu i poznajmy jego punkt widzenia” – apeluje psycholożka.Nieprzypadkowo dodaje również, że dziecko potrzebuje przede wszystkim treningu społecznego, a nie rodzica, który nieustannie interweniuje w jego imieniu.Jak buduje się odporność psychiczna?Rodzice często pytają, jak przygotować dziecko na hejt, wykluczenie czy przemoc rówieśniczą. Zdaniem Marty Majorczyk odporność psychiczna nie rodzi się podczas jednej poważnej rozmowy.„Dzieci powinny od małego umieć komunikować się odważnie zarówno w stosunku do rówieśników, jak i dorosłych” – podkreśla ekspertka. Pewność siebie buduje się poprzez codzienne doświadczenia. Samodzielne zakupy, poproszenie o pomoc sprzedawcy czy zapłacenie przy kasie bywają znacznie cenniejszym treningiem odwagi, niż mogłoby się wydawać.Psycholożka przypomina również, że przemoc bardzo często zaczyna się niewinnie. „Zaczyna się od dokuczania. Dzieci częściej dokuczają tym, które mają predyspozycje do bycia ofiarą przemocy” – mówi. Dlatego warto zwracać uwagę na mowę ciała dziecka, uczyć je głośnego komunikowania swoich granic oraz pomagać budować choć jedną bliską relację z rówieśnikiem, która daje poczucie bezpieczeństwa.Gdy pojawia się hejtPrzemocy nie wolno bagatelizować ani liczyć na to, że problem sam minie. Marta Majorczyk podkreśla, że jeśli dziecko padło ofiarą hejtu, należy zbierać dowody i reagować natychmiast. Przepisy dotyczące ochrony małoletnich dają dziś konkretne narzędzia działania. Jednocześnie szkoła powinna zadbać nie tylko o osobę pokrzywdzoną, ale również o sprawcę, próbując przerwać mechanizm przemocy.Najważniejszy wniosek z rozmowy pozostaje jednak prosty. Dziecko nie potrzebuje rodziców idealnych. Potrzebuje dorosłych, którzy potrafią słuchać, zauważają subtelne sygnały i nie uzależniają miłości od ocen w dzienniku. W świecie pełnym presji właśnie taka uważność okazuje się najlepszym wsparciem.Sponsorem odcinka jest Boiron.

  29. 377

    „Nie mogę się do siebie dodzwonić". Gosia Ohme o problemach kobiet w tzw. drugim akcie życia | „Ukryte piękno”. odc. 27

    „Nie mogę się do siebie dodzwonić” – to jeden z najczęstszych problemów kobiet na kręgach kobiecych: że ja już nie wiem, kim jestem, co czuję – mówi psycholożka Małgorzata Ohme w podcaście Ukryte piękno magazynu Zwierciadło. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską opowiada o kobietach, które przez lata uczyły się spełniać oczekiwania innych, zapominając o własnych potrzebach. Dlaczego tak trudno uznać siebie za wystarczającą? Skąd bierze się lęk przed odrzuceniem? I dlaczego właśnie po czterdziestce wiele kobiet odzyskuje własny głos, także poprzez sposób ubierania się? Sponsorem odcinka jest marka bonprix, świętująca w tym roku swoje 40-lecie.Polska kultura przez dekady nagradzała kobiety za rezygnowanie z siebie. Opieka nad innymi, poświęcenie i gotowość do ratowania wszystkich stały się niemal społecznym obowiązkiem.Jak mówi Ohme, „jesteśmy naddające, poświęcające i ratujące. Tak nas społecznie i kulturowo, szczególnie w Polsce, wytresowano”. Jednocześnie słyszymy sprzeczne komunikaty: rozwijaj się, bądź niezależna, stawiaj granice, ale nie przesadzaj. Psycholożka trafnie podsumowuje ten paradoks słowami: „mamy szczególne męczeństwo i dajemy sprzeczny komunikat: bądź asertywna, ale nie za bardzo”.Największy lęk nie dotyczy porażkiZmiana nie jest trudna dlatego, że wymaga wysiłku. Znacznie trudniejsza okazuje się obawa przed reakcją otoczenia.Zdaniem Małgorzaty Ohme „najsilniejszy lęk w nas, który nas powstrzymuje, to lęk przed porzuceniem”. Dlatego kobiety tak często rezygnują z marzeń, nowych pasji czy odważniejszych decyzji.Psycholożka przywołuje historię swojej siostry, która po czterdziestce zaczęła tańczyć. Zamiast wsparcia spotkała się z odejściem wielu znajomych. Takie doświadczenia pokazują, że rozwój potrafi zachwiać dotychczasowym układem relacji. Drugi akt życia zaczyna się po czterdziestceRozmowa nieprzypadkowo dotyka kobiet dojrzałych. Właśnie wtedy wiele z nich przestaje żyć wyłącznie według cudzych scenariuszy.Jak zauważa Małgorzata Ohme, „pierwszy akt: bycie dla innych, drugi akt: to bycie dla siebie”. Nie oznacza egoizmu, lecz odzyskiwanie kontaktu z własnymi potrzebami. Psycholożka dodaje, że „budowanie tożsamości to eksperymentowanie z różnymi tożsamościami. Pierwszy taki moment przypada na dojrzewanie, a potem po 40.”Styl jako język, którym opowiadamy o sobieJednym z najbardziej zaskakujących wątków rozmowy okazuje się moda. Magdalena Kuszewska pyta, czy sposób ubierania może wspierać proces zmiany.Odpowiedź psycholożki jest jednoznaczna. „Ma ogromne znaczenie. To, jak się ubieram, ma ogromne znaczenie dla tego, jak wyrażam siebie i kogo do siebie zapraszam.” Ubranie przestaje być wyłącznie estetyką. Staje się komunikatem wysyłanym zarówno światu, jak i samej sobie.Nieprzypadkowo partnerem odcinka jest marka bonprix, która obchodzi w tym roku 40-lecie działalności. W czasach, gdy coraz więcej marek pokazuje kobiety w różnym wieku, z różnymi sylwetkami i historiami, moda coraz częściej przestaje być narzędziem oceniania, a zaczyna wspierać autentyczność.Godność, emocje i uznanie siebieW świecie pełnym porad dotyczących pewności siebie Małgorzata Ohme proponuje inne słowo – godność.Przypomina, że „godność pochodzi z duchowości i oznacza, że każdy przychodzi na świat jako wystarczający i kompletny”. Razem z nią otrzymujemy emocje, które pełnią funkcję strażników. Dlatego, jak podkreśla psycholożka, „smutek jest strażnikiem serca”, podobnie jak złość. Nie są przeszkodą, lecz sygnałem, że jakaś ważna potrzeba pozostaje niezauważona.Finał rozmowy przynosi prostą, ale niezwykle poruszającą odpowiedź na pytanie Magdaleny Kuszewskiej o uznanie siebie. Małgorzata Ohme mówi: „Ja uznaję siebie, dodzwoniłam się do siebie.”Być może właśnie o tym jest dojrzałość. Nie o perfekcji, nie o ciągłym poprawianiu siebie i nie o zdobywaniu kolejnych osiągnięć. Chodzi o moment, w którym kobieta zaczyna sprawdzać, czy naprawdę słyszy własny głos.Sponsorem odcinka jest marka bonprix.

  30. 376

    „Szef jak robi coś źle, to przeprasza. Korony nie traci”. Czemu Anna Rulkiewicz nie lubi niedzieli i jak ropoznaje, że menadżer jest liderem? | „Ukryte piękno”. odc. 27

    „Większość spraw jest zdeterminowana przez nasze zachowanie. Trzeba być odważnym i realizować swoje marzenia” – mówi Anna Rulkiewicz, menedżerka z ponad 30-letnim doświadczeniem, autorka książka „Moc wartości. Przywództwo w świecie zmian” (Wydawnictwo Zwierciadło) i gościni podcastu „Ukryte piękno" prowadzonego przez Annę Augustyn-Protas. Rozmowa nie jest jednak kolejnym poradnikiem o sukcesie. Raczej próbą odpowiedzi na pytanie, czym dziś jest odpowiedzialne przywództwo, jak nie zgubić siebie w świecie nieustannych zmian i od czego zaczyna prawdziwy lider, gdy zaczyna pracować z ludźmi.Anna Augustyn-Protas pyta swoją rozmówczynię, Annę Rulkiewicz, która jest prezeską Grupy Lux Med, wiceprezydentką Konfederacji Lewiatan, prezeską Związku Pracodawcy dla Zdrowia, członkinią Rady Uczelni SGH, czy rzeczywiście coraz mniej osób chce obejmować wysokie stanowiska i brać na siebie odpowiedzialność. W końcu sama Anna Rulkiewicz zauważa, że lider bierze na siebie również lęki innych.Od „ja” do „my”Najciekawsze w tej rozmowie okazuje się odczarowanie samego pojęcia lidera. Anna Rulkiewicz nie traktuje przywództwa jako nagrody za zawodowy sukces. Opowiada o nim jak o procesie dojrzewania.Jak mówi, moment przełomowy następuje wtedy, gdy człowiek przestaje myśleć wyłącznie o własnej karierze, a zaczyna koncentrować się na zespole. Właśnie wtedy dokonuje się najważniejsza zmiana – przejście od „ja” do „zespołu”. Lider nie buduje swojej pozycji kosztem innych. Tworzy warunki, w których inni mogą rosnąć.Bliskość i dystans również nie wykluczają się w tym modelu zarządzania. Dobry szef słucha ludzi, zna ich potrzeby, pozostaje uważny na emocje, ale jednocześnie potrafi zrobić krok w tył. Dzięki temu daje przestrzeń do samodzielności i rozwoju, zamiast uzależniać współpracowników od własnych decyzji.Siła przepraszania i odwaga słuchaniaW kulturze organizacyjnej przez lata przeprosiny uchodziły za oznakę słabości. Anna Rulkiewicz przekonuje, że jest dokładnie odwrotnie.Podczas rozmowy bez wahania przyznaje, że szef powinien przepraszać, jeśli popełni błąd. Nie odbiera sobie w ten sposób autorytetu. Wręcz przeciwnie – zyskuje go, pokazując, że odpowiedzialność dotyczy również lidera.Podobnie traktuje informację zwrotną. Raz w miesiącu organizuje spotkania z pracownikami i zadaje jedno, pozornie proste pytanie: „Powiedz mi coś, czego nie wiem”. Zachęca zespół do szczerego feedbacku, ponieważ – jak podkreśla – bez otwartości organizacja nie będzie się rozwijać. Informacja zwrotna nie jest dla niej zagrożeniem, ale darem, który pozwala dostrzec własne ograniczenia i stale się uczyć.Takie podejście trudno oddzielić od jeszcze jednej wartości, do której wielokrotnie wraca w rozmowie – autentyczności. Według Anny Rulkiewicz autentyczność i spójność są nierozłączne. Człowiek, który mówi jedno, a robi drugie, wcześniej czy później traci wiarygodność.Nieprzypadkowo rozmówczyni Anny Augustyn-Protas podkreśla także znaczenie samotności. Umiejętność bycia samą ze sobą traktuje jako jeden z warunków wewnętrznego spokoju. Potrafi odpoczywać bez poczucia winy, a chwile spędzone w ciszy nie są dla niej nudą, lecz sposobem na odzyskanie równowagi. Jednym z ważnych tematów podcastu jest również książka „Moc wartości. Przywództwo w świecie zmian”, wydana przez Wydawnictwo Zwierciadło. Anna Rulkiewicz nie przedstawia jej jako kolejnego biznesowego poradnika pełnego gotowych recept. Jak sama mówi, powstała z potrzeby oddania innym tego, co sama otrzymała od mentorów, współpracowników i życiowych doświadczeń.W książce znalazły się nie tylko refleksje dotyczące przywództwa, ale również praktyczne ćwiczenia pomagające lepiej poznać siebie. Anna Augustyn-Protas zwraca uwagę choćby na zadanie polegające na wypisaniu własnych wartości – proste, a jednocześnie uruchamiające głęboką refleksję nad tym, czy rzeczywiście żyjemy zgodnie z tym, co deklarujemy.Publikacja pokazuje, że skuteczne zarządzanie zaczyna się od zarządzania sobą.

  31. 375

    „Kobiety dojrzałe są pewne siebie, dlatego przyciągają młodszych mężczyzn”. Aleksandra Kurzak o hormonach po 40-tce i miłości „po przejściach” | „Ukryte piękno”. odc. 26

    „Po czterdziestce mamy wewnętrzne światło, bo odpuszczamy” – mówi Aleksandra Kurzak w rozmowie z Beatą Biały w podcaście „Ukryte piękno”. Jedna z najwybitniejszych śpiewaczek operowych świata opowiada o cenie sukcesu, kobiecej sile, macierzyństwie, które nie przyszło od razu z serca, oraz o tym, dlaczego w świecie opery wciąż kobietom jest trudniej niż mężczyznom.Kariera Aleksandry Kurzak mogłaby stać się gotowym scenariuszem filmu o spełnionych marzeniach. Szybko zdobyła wszystko, o czym młoda śpiewaczka operowa może marzyć.– Przed trzydziestką zaliczyłam tzw. operową koronę (Teatro alla Scala w Mediolanie, Wiener Staatsoper w Wiedniu, Royal Opera House w Londynie i Metropolitan Opera w Nowym Jorku - od red.) – mówi.Wbrew stereotypom wielka scena nie napompowała jednak ego artystki. Zapytana przez Beatę Biały o wpływ sceny na człowieka odpowiada bez wahania: – Mnie nauczyła pokory.Temat tabu. Gdy hormony wpływają na głosW rozmowie pojawia się również temat, o którym rzadko mówi się publicznie, a jeszcze rzadziej w środowisku operowym.– Perimenopauza rozwala nam świat totalnie, a w naszym zawodzie o tym się nie mówi, choć hormony bardzo wpływają na głos kobiety – podkreśla Kurzak. Wypowiedź artystki wybrzmiewa szczególnie mocno, ponieważ dotyka doświadczenia milionów kobiet. W czasach, gdy coraz częściej mówi się o zdrowiu psychicznym i dobrostanie, menopauza oraz perimenopauza nadal pozostają obszarami pełnymi przemilczeń.Najpiękniejsze jesteśmy po czterdziestceW kulturze obsesyjnie skupionej na młodości słowa Aleksandry Kurzak w podcaście „Ukryte piękno” brzmią jak manifest dojrzałości.– Kobieta jest najpiękniejsza po czterdziestce - mówi. Dlaczego? – Mamy wewnętrzne światło. Odpuszczamy - mówi Ola i zauważa, że coraz częściej młodsi mężczyźni wybierają związki z dojrzałymi kobietami. Sama zapytała kiedyś młodszego kolegę, skąd bierze się to zjawisko. Odpowiedź była prosta: dojrzałe kobiety imponują pewnością siebie. Nie muszą już nikomu niczego udowadniać, podczas gdy młodsze często zmagają się jeszcze z kompleksami i niepewnością.Temat tabu. Miłość po przejściachHistoria miłości Aleksandry Kurzak i jej męża mogłaby posłużyć za materiał na romantyczny film. – Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością – tak się spotkaliśmy – opowiada. Za nimi były rozwody, rozczarowania i nieudane relacje. Artystka otwarcie przyznaje, że zdarzyło jej się również być „tą drugą”. Najbardziej niezwykły pozostaje jednak fakt, że jej przyszły mąż oświadczył się po zaledwie dziesięciu dniach znajomości. Życie lubi pisać scenariusze, których nie przewidują nawet najbardziej doświadczeni reżyserzy.Temat tabu. Macierzyństwo bez lukruJednym z najbardziej poruszających momentach rozmowy jest szczere wyznanie dotyczące macierzyństwa– Nie miałam instynktu macierzyńskiego.Decyzja o dziecku była początkowo racjonalna. Aleksandra, jedynaczka, nie chciała zostać sama w przyszłości. Dopiero później okazało się, jak bardzo zmieni jej życie.– Z perspektywy czasu była to najlepsza decyzja mojego życia.Narodziny dziecka nie przyniosły jednak natychmiastowej fali szczęścia.– Miałam baby bluesa. Miłość przyszła później.Takie słowa wciąż rzadko padają publicznie. Kurzak mówi o nich bez wstydu, przypominając, że hormony wpływają na emocje równie mocno jak na ciało.– Rozumiem dziewczyny, które tak mają. Nie wstydźmy się tego.Czytelników, którzy chcieliby poznać Aleksandrę Kurzak jeszcze bliżej, zainteresuje książka „Kobiece gadanie 2” autorstwa Beaty Biały. Znajduje się w niej również pogłębiona rozmowa z wybitną śpiewaczką operową – o sukcesie, dojrzałości, miłości, macierzyństwie i życiu poza sceną. Książka stanowi znakomite dopełnienie podcastu „Ukryte piękno”, pokazując bohaterki nie tylko przez pryzmat ich osiągnięć, ale przede wszystkim osobistych doświadczeń i wyborów. 

  32. 374

    „Jak córka jest uległa, to zatrzymuje się w emocjonalnym rozwoju”. Na ile realizujemy swoje życie, a na ile rodziców? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 3

    „Rodzice to nasza pierwsza najważniejsza miłość” – mówi Katarzyna Miller w podcaście „Przerwa na kawę o miłości”. W rozmowie z Joanną Olekszyk psychoterapeutka opowiada o relacjach, które kształtują nas na całe życie. O wdzięczności, buncie, rozczarowaniu i o tym, dlaczego prawdziwa bliskość z rodzicami często zaczyna się dopiero wtedy, gdy przestajemy ich idealizować. Sponsor odcinka jest marka Pandora.Miłość, która dojrzewa razem z namiRelacja z rodzicami nie jest zamkniętą historią. Zmienia się przez całe życie. W dzieciństwie potrzebujemy opieki, w okresie dorastania walczymy o niezależność, a później często próbujemy odnaleźć równowagę między bliskością a autonomią.Dojrzała miłość do rodziców nie oznacza ślepego zachwytu ani wymazania wszystkich krzywd. Oznacza zgodę na prawdę. Na dostrzeżenie zarówno tego, co otrzymaliśmy, jak i tego, czego zabrakło.Pierwsza miłośćMiłość romantyczna rozpala wyobraźnię, inspiruje literaturę, kino i piosenki. Znacznie rzadziej zastanawiamy się nad uczuciem, które pojawia się wcześniej i zostawia równie głęboki ślad. Relacja z rodzicami jest pierwszym doświadczeniem miłości, jakie poznajemy. W najnowszym odcinku podcastu „Przerwa na kawę o miłości” Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawia z Katarzyną Miller o tym, czy miłość do rodziców rzeczywiście przychodzi nam naturalnie i dlaczego tak wielu dorosłych ludzi przez lata próbuje uporządkować tę relację.– „Rodzice to nasza pierwsza najważniejsza miłość” – przypomina psychoterapeutka. W tych kilku słowach kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego rodzinne więzi bywają tak silne, nawet jeśli towarzyszą im żal, gniew czy poczucie niespełnienia.Dlaczego bunt wobec rodziców jest potrzebny?W kulturze, która często wymaga od dzieci bezwarunkowego posłuszeństwa, bunt nadal bywa postrzegany jako coś niewłaściwego. Katarzyna Miller proponuje inne spojrzenie.– „Trzeba trochę popyskować rodzicom” – mówi bez ogródek.Szczególnie dotyczy to dziewczynek wychowywanych do nadmiernej grzeczności.– „Mamusie chcą, żeby córka była uległa, a wtedy ona się zatrzymuje w emocjonalnym rozwoju” – zauważa psycholożka.Jak zauważa Joanna Olekszyk, często od rodziców słyszymy, że „nie opłaca się być dobrym, szlachetnym, bo dostaje się po tyłku”. Dzieci nie są święte. Rodzice też potrzebują zrozumieniaPrzez ostatnie lata wiele mówiło się o błędach wychowawczych i traumach wyniesionych z domu. Psychoterapia pomogła nazwać wiele zranień, ale czasami wahadło wychyla się w drugą stronę.– „Rozumiem bunt dzieci, ale zaczęłam rozumieć, jak rodzicom z tym jest. Dzieci potrafią dać do wiwatu. Rodzice głównie potrzebują usłyszeć: dziękuję” – przyznaje Katarzyna Miller.Psychoterapeutka przypomina również, że dzieci z natury koncentrują się przede wszystkim na sobie.– „Dzieci są piekielnie egocentryczne, co jest naturalne, bo są nastawione na swój rozwój” – wyjaśnia.Dopiero dorosłość daje szansę spojrzenia na rodzinne historie z szerszej perspektywy. Pojawia się wtedy pytanie, które w rozmowie stawia Joanna Olekszyk: czy my w ogóle rozumiemy swoich rodziców?– „Jeśli popracujemy nad przyjęciem siebie, to dużo łatwiej nam przyjąć rodziców takich, jakimi byli. Zaczynamy rozumieć, że tyle dali, co mieli” – mówi Miller.W tym miejscu pojawia się również temat wdzięczności. Coraz częściej można usłyszeć zdanie: „Ja się nie prosiłam na ten świat”. Psychoterapeutka nie pozostawia wątpliwości:– „Jesteśmy rodzicom winni wdzięczność za życie”.Miłość wyrażana każdego dniaSponsorem odcinka jest marka Pandora, która od lat przypomina, że miłość ma wiele odcieni i nie ogranicza się wyłącznie do relacji romantycznych. Kampania BE LOVE zachęca do dostrzegania codziennych gestów troski, wdzięczności i bliskości – również tych kierowanych do rodziców. Czasem jedno szczere „dziękuję” znaczy więcej niż najbardziej wzniosłe deklaracje. A właśnie od takich małych gestów często zaczyna się dojrzalsza, bardziej świadoma miłość.Sponsorem odcinka jest marka Pandora.

  33. 373

    „Lepiej nie wiedzieć”, „Jeszcze coś mi znajdą”. Joanna Chmura rozprawia się z lękami przed badaniami i profilaktyką | „Jak zdrowie”, odc. 17

    „Na pewno zemdleję przy pobraniu” – takie myśli mamy w głowie częściej niż mogłoby się wydawać. Tymczasem wiedza o stanie zdrowia nie odbiera spokoju, lecz daje sprawczość. O lęku przed badaniami, unikaniu diagnozy i budowaniu zdrowotnych nawyków Anna Augustyn-Protas rozmawia w podcaście „Jak zdrowie” z psycholożką Joanną Chmurą. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.Badania profilaktyczne należą do tych tematów, które większość z nas uważa za ważne. Problem zaczyna się wtedy, gdy trzeba przejść od deklaracji do działania. Kolejny miesiąc mija bez morfologii, kolejny rok bez kontroli znamion czy wizyty u specjalisty. Powodów zawsze znajdzie się wiele: brak czasu, nadmiar obowiązków, zmęczenie. Pod powierzchnią bardzo często kryje się jednak coś znacznie silniejszego – lęk.Jak wynika z danych przywołanych w rozmowie, aż 60 proc. Polaków nie wykonuje regularnych badań profilaktycznych. Skąd bierze się ten paradoks? Dlaczego troszczymy się o samochód, przeglądy techniczne i aktualizacje telefonów, a własne zdrowie często odkładamy na później?Lęk przed autorytetamiLęk przed pobraniem krwi, niepokój związany z wizytą u lekarza czy odkładanie badań na bliżej nieokreślone „kiedyś” rzadko wynikają z lenistwa. Częściej są efektem doświadczeń, przekonań i wzorców, które nosimy od lat.– „Jest wiele powodów. Po pierwsze, jesteśmy młodą demokracją i często nie mamy w rodzinach nawyku profilaktyki, a po drugie na pewno jest w nas lęk przed autorytetami, trudno nam zbudować partnerską relację z osobami w służbie zdrowia” – zauważa Joanna Chmura.Przez dekady zdrowie było dla wielu osób tematem pojawiającym się dopiero wtedy, gdy organizm wysyłał wyraźny sygnał alarmowy. Profilaktyka nie stanowiła codziennego nawyku, lecz reakcję na problem. Nic dziwnego, że wielu z nas nadal traktuje wizytę w placówce medycznej jako coś nieprzyjemnego, a nie naturalny element dbania o siebie.Psycholożka zwraca uwagę także na relacje z autorytetami. Wiele osób nadal obawia się zadawania pytań lekarzowi, proszenia o dodatkowe wyjaśnienia czy konsultowania diagnozy. Tymczasem partnerska relacja zwiększa poczucie bezpieczeństwa i ułatwia podejmowanie zdrowotnych decyzji.„Lepiej nie wiedzieć” – największa iluzja współczesnościKażdy zna kogoś, kto od miesięcy odkłada badania. Kogoś, kto mówi: „Jeszcze coś mi znajdą”, „Na pewno wszystko jest dobrze” albo „Zrobię to po wakacjach”.Mechanizm psychologiczny stojący za takim zachowaniem jest dobrze znany. Unikanie przynosi natychmiastową ulgę. Nie idziemy na badanie, więc przez chwilę nie musimy mierzyć się z niepewnością. Problem polega na tym, że rzeczywistość pozostaje taka sama, niezależnie od tego, czy chcemy ją zobaczyć.Lęk przed diagnozą bywa również lękiem przed zmianą. Wynik może przecież oznaczać konieczność leczenia, zmiany stylu życia lub skonfrontowania się z własną kruchością. Człowiek woli więc trwać w stanie pozornego bezpieczeństwa.Paradoks przybiera czasem jeszcze bardziej zaskakującą formę.Jak zauważa Anna Augustyn-Protas, istnieje spora grupa osób, które wykonują badania, ale później nie odbierają wyników. Liczy się człowiekOgromne znaczenie ma sposób, w jaki zostajemy przyjęci w placówce medycznej. Atmosfera, komunikacja i poczucie bezpieczeństwa wpływają na nasze doświadczenie bardziej, niż mogłoby się wydawać.– „To niezwykle ważne, kogo w placówce medycznej mamy po drugiej stronie i kto nas przed podróż diagnostyczną przeprowadza” – podkreśla Joanna Chmura.Empatia nie jest dodatkiem do medycyny. Dla wielu pacjentów stanowi warunek, by wrócić na kolejne badania.– „Zawód medyczny jest podbny do nauczyciele – może tyle zdziałać dobrego w punktach styku” – mówi psycholożka.Jedno spokojne wyjaśnienie procedury, kilka słów wsparcia czy cierpliwa odpowiedź na pytania mogą zmienić całe doświadczenie związane z diagnostyką. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.

  34. 372

    Ewa Puszczyńska: „Nigdy nie jest za późno”. Producentka nominowanej do Złotej Palmy „Ojczyzny” o sztuce, intuicji i odwadze | „Kobiety rządzą”

    „Nigdy nie jest za późno. Jak powiedziałam kiedyś ku oburzeniu mojego syna: przyszłam do filmu z ulicy” – mówi Ewa Puszczyńska, jedna z najbardziej cenionych producentek filmowych w Europie. W podcaście „Kobiety rządzą” Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawia z laureatką Oscara o kulisach pracy przy najważniejszych filmach ostatnich lat, sile intuicji, sztuce współpracy i najnowszym obrazie Pawła Pawlikowskiego „Ojczyzna”, nominowanym do Złotej Palmy w Cannes.Kiedy myślimy o filmie, zwykle widzimy reżysera, aktorów, operatora kamery. Znacznie rzadziej zastanawiamy się nad rolą producenta. Tymczasem bez niego wiele wielkich dzieł nigdy nie trafiłoby na ekran. Ewa Puszczyńska opisuje swoją pracę w sposób daleki od korporacyjnych definicji i biznesowego żargonu. – „Jestem akuszerką, która doprowadza projekt artystyczny do końca, po tym, jak wykiełkuje w artyście” – mówi.„Ojczyzna” – człowiek na tle wielkiej historiiJednym z głównych tematów rozmowy jest najnowszy film Pawła Pawlikowskiego „Ojczyzna”, który został nominowany do Złotej Palmy podczas tegorocznego festiwalu w Cannes. Warto dodać, że rozmowa została nagrana jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu jury.Zdaniem Ewy Puszczyńskiej nowy obraz Pawlikowskiego można odczytywać jako domknięcie pewnej artystycznej opowieści.– „Ojczyzna może być traktowana jako trylogia z „Idą” oraz „Zimną wojną” – zauważa producentka.Film, który od 19 czerwca trafia do polskich kin, wymyka się prostym interpretacjom. Nie jest jedynie opowieścią historyczną ani klasycznym dramatem psychologicznym.– „Ten film ma wiele warstw: mówi o potrzebie bliskości, o potrzebach intelektualnych. Ten film to człowiek, a w tle wielka historia i to, jak wpływa na losy wielu ludzi” – podkreśla. – „Jest kompaktowy i zawiera jednocześnie wiele znaczeń” – dodaje. Joanna Olekszyk zwraca uwagę na jeszcze jeden element: subtelne poczucie humoru obecne w historii.Cannes nie definiuje wielkościFestiwale, nagrody i czerwone dywany budzą ogromne emocje. Producentka patrzy jednak na sukces z dystansem, którego nauczyły ją lata pracy z najwybitniejszymi twórcami współczesnego kina.– „Film jest wybitny i nie będzie mniej wybitny, jeśli nie dostanie nagrody, ani bardziej wybitny, jeśli tę nagrodę dostanie” – podkreśla. Według producentki prawdziwa siła kina kryje się gdzie indziej. – „Ten film to wyjście naprzeciw jaskrawego, chaotycznego świata” – mówi.Czerń i biel pełna kolorówTwórczość Pawła Pawlikowskiego od lat zachwyca charakterystyczną estetyką. Czarno-białe kadry „Idy” czy „Zimnej wojny” stały się już częścią historii współczesnego kina.Ewa Puszczyńska przekonuje jednak, że takie określenie jest pewnym uproszczeniem.– „Czerń i biel to są bardzo piękne kolory i to nie jest tylko czerń i biel, a cała gama barw pomiędzy” – tłumaczy.Dreszcze ważniejsze niż kalkulacjaJak rozpoznać, że właśnie powstaje film wyjątkowy?Pytanie, które Joanna Olekszyk zadaje swojej rozmówczyni, wydaje się kluczowe dla każdego, kto marzy o pracy przy sztuce.Odpowiedź okazuje się zaskakująco intuicyjna. – „Bardzo często czuję dreszcze na planie. Czasem myślę, że za często, że za mało w tym rozumu, a za bardzo jest to emocjonalne” – przyznaje producentka.Nieprzypadkowo współpracowała z twórcami należącymi dziś do światowej czołówki.– „Mam szczęście do wspaniałych twórców. Twórczość Jonathana Glazera znałam przed „Strefą interesów”, jeszcze z reklam, które kręcił. Z Sandrą Hüller trochę się przyjaźnimy – to wspaniały człowiek” – opowiada.Oscar po sześćdziesiątceHistoria Ewy Puszczyńskiej jest również opowieścią o odwadze do zmiany życia. Produkcją filmową zajęła się po czterdziestce. Oscara zdobyła po sześćdziesiątce. W kulturze obsesyjnie skupionej na młodości brzmi to jak manifest. Nie trzeba wszystkiego osiągnąć przed trzydziestymi urodzinami. Nie istnieje jeden właściwy moment na rozpoczęcie nowego rozdziału. – „Nigdy nie jest za późno” – mówi producentka.

  35. 371

    „Nie mam grubej skóry, to jest mój problem”. Jolanta Kwaśniewska o byciu chuliganką, która kocha Bruno Marsa i cieszy się drobiazgów | „Kobiety rządzą”, odc. 5

    „Więcej pary w koła, a mniej w gwizdek” – mówi Jolanta Kwaśniewska i trudno o lepsze zdanie otwierające rozmowę o kobiecej sile, klasie i sprawczości. W podcaście „Kobiety rządzą” Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna Zwierciadła, spotyka się z kobietą, która przez lata była dla Polek symbolem nowoczesnej Pierwszej Damy, ale także kimś znacznie więcej: społeczniczką, liderką, kobietą czynu. To rozmowa o charakterze, który buduje się od dzieciństwa, o ciekawości świata, odporności psychicznej, zdrowym starzeniu się i o tym, dlaczego zazdrość odbiera energię do życia.Wizerunek Jolanty Kwaśniewskiej przez lata obrósł elegancją, dyplomacją i perfekcyjnym wyczuciem sytuacji. Tymczasem ona sama z rozbrajającą szczerością wraca do dzieciństwa i opowiada historię dziewczynki, która bardziej niż grzeczną panienkę przypominała herszta podwórka.„Byłam i jestem chuliganką” – „Byłam brzydkim dzieckiem, starsza siostra była „Niusia”, młodsza „Lala”, a ja „Jola”. Byłam chuliganem, kumplem synów sąsiadów. i prowodyrką, wchodziłam na drzewo, a żeby mieć prezent dla matek chodziliśmy na tzw. szaber po kwiatka” – wspomina.To właśnie w tych obrazach kryje się klucz do późniejszej siły byłej Pierwszej Damy. Nie ma w niej pozy wypracowanej przez polityczne salony. Jest za to temperament, energia i niezgoda na bierność. Sama mówi wprost: – „Ja nie mam takiej sytuacji, że jak trzeba coś zrobić, to ja czekam aż ktoś coś zrobi”. Potrzeba działania przewija się przez całą rozmowę. Kwaśniewska nie ukrywa, że fascynują ją ludzie, którzy mają odwagę zmieniać rzeczywistość, zamiast jedynie ją komentować. – „Kocham sprawczość” – podkreśla. I właśnie dlatego jej publiczna działalność od lat wykracza daleko poza ceremonialną rolę byłej Pierwszej Damy.Ciekawość świata jako sposób na życieW rozmowie z Joanną Olekszyk wielokrotnie wraca temat rodzinnego domu. Jolanta Kwaśniewska mówi o ojcu z ogromną czułością, ale też podziwem. To po nim odziedziczyła życiowy głód i rodzaj optymizmu, który nie jest naiwny, tylko wypracowany doświadczeniem.– „Mam geny mojego taty, który był głodny życia. Ciekawość ludzi i świata też mam po tacie” – mówi. Na dowód przytacza historię, która wyjaśnia więcej niż najbardziej psychologiczne analizy odporności psychicznej: – Optymizm mam po tacie, który przeszedł 14 operacji, w tym dwie na otwartym sercu i jedną kręgosłupa, i mówił: „jeszcze 13 operacyjka”.To charakterystyczne dla Jolanty Kwaśniewskiej – nawet o trudnych rzeczach mówi bez patosu. Nie buduje pomników z własnych doświadczeń. Raczej pokazuje, że życie wymaga ruchu, elastyczności i poczucia humoru. Być może właśnie dlatego od lat pozostaje jedną z najbardziej lubianych postaci życia publicznego w Polsce. Nie dlatego, że jest idealna, ale dlatego, że wydaje się prawdziwa.„Nieważne co, ale kto mówi” W epoce krzyku, politycznego teatru i nieustannego oceniania nasza bohaterka zwraca uwagę na coś, co dziś wydaje się niemal staroświeckie: znaczenie autorytetu i wiarygodności.– „Dla mnie nieważne co, ale kto mówi” – przyznaje. Wybrzmiewa to szczególnie mocno w czasach, gdy eksperckość miesza się z internetowym chaosem, a opinie często mają większą wartość niż doświadczenie. Kwaśniewska nie mówi tego z pozycji mentorki pouczającej innych. Raczej z perspektywy kobiety, która przez dekady obserwowała życie publiczne od środka i wie, jak łatwo stracić zaufanie ludzi.Jednocześnie nie udaje osoby odpornej na wszystko. Wręcz przeciwnie. W jednym z najbardziej poruszających momentów rozmowy przyznaje: – „Nie mam grubej skóry, to jest mój problem. Jak ktoś komuś zrobi przykrość, to mnie to boli” i jest to ważne wyznanie w kulturze, która często utożsamia siłę z emocjonalnym pancerzem. Rozmówczyni pokazuje coś odwrotnego – można być skuteczną, wpływową i jednocześnie zachować wrażliwość.Gościni opowiada o dbaniu o siebie bez obsesji i bez udawania, że czas nie istnieje. Ważne są codzienne wybory, energia, relacje i ciekawość świata.

  36. 370

    „Bonding nie jest od prostowania zębów, a raz zeszlifowany ząb nigdy nie odrośnie”. O ukrytych kosztach perfekcyjnego uśmiechu rozmawiamy ze stomatolożką Agnieszką Kulik | „Pod skórą”, odc. 1

    Spektakularne metamorfozy uśmiechów, które obserwujemy u celebrytów i influencerów, napędzają modę na bonding, licówki i korony. To złota „trójca” zabiegów, o które coraz częściej proszą pacjenci gabinetów stomatologicznych – potwierdza to Agnieszki Kulik, ortodontka i stomatolożka specjalizująca się w stomatologii estetycznej. Ekspertka była gościnią pierwszego odcinka „Pod skórą” – nowego podcastu „Zwierciadła” prowadzonego przez Aleksandrę Urbaniak, w którym przyglądamy się najnowszym trendom beauty napędzanym przez internetowe algorytmy. Stomatolożka opowiedziała w nim, jakie pułapki i zagrożenia mogą kryć się pod (pozornie) perfekcyjnym uśmiechem.Żyjemy w czasach „instant” – w każdej dziedzinie pragniemy szybkich rezultatów przy minimum wysiłku i maksymalnej oszczędności czasu. Dla śnieżnobiałego uśmiechu jak u celebryty z Instagrama jesteśmy w stanie powierzyć nasze zęby specjalistom o wątpliwej renomie i doświadczeniu, jedynie za obietnicę efektu, o którym marzymy. Ale droga na skróty często ma swoją cenę – przestrzega ortodontka i stomatolożka Agnieszka Kulik. W rozmowie z Aleksandrą Urbaniak, redaktorką serwisu Zwierciadlo.pl, ekspertka wyjaśniła, na czym polegają najmodniejsze zabiegi „upiększające” zęby oraz z jakim mogą wiązać się ryzykiem.Bonding i korony nie są od prostowania zębówPierwsze miejsce w rankingu najpopularniejszych zabiegów stomatologii estetycznej bezapelacyjnie należy do bondingu.– To jest bardzo mało inwazyjna metoda rekonstrukcji estetycznej zębów – tłumaczy Agnieszka Kulik. – Wprowadzenie takiej odbudowy daje pacjentowi super funkcję i idealną estetykę, czyli te proporcje zębów są piękne, te zęby wyglądają bardzo ładnie.Stomatolożka przyznaje jednak, że popularny zabieg jest często wykorzystywany do kamuflowania defektów i wad, które wymagają zupełnie innego podejścia.– Nie jest to metoda do tego, aby zęby rozjaśniać – przyznaje ekspertka. I dodaje, że aby zmienić kolor zębów za pomocą bondingu, trzeba nałożyć na niego naprawdę grubą warstwę kompozytu, co daje sztuczny, przerysowany efekt. Właśnie taki możemy obserwować u niektórych celebrytów.Zarówno bonding, jak i korony, często są też wykorzystywane do korekcji krzywego ustawienia zębów. To kolejna droga na skróty, która po krótkim czasie może się zemścić.– Czasem pacjenci nie do końca mają świadomość, z czym wiąże się taka droga instant, czyli zamiast leczenia ortodontycznego spiłowanie swoich zębów i wykonanie na nich koron – mówi specjalistka. – Należy pamiętać o tym, że ząb, który jest już zeszlifowany, on nigdy nie odrośnie. Że biomechanicznie, jeśli ten ząb będzie obciążany nie w tym miejscu, w którym musi być, bo on był krzywy, ale ustawiamy go maskując tę wadę koroną, to to nie jest najlepsze rozwiązanie. Ono będzie szybkim rozwiązaniem, ale pacjenci borykają się później z niesamowitymi problemami – ostrzega Agnieszka Kulik.„Tureckie zęby” opłacają się tylko w teoriiKolejnym popularnym zjawiskiem, które ma swoje ciemne strony, są wyjazdy do Turcji w celu całkowitej modyfikacji swojego uzębienia. Na ten krok często decydują się osoby chcące zaoszczędzić na usługach dentystycznych. Nasza ekspertka podkreśla, że choć nie warto demonizować poziomu stomatologii w Turcji, zanim wsiądziemy w samolot lepiej dokładnie ocenić możliwe ryzyka.– Uważam, że zarówno w Polsce, jak i w Turcji mamy wspaniałych specjalistów, ale tak samo są też tacy, którzy nie szkolą się, bo ich wiedza zatrzymała się w miejscu. Nie chcą się rozwijać, nie chcą iść z trendem stomatologii cyfrowej. Ich prace były OK ileś lat temu, teraz już niekoniecznie – mówi Agnieszka Kulik.Przesłuchaj cały pilotażowy odcinek podcastu „Pod skórą”, aby dowiedzieć się m.in. czym się kierować przy wyborze odpowiedniego stomatologa oraz w jakich przypadkach stosuje się bonding, a w jakich licówki i korony – i czym te zabiegi się różnią.Podcast „Pod skórą” analizuje viralowe trendy w urodzie i medycynie estetycznej napędzane przez internetowe algorytmy. 

  37. 369

    „Otyłość to choroba przewlekła, która ma tendencje do nawrotów”. Czy leki GLP-1 są drogą na skróty i mogą odbierać przyjemność życiową? | „Jak zdrowie”, odc. 17

    „Jeśli zrozumiemy, że otyłość jest chorobą, to stanie się jasne, że wymaga leczenia” – mówi lek. Anna Sankowska-Dobrowolska, internistka i obesitolożka, gościni podcastu „Jak zdrowie” magazynu Zwierciadło. W rozmowie z Anną Augustyn-Protas ekspertka tłumaczy, dlaczego wokół analogów GLP-1 narosło tak wiele mitów, skąd bierze się społeczna niechęć wobec farmakologicznego leczenia otyłości i dlaczego skuteczna terapia nie zaczyna się od recepty, lecz od zmiany sposobu myślenia o samej chorobie.W gabinetach lekarskich coraz częściej mówi się jednak o konieczności odejścia od tego krzywdzącego schematu. Współczesna medycyna nie pozostawia wątpliwości: otyłość jest chorobą przewlekłą, złożoną i wieloczynnikową. Na jej rozwój wpływają nie tylko styl życia i dieta, ale także genetyka, hormony, psychika, środowisko społeczne oraz mechanizmy zachodzące w mózgu.– WHO uznało otyłość za chorobę w 1997 roku – przypomina Anna Sankowska-Dobrowolska.Mimo że od tej decyzji minęło niemal trzydzieści lat, społeczna świadomość nadal nie nadąża za wiedzą naukową. Konsekwencje bywają dotkliwe. Chorzy nie tylko zmagają się z problemami zdrowotnymi, ale często stają się również obiektem stereotypów i uprzedzeń.– Osoby z otyłością są uważane za mniej mądre, za mniej ambitne, za bardziej leniwe także przez pracodawców – mówi ekspertka.Podobne przekonania wpływają na relacje społeczne, sytuację zawodową i samoocenę pacjentów. Wielu z nich przez lata odkłada wizytę u specjalisty, ponieważ wstydzą się prosić o pomoc lub obawiają się kolejnej oceny.Skąd tyle emocji wokół GLP-1?Pojawienie się analogów GLP-1 zmieniło sposób myślenia o leczeniu otyłości. Leki, które początkowo wykorzystywano przede wszystkim w terapii cukrzycy, zaczęły przynosić bardzo dobre efekty także w redukcji masy ciała. Wraz z rosnącą popularnością pojawiły się jednak kontrowersje.Media społecznościowe szybko zamieniły farmakoterapię w temat popkulturowy. Historie spektakularnych metamorfoz zaczęły funkcjonować obok sensacyjnych nagłówków i uproszczonych opinii. W efekcie wiele osób postrzega dziś analogi GLP-1 jako modny trend, a nie element leczenia konkretnej choroby.Recepta nie zastąpi zmiany nawykówJednym z najczęściej powtarzanych mitów jest przekonanie, że analogi GLP-1 działają jak farmakologiczny wyłącznik głodu. Taki obraz jest wygodny dla mediów, ale ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.– Oczekiwanym działaniem tych leków nie jest jadłowstręt – zaznacza Anna Sankowska-Dobrowolska.– To nie lek jest problemem, niedostosowywanie się do niego – zauważa prowadząca.Ekspertka odpowiada krótko i bardzo konkretnie:– Dokładnie, lek nie pójdzie za ciebie na siłownię ani nie zje za ciebie białka. Skuteczność terapii zależy więc od połączenia farmakologii z nowym stylem życia. Odpowiednia dieta, aktywność fizyczna, sen i regularność pozostają fundamentem zdrowienia. Leki pomagają stworzyć warunki do zmiany, ale nie zastępują samej zmiany.Organizm szybko daje również sygnały, które zachowania mu służą.– Te leki spowalniają pracę żołądka, stąd złe samopoczucie po jedzeniu ciężkostrawnym. I zmieniają się też po tych lekach kubki smakowe – wyjaśnia lekarka.Wielu pacjentów opisuje, że ulubione wcześniej produkty przestają smakować tak samo jak dawniej. Część osób spontanicznie ogranicza tłuste potrawy, słodycze czy wysokoprzetworzoną żywność, ponieważ organizm zaczyna reagować na nie inaczej.„Zmiana zaczyna się w głowie”Tematy poruszane w podcaście rozwija również książka „Zmiana zaczyna się w głowie”, wydana przez Wydawnictwo Zwierciadło. Publikacja pokazuje, że trwała poprawa zdrowia nie zaczyna się od kolejnej restrykcyjnej diety ani od walki z własnym ciałem. Autorka przekonuje, że prawdziwa zmiana wymaga zrozumienia mechanizmów kierujących naszymi wyborami, emocjami i relacją z jedzeniem.

  38. 368

    „Nie ma we mnie zgody, żeby linczować całe rodziny”. Kuratorka rodzinna o tym, że tzw. dobre domy nie są wolne od problemów | „Dylematy mamy i taty”, odc. 5

    „Młodzi ludzie często blokują swoje konta w mediach społecznościowych, żeby dorośli ich nie widzieli” – mówi pisarka Aleksandra Przytarska w podcaście „Dylematy mamy i taty”. W rozmowie z Aliną Gutek, zastępczynią redaktorki naczelnej magazynu „Zwierciadło”, autorka książki „Challenge” opowiada o internetowych wyzwaniach, rodzicielskich złudzeniach i świecie, w którym granica między zabawą a tragedią bywa niebezpiecznie cienka.Przez lata żyliśmy w przekonaniu, że największe zagrożenia czyhają na dzieci poza domem. Dziś coraz częściej okazuje się, że mieszczą się one w smartfonie, który nastolatek trzyma w dłoni przez kilka godzin dziennie.Aleksandra Przytarska nie pozostawia złudzeń. Jak podkreśla, wielu rodziców nadal wierzy, że dobra relacja z dzieckiem stanowi gwarancję bezpieczeństwa. Tymczasem rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana.– Nie ma środowisk wolnych od problemów. Dwadzieścia lat temu, gdy zaczynałam pracę jako kurator rodziny, myślałam, że jeśli poświęca się dziecku czas, dba się o nie, to nie ma ryzyka, że zejdzie ono na złą drogę – mówi.Świat ukryty przed dorosłymiMedia społecznościowe stworzyły przestrzeń, do której rodzice mają ograniczony dostęp. Nawet jeśli są przekonani, że wiedzą, co dzieje się w życiu ich dzieci.– Młodzi ludzie często blokują swoje konta, żeby dorośli tego nie widzieli – zauważa Przytarska.To właśnie dlatego tak aktualnie brzmi zdanie przywołane przez Alinę Gutek z kart powieści „Challenge”: „To przerażające, jak niewiele wiemy o naszych dzieciach”.Internetowe wyzwania, które stają się osią fabuły książki, nie są jedynie literackim wymysłem. To zjawisko obecne w rzeczywistości nastolatków. Część z nich ma charakter niewinnej zabawy, inne mogą prowadzić do przemocy, upokorzenia czy nawet zagrożenia życia. Mechanizm jest jednak podobny – presja grupy, potrzeba akceptacji i chęć zdobycia uwagi.Dlaczego młodzi przekraczają granice?Zdaniem autorki problem nie dotyczy wyłącznie dzieci, to lustro, w którym odbija się całe społeczeństwo. - Pokazujemy młodzieży, że mogą być bezkarni – mówi.Trudno nie zauważyć, że młodzi uczą się przede wszystkim przez obserwację. Jeśli w przestrzeni publicznej normą staje się agresja słowna, pogarda i brak odpowiedzialności za własne słowa, trudno oczekiwać, że kolejne pokolenie będzie zachowywało się inaczej.Przytarska zwraca uwagę na jeszcze jeden niewygodny paradoks. – Jesteśmy hipokrytami. Wystarczy wejść na komentarze pod postami na temat znanych osób. Ile tam jest hejtu, jadu. Jaki my mamy mandat, żeby mówić dzieciom, że hejt jest zły?Pytanie to wybrzmiewa szczególnie mocno w czasach, gdy wielu dorosłych z oburzeniem komentuje zachowania nastolatków, nie dostrzegając własnego udziału w tworzeniu kultury internetowej przemocy.Rodzicielskie błędy, które wracają jak bumerangJakie są główne błędy rodzicielskie, które najbardziej się na nas mszczą? Odpowiedź Aleksandry Przytarskiej jest konkretna.– Główny błąd to brak konsekwencji. Jeśli mówimy, że dziecko ma zakaz wychodzenia albo grania na konsoli, to nie zmieniajmy co chwilę zdania. W świecie, w którym rodzice często próbują być jednocześnie przyjaciółmi, mentorami i partnerami swoich dzieci, konsekwencja bywa postrzegana jako coś nieprzyjemnego. Tymczasem właśnie ona buduje poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności.„Challenge” – powieść o świecie, którego dorośli nie rozumiejąKsiążka „Challenge”, wydana przez Wydawnictwo Zwierciadło, to trzymająca w napięciu opowieść inspirowana zjawiskiem internetowych wyzwań, które w ostatnich latach stały się częścią codzienności nastolatków. Aleksandra Przytarska wykorzystuje konwencję powieści psychologicznej i społecznej, by pokazać mechanizmy rządzące grupą rówieśniczą, potrzebę akceptacji oraz konsekwencje pozornie niewinnych decyzji. To historia, która stawia ważne pytania o granice odpowiedzialności dorosłych i cenę, jaką płacą młodzi ludzie za chwilę popularności.

  39. 367

    „Porażki dużo mnie nauczyły”. Pia Skrzyszowska o presji, sile i przyjaźni ze sportową rywalką | „Kobiety rządzą”

    „Wiem, że dobrze pobiegłam, jeśli nic nie pamiętam. Jeśli pamiętasz, masz jakąś myśl w trakcie, znaczy, że się rozproszyłeś” – mówi Pia Skrzyszowska w podcaście „Kobiety rządzą”, prowadzonym przez Joannę Olekszyk, redaktorkę naczelną „Zwierciadła”. To zdanie brzmi jak sportowa definicja pełnego zanurzenia, ale też jak opowieść o świecie, w którym nie ma miejsca na półśrodki. Sponsorem odcinka jest Orlen.Pia Skrzyszowska należy dziś do grona najbardziej rozpoznawalnych polskich sportsmenek młodego pokolenia. Mistrzyni Europy, rekordzistka, jedna z tych zawodniczek, które biegną nie tylko po medale, ale też po własną definicję siły. W rozmowie z Joanną Olekszyk opowiada jednak nie tylko o sukcesach. Mówi o bólu, presji, relacjach, samotności sportu i o tym, jak wygląda codzienność kobiety, którą obserwują dziś tysiące młodych dziewczyn.Sport wysokiego napięciaSport zawodowy często oglądamy jak widowisko. Liczą się sekundy, wyniki, miejsca na podium i zdjęcia z medalami. Tymczasem za tym obrazem stoi codzienność pełna rygoru, przeciążeń i psychicznej odporności, której nie widać na ekranie.– „Wasze życie może się wydawać opresją” – zauważa w rozmowie Joanna Olekszyk.I trudno nie odnieść wrażenia, że właśnie o tym jest ta rozmowa: o cenie, jaką płaci się za bycie najlepszą. Pia mówi szczerze o kontuzji, która zatrzymała ją w momencie największego rozpędu.„W 2023 roku zerwałam mięsień dwugłowy, to był najgorszy moment mojej kariery, ale okazał się najlepszy, bo wiele mnie nauczył” – przyznaje.W świecie sportu sukces często przedstawia się jako prostą drogę: talent, praca, zwycięstwo. Tymczasem największe kariery budują się zwykle na kryzysach. Skrzyszowska opowiada o nich bez patosu, ale też bez udawania, że porażka „motywuje” w instagramowy sposób. To raczej doświadczenie, które zmusza do przewartościowania wszystkiego: relacji z własnym ciałem, oczekiwań i wyobrażeń o sobie.„Porażki dużo mnie nauczyły i dużo dały” – mówi. I właśnie dlatego ta rozmowa wykracza poza sport.Przyjaźń i rywalizacja mogą istnieć jednocześnie?W rozmowie pojawia się też temat relacji między zawodniczkami. Joanna Olekszyk pyta wprost: „Jak to jest mieć przyjaciółkę z rywalką w świecie sportu?”.To pytanie odsłania jeden z najciekawszych paradoksów współczesnego sportu kobiet. Rywalizacja nie musi oznaczać wrogości, a sukces jednej zawodniczki nie odbiera miejsca drugiej. Coraz częściej sportowczynie mówią dziś o solidarności, wsparciu i budowaniu środowiska, które nie opiera się wyłącznie na nieustannej konkurencji.Skrzyszowska pokazuje, że można jednocześnie walczyć o setne sekundy i pozostać blisko ludzi. Być skupioną na wyniku, ale nie tracić siebie.Ojciec, trener i najważniejsza relacjaJednym z najbardziej osobistych wątków podcastu jest relacja Pii z ojcem, który jest jednocześnie jej trenerem.„Moi rodzice się rozstali, gdy byłam mała, więc fakt, że tata został moim trenerem, zbliżyło to nas do siebie” – opowiada.To niezwykle ciekawy portret relacji budowanej nie tylko na rodzinnej więzi, ale też na wspólnym celu, codzienności treningów i wzajemnym zaufaniu. W sporcie wyczynowym granica między życiem prywatnym a zawodowym praktycznie nie istnieje. Być może właśnie dlatego ta relacja stała się dla niej jednym z najważniejszych punktów oparcia.Jak wygląda sukces poza zdjęciem z medalem?W świecie mediów społecznościowych sukces często pokazuje się jako nieustanną celebrację. Pia opowiada jednak o tym inaczej.„Sukcesy celebruję, a o porażkach staram się szybko zapominać” – mówi.To podejście pozbawione egzaltacji. Jest w nim dyscyplina, ale też pewna lekkość. Może właśnie dlatego Pia Skrzyszowska tak mocno rezonuje dziś z młodym pokoleniem kobiet: nie buduje wizerunku „idealnej mistrzyni”, tylko pokazuje, że siła może oznaczać również wątpliwości, kryzysy i konieczność ciągłego zaczynania od nowa.Sponsorem odcinka jest Orlen.

  40. 366

    „To czy bracia i siostry się kochają, zależy od rodziców”. Co zrobić z tęsknotą za rodzeństwem, którego się nie miało? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6” odc. 4

    - Czasem rodzice chcą mieć władzę i kontrolę i na zasadzie „dziel i rządź" – mówi Kasia Miller w piątym odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller”. W rozmowie z Joanną Olekszyk, redaktorką naczelną magazynu „Zwierciadło”, jedna z najbardziej cenionych polskich psycholożek przygląda się relacjom między braćmi i siostrami. To temat pozornie oczywisty, a jednocześnie pełen emocji, zazdrości, niespełnionych oczekiwań i tęsknot, które potrafią towarzyszyć nam przez całe życie.Rodzeństwo to jedna z najbardziej skomplikowanych i najtrwalszych relacji, jakie tworzymy. Bywa źródłem siły, ale też bólu. Uczy negocjowania granic, współpracy, przebaczania i akceptacji różnic.W najnowszym odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller” rozmowa Joanny Olekszyk i znanej psycholożki pokazuje, że za każdą historią brata i siostry kryje się opowieść o rodzinie, potrzebie miłości i poszukiwaniu własnego miejsca. A także o tym, że nawet najbardziej skomplikowane relacje można zrozumieć lepiej, jeśli odważymy się przyjrzeć ich źródłom.Rodzeństwo – pierwsza szkoła relacjiTo właśnie w relacjach z rodzeństwem po raz pierwszy uczymy się bliskości, współpracy, dzielenia się uwagą rodziców, ale też rywalizacji. Wspólne dzieciństwo bywa fundamentem na całe życie, choć nie zawsze prowadzi do zażyłości. Niektórzy bracia i siostry pozostają dla siebie najbliższymi przyjaciółmi, inni przez lata nie potrafią znaleźć wspólnego języka.Kasia Miller zwraca uwagę, że jakość tych relacji rzadko jest dziełem przypadku. Ogromną rolę odgrywają rodzice i atmosfera, jaką tworzą w domu. – „To czy rodzeństwo się kocha, zależy od rodziców. Czasem rodzice chcą mieć władzę i kontrolę i na zasadzie »dziel i rządź«” – zauważa psycholożka.Choć trudno w to uwierzyć, wielu rodziców nieświadomie wzmacnia konflikty między dziećmi. Wprowadzają konkurencję o uwagę, stawiają jedno dziecko przeciwko drugiemu albo faworyzują wybrane zachowania. W efekcie rodzeństwo zamiast być sojusznikami staje się rywalami.„Najgorsze jest porównywanie" W wielu rodzinach istnieje pokusa porównywania. Kto ma lepsze oceny, kto jest bardziej obowiązkowy, kto sprawia mniej problemów. Takie pozornie niewinne komunikaty mogą jednak pozostawić ślad na całe życie.Kasia Miller nie ma wątpliwości:– „Najgorsze jest porównywanie dzieci, wszelki rodzaj porównań jest zabójczy.”Porównania nie motywują. Przeciwnie – budują poczucie niesprawiedliwości, obniżają samoocenę i utrwalają role rodzinne, z których później trudno się uwolnić. Jedno dziecko zostaje „tym zdolnym”, drugie „tym problematycznym”, a jeszcze inne „tym niewidzialnym”.Czy kolejność urodzenia naprawdę ma znaczenie?Jednym z tematów poruszonych w rozmowie jest również wpływ kolejności narodzin na charakter i rodzinne role. Jak wygląda dynamika relacji między trójką rodzeństwa: najmłodszym, środkowym i najstarszym? Co się zmienia, gdy jedno z dzieci jest wybitnie uzdolnione albo chore? Pytanie prowadzi do refleksji nad tym, jak bardzo rodzinny system dostosowuje się do potrzeb poszczególnych dzieci. Gdy jedno z nich wymaga szczególnej uwagi – z powodu talentu, choroby czy trudności wychowawczych – pozostałe często muszą odnaleźć dla siebie nowe miejsce.Tęsknota za rodzeństwem, którego nigdy nie byłoNie każdy dorastał z siostrą lub bratem. Nie każdy też miał takie rodzeństwo, o jakim marzył. To temat rzadko poruszany publicznie, a przecież wielu ludzi nosi w sobie poczucie straty związane z brakiem bliskiej relacji rodzinnej.Co zrobić z tęsknotą za rodzeństwem, którego się nie miało albo miało, ale nie takie, jakie by się chciało mieć? Odpowiedź Kasi Miller jest prosta i jednocześnie pełna nadziei. – „Trzeba sobie znaleźć zastępstwa”.Psycholożka przypomina, że bliskość nie jest zarezerwowana wyłącznie dla więzów krwi. Przyjaciele, kuzyni, osoby spotkane później w życiu mogą stać się rodziną z wyboru. Czasem to właśnie takie relacje dają wsparcie, którego zabrakło w domu rodzinnym.

  41. 365

    Czy nowy „Harry Potter” zniszczy magię dzieciństwa? „To może być wykalkulowana zagrywka” | „Czujemy to?” odc. 1

    Czy świat Harry’ego Pottera naprawdę potrzebuje nowej ekranizacji? A może serial HBO Max jest tylko kolejnym dowodem na to, że współczesna popkultura coraz chętniej wraca do historii, które już dobrze znamy? W premierowym odcinku podcastu „Czujemy to?” Robert Choiński rozmawia z Anną Tobiasz, Edytą Zbąską i Martą Waszkiewicz o jednej z najbardziej wyczekiwanych i najbardziej kontrowersyjnych produkcji ostatnich lat. To rozmowa o nostalgii, która stała się paliwem współczesnej popkultury, o milenialsach niechętnie oddających swoje ukochane historie młodszym widzom, ale też o castingu, kontrowersjach wokół J.K. Rowling i pytaniu, czy da się jeszcze oddzielić dzieło od autora.Harry Potter wraca. Tylko po co?Pierwsze reakcje na zapowiedź serialu były skrajne. Ekscytacja mieszała się ze sceptycyzmem, a pytanie „po co?” wracało jak zaklęcie. Anna Tobiasz przyznaje, że jako wielka fanka książek początkowo poczuła ekscytację. Z czasem jednak zaczęła mieć coraz więcej wątpliwości. Edyta Zbąska od początku patrzyła na projekt sceptycznie, bo widziała w nim przede wszystkim próbę ponownego zarobienia na historii, która już raz stała się wielkim hitem. Marta Waszkiewicz przeszła odwrotną drogę. Najpierw była nieufna, ale po zobaczeniu pierwszych materiałów poczuła, że chce wrócić do tego świata.Właśnie w tej różnicy reakcji dobrze widać, jak silnie Harry Potter wciąż działa na wyobraźnię. Dla jednych jest ukochaną opowieścią z dzieciństwa, której nie powinno się ruszać. Dla innych jest światem, do którego można wracać, jeśli nowa wersja pokaże coś więcej niż filmy. Serial daje taką obietnicę, ponieważ osiem odcinków na jedną książkę może pozwolić twórcom rozwinąć wątki, które w kinowych ekranizacjach zostały pominięte albo potraktowane zbyt skrótowo.Nostalgia stała się paliwem popkulturyW naszym podcaście zastanawiamy się, dlaczego milenialsi i przedstawiciele młodszych pokoleń tak chętnie wracają do światów, które już znają. – Ludzie lubią to, co znają – zauważa Edyta Zbąska. Anna Tobiasz zauważa jednak, że nostalgia inaczej działa na dzieci, a inaczej na milenialsów. Dla dorosłych widzów Harry Potter jest częścią życia. Dla młodszych może dopiero stać się pierwszym wielkim popkulturowym doświadczeniem.– Nowe pokolenie dostanie swoją wersję z dzieciakami, którzy są w ich wieku i będą mogli z nimi dorastać – mówi Robert Choiński. Dziennikarz Zwierciadlo.pl przypomina, jak wyjątkowe było dorastanie niemal równolegle z bohaterami książek i filmów. To doświadczenie może teraz stać się udziałem dzieci, które dopiero poznają Hogwart.W tej nostalgii jest jednak także lęk. Nowa wersja ukochanej historii przypomina milenialsom, że ich własny kanon przestaje być jedynym obowiązującym punktem odniesienia. Casting wywołał największe emocjeNajcieplej przyjęto obsadę młodych aktorów, którzy zagrają Harry’ego, Rona i Hermionę. Doceniamy, że są to nowe twarze i że dziecięcy bohaterowie wizualnie przywołują skojarzenia z pierwowzorem. Najwięcej kontrowersji wywołał jednak wybór Paapy Essiedu do roli Severusa Snape’a. Anna Tobiasz zwraca uwagę, że w tym przypadku rozbieżność między książkowym opisem postaci a wyglądem aktora jest bardzo duża. Jej zdaniem ta decyzja może zmienić sposób odczytania całej historii Snape’a, zwłaszcza jego szkolnego wykluczenia, relacji z Lily i konfliktu z Jamesem Potterem.– To jest ruch marketingowy – mówi Marta Waszkiewicz, dodając, że najbardziej szkoda jej samego aktora, który już mierzy się z brutalnymi komentarzami w sieci.J.K. Rowling pozostaje problemem dla fanówNie da się dziś rozmawiać o Harrym Potterze bez rozmowy o J.K. Rowling. Jej wypowiedzi i poglądy sprawiły, że wielu fanów ma dziś moralny dylemat. Zastanawiają się, czy wspierając nowe produkcje z tego świata, wspierają również autorkę. Robert Choiński przypomina, że obecność medialna Rowling w ostatnich latach coraz mocniej koncentruje się wokół kontrowersyjnych wypowiedzi dotyczących osób transpłciowych.

  42. 364

    „Nie rządzi mną już głos, że jestem zerem”. Bartłomiej Kotschedoff o lęku przed bliskością i 10 latach terapii | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 16

    „Gnojenie było immanentną częścią mojego dzieciństwa. 10 lat terapii longiem, a i tak jeszcze pracuję nad sobą” – mówi Bartłomiej Kotschedoff w podcaście Beaty Biały „Mężczyzna jest człowiekiem”. 10 lat terapii longiem, a i tak jeszcze pracuję nad sobą”. W tych kilku słowach kryje się doświadczenie coraz większej grupy mężczyzn, którzy próbują uwolnić się od wzorców wyniesionych z domu: nakazu bycia silnym za wszelką cenę, tłumienia emocji i przekonania, że z każdym problemem trzeba poradzić sobie samemu. Aktor opowiada o dzieciństwie naznaczonym surowością, o lęku przed bliskością, który przez lata sabotował jego relacje, oraz o terapii, dzięki której zaczął odzyskiwać kontakt ze sobą.Niektóre zdania słyszane w dzieciństwie zostają z nami na zawsze. Wracają w ważnych momentach życia, wpływają na decyzje, relacje i sposób, w jaki patrzymy na samych siebie. Bartłomiej Kotschedoff dorastał w domu, w którym najważniejszymi wartościami były praca, wytrwałość i samodzielność. Kiedy wraca pamięcią do tamtych lat, nie mówi o beztrosce czy dziecięcej lekkości. Mówi o wysiłku.„Walczyć, walczyć, walczyć”Najbardziej zapamiętał rodziców pracujących ponad siły i przekonanie, że człowiek nie powinien liczyć na pomoc z zewnątrz. Jak wspomina, z dzieciństwa pozostał mu obraz ciężkiej pracy na wsi oraz przekaz, że „nikt ci nie da, sam musisz wszystko zrobić”. W tym jednym zdaniu zawiera się doświadczenie całego pokolenia wychowanego w przekonaniu, że proszenie o wsparcie jest oznaką słabości.Towarzyszył temu jeszcze jeden komunikat, równie silny i równie wymagający. W domu słyszał, że trzeba „walczyć, walczyć, walczyć”, bo jeśli okaże się słabość, „to ci nikt ręki nie poda”. Dla chłopca taki przekaz staje się instrukcją obsługi świata. Problem zaczyna się wtedy, gdy okazuje się, że życie wymaga nie tylko siły, ale również wrażliwości.„Od dziecka czułem się ofiarą”Choć z zewnątrz wiele osób wydaje się świetnie funkcjonować, ich wewnętrzny świat bywa znacznie bardziej skomplikowany. Kotschedoff nie próbuje dziś łagodzić wspomnień ani opowiadać o przeszłości w sposób wygodny dla słuchacza. Przeciwnie. Mówi o niej z rozbrajającą szczerością.Przyznaje, że „gnojenie było immanentną częścią mojego dzieciństwa”. Nie używa wielkich słów ani psychologicznych definicji. Wystarcza jedno zdanie, by pokazać skalę doświadczeń, które zostawiają ślad na długie lata.Ten ślad nie zawsze jest widoczny. Często przybiera formę przekonań o własnej niewystarczalności, chronicznego poczucia winy albo wewnętrznego krytyka, który nieustannie podważa własną wartość. Jak sam przyznaje: „Od dziecka czułem się ofiarą”. Zaraz potem dodaje jednak coś jeszcze ważniejszego: „Najgorsze są wewnętrzne blizny i one nie znikają”.To właśnie te niewidoczne rany stają się często najtrudniejszym przeciwnikiem. Nie widać ich na zdjęciach, nie pokazują się podczas zawodowych sukcesów, ale potrafią wpływać na każdą sferę życia.Gdy bliskość budzi lękWychowanie do nieustannej walki ma swoją cenę. Czasem okazuje się nią niemożność zbudowania bliskiej relacji z drugim człowiekiem. Kotschedoff długo nie rozumiał, dlaczego mimo szczerych intencji tak trudno mu odnaleźć się w związkach.Przełom przyszedł dopiero wtedy, gdy zakończyła się jego pierwsza poważna relacja. Dziś wspomina ten moment jako bolesne, ale niezwykle ważne doświadczenie. Mówi, że był w pierwszym długim związku, który ostatecznie się rozpadł, ponieważ sam „zupełnie się rozpadł” i nie wiedział już, kim jest.„Mama była od bania się o mamę”Jednym z najbardziej poruszających momentów rozmowy jest ten, w którym Beata Biały pyta aktora o rolę matki w jego życiu. Odpowiedź pada szybko, ale zostaje w pamięci na długo. „Mama była od bania się o mamę” – mówi Kotschedoff i dzieli się doświadczenie dziecka, które zbyt wcześnie przejął odpowiedzialność za emocje dorosłych. Zamiast czuć się bezpiecznie, uczył się troszczyć o innych. Zamiast otrzymywać wsparcie, same stają się wsparciem.

  43. 363

    Świetliste chmury i przybysze z kosmosu. Marek Bimer i Natalia Bimer o wystawie „Oświecenie”, która przyciągnęła tłumy | „Szklane domy” odc. 1

    Rodzinnie prowadzą Bimer Studio, ale każde z nich jest autonomicznym artystą. Marek, rzeźbiarz, grafik, wieloletni twórca branży reklamy i jego córka Natka multidyscyplynarną projektantką, kuratorka sztuki właśnie zorganizowali wystawę ponad stu prac na 1200 metrach kwadratowych starej hurtowni farmaceutyków przy ulicy Barskiej w Warszawie, którą można odwiedzać do 31 maja. W naszym nowym podcaście „Szklane domy” opowiadają Marcie Kowalskiej o przedsięwzięciu, w które wielu nie wierzyło i o tym, jakie emocje i wyzwania wiążą się z rodzinną działalnością artystyczną.Po takiej skali wystawy można byłoby się spodziewać, że jest ekspozycją monograficzną, podsumowującą. A jednak „Oświecenie” wprowadza nas w mikrokosmosy, które nieustannie tworzą się wokół działań Bimer Studio. I choć bardzo popularne „Bimery”, szalenie modne lampy wpisujące się w ideę collectible design wprowadziły prace tego rodzinnego kolektywu do wielu domów, to źródło swojego światła mają w bezkompromisowej sztuce.Między rzeźbą, grafiką a światem reklamyMarek Bimer ma za sobą kilkadziesiąt lat nieustannych twórczych poszukiwań. Absolwent ASP, wychowany w pracowni po Alinie Szapocznikow i Romanie Cieślewiczu ma w swojej historii mit założycielski, ale meandrując między rzeźbą, grafiką a światem reklamy zawsze wybierał swoje ścieżki. Urodził się w 1962 roku w środowisku, gdzie sztuka nie była wyborem, ale warunkiem atmosferycznym. Matka rzeźbiarka, ojczym rzeźbiarz, historyczna pracownia jako dziecięce podwórko. To, co robi dziś, nie jest jednak typową kontynuacją. Można ją raczej nazwać opowieścią i twórczością w obrębie własnego języka.Skłębione chmury, dziwne kwiaty, grzyby i... obcyNajwcześniejsze prace Bimera reprezentują przede wszystkim dziedziny grafiki i rzeźby - głównie w brązie, aluminium, stali, żywicy. Artysta parał się jednak także fotografią i któregoś dnia dostrzegł dzięki temu flarę światła padającą na jedną ze swoich form. Od tego momentu to właśnie światło stało się jedną z jego ulubionych „materii”. Najnowsze dzieła Bimera, określane jako rzeźby światła wykonywane są głównie z żywicy i włókna szklanego. Przywodzą na myśl ławice ryb, skłębione chmury, dziwne kwiaty, grzyby, czasem nawet obcych.Artysta sam o sobie mówi: „Jestem rzeźbiarzem. Obiekty świetlne są odnogą, którą zbudowałem, wychodząc z formy rzeźbiarskiej."Miejsce wystawy - hurtownię przy Barskiej znalazła córka Bimera, Natka. Od lat, wraz z partnerem Kubą Różyckim i przyjaciółmi działają ramię w ramię z Markiem. Natalia sama jest wykształconą rodzinnie i akademicko artystką, absolwentką tej samej warszawskiej ASP, wieloletnią rysowniczką „Przekroju”. Spełnia się profesjonalnie jako niesamowicie wrażliwa i czuła na konteksty kuratorka i narratorka sztuki. To ona zobaczyła w urbexowej przestrzeni idealne miejsce dla wystawy „Oświecenie”. Jej tekst kuratorski buduje pomocne tło dla niesamowitych przestrzeni postindustrialnych wystawy „zaludnionych” przez obiekty Bimerów i duchy ich bliskich. A to że niektóre z tych obiektów są powielane i można mieć w domu, nie odbiera im magii. „Granica między sztuką a designem jest oczywista tylko dla tych, którzy boją się ją przekroczyć” - mówi Natka Bimer.Dłuższej opowieści o Bimer Studio wysłuchacie w pierwszym odcinku naszego podcastu „Szklane domy”.

  44. 362

    „Nie pozwalam już innym zarządzać swoją energią”. Kamilla Baar o najważniejszej podróży... wewnątrz siebie | „Ukryte piękno”. odc. 27

    „Zawsze byłam ekscentryczna i miałam ekscentryczną rodzinę. W młodości zrozumiałam, dlaczego jestem wrażliwa na sztukę i nie jestem odporna na przemoc” – to zdanie Kamilli Baar mogłoby być początkiem nie tylko biografii, ale i mapy wewnętrznej, którą aktorka rysuje w rozmowie z Beatą Biały w podcaście „Ukryte piękno”. W świecie, który lubi szybkie narracje i jeszcze szybsze definicje, zapraszamy do opowieści o czymś odwrotnym: zwolnieniu, wsłuchaniu się i zgodzie na to, że najważniejsze rzeczy nie zawsze nadają się do „sprzedania”.„Dlaczego nie sprzedajesz codzienności, jak niektórzy?” – pyta Beata Biały. Odpowiedź Kamili Baar jest krótka, niemal zawieszona w powietrzu: „niemówienie o czymś to jest magia”. W tym napięciu między tym, co wypowiedziane i tym, co pozostaje prywatne, rodzi się główny temat rozmowy: granice, energia i prawo do własnej ciszy.Podróż, która dzieje się w środkuW centrum rozmowy powraca motyw wewnętrznej drogi – nie spektakularnej, ale konsekwentnej. „Najciekawszą podróż człowiek wykonuje wewnątrz siebie” – mówi aktorka, odwracając uwagę od zewnętrznych ról, które zwykle przypisuje jej świat.Z tej perspektywy codzienność staje się materiałem do pracy nad sobą. „Spokój zaczyna się od samoobserwacji. Kiedy na koniec dnia zaczniesz się zastanawiać… kiedy byłaś smutna, kiedy się śmiałaś, zaczniesz robić swoją mapę” – wyjaśnia Baar. Ta „mapa” nie prowadzi do jednego celu. Jest raczej praktyką uważności, która pozwala rozpoznać, gdzie naprawdę jesteśmy, zanim zdecydujemy, dokąd zmierzamy.Między światłem a cieniemJednym z najmocniejszych wątków rozmowy jest relacja z własnymi trudnymi doświadczeniami. Kamilla Baar nie buduje narracji wyłącznie afirmacyjnej – przeciwnie, pokazuje, że wewnętrzne piękno nie jest stanem danym raz na zawsze.„Trudności życiowe i jak byłam traktowana przez ludzi przybliżyły mnie do jogi, a ona do wewnętrznego dobra i piękna. Teraz jestem po jasnej stronie i widzę, kiedy wciąga mnie ciemna strona” – mówi. W tej deklaracji nie ma łatwego triumfu. Jest raczej świadomość, że praca nad sobą to proces ciągłego wyboru.Potrzeba, energia, decyzjeRozmowa dotyka również bardzo praktycznego wymiaru życia wewnętrznego. „Wszystko w życiu bierze się z potrzeby. Nigdy nie mogę się odwrócić od moich potrzeb” – podkreśla aktorka, wskazując na moment, w którym zaczęła świadomie zarządzać własną energią.To właśnie energia – jej ochrona i uważne kierowanie – staje się jednym z kluczowych pojęć odcinka. „Nie pozwalam już zarządzać swoją energią. Jak coś mi nie służy, to się po prostu wycofuję” – mówi bez wahania.Gdy życie przestaje pasowaćJednym z najbardziej poruszających fragmentów rozmowy jest opowieść o momentach kryzysu. „Tak, nawet nie kilka razy, miałam wrażenie, że jestem w domu nie z moich cegieł i bliski jest mi ból istnienia” – przyznaje aktorka, nawiązując do doświadczenia egzystencjalnego niepokoju.Jednocześnie podkreśla dystans do przeszłości: „Nie lubię do nich wracać, bo mam talent zapominania, nie rozpamiętuję w ogóle”. To nie wyparcie, lecz świadomy wybór nieprzedłużania cierpienia.Rozmowę z Kamillą Baar można znaleźć też w drugim wydaniu książki „Kobiece gadanie 2”, która doskonale rezonuje z tematami, które wybrzmiewają w podcaście. To książka o kobietach, które nie boją się mówić własnym głosem – również wtedy, gdy jest on cichy, nieoczywisty i wymyka się współczesnej presji perfekcji. Bohaterki „Kobiecego gadania 2” opowiadają o emocjach, relacjach, duchowości i codziennych wyborach z podobną szczerością, z jaką Baar mówi o samoobserwacji, energii i potrzebie życia w zgodzie ze sobą. To publikacja, która nie daje gotowych recept, ale zachęca do najważniejszej podróży – tej prowadzącej do własnego wnętrza.

  45. 361

    „Narcyz uwodzi przez słowa, nie przez czyny”. Jak być kochaną i kochać? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 3

    „Dziewczyny bardziej marzą o miłości. I to o miłości totalnej, która zabierze cały ból” – mówi Katarzyna Miller w 3. odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller”,a szczera, momentami brutalna analiza tego, dlaczego tak często mylimy miłość z głodem emocji, a bliskość z walką o uwagę.W rozmowie z Joanna Olekszyk psycholożka rozbraja nasze wyobrażenia o relacjach: tłumaczy, dlaczego ciągnie nas do narcyzów, czemu spokojni partnerzy wydają się „nudni” i co zrobić, żeby przestać błagać świat o uczucie. To rozmowa o emocjonalnym chaosie współczesnych relacji, ale też o dojrzewaniu do miłości, która nie boli.Miłość jako ratunek od cierpieniaW kulturze, która sprzedaje miłość jako lekarstwo na samotność, łatwo uwierzyć, że druga osoba ma nas „naprawić”. Katarzyna Miller zauważa, że szczególnie kobiety wychowywane są w przekonaniu, że prawdziwe uczucie powinno być totalne – intensywne, wszystko obejmujące, najlepiej takie, które natychmiast uleczy stare rany.– „Dziewczyny bardziej marzą o miłości. I to o miłości totalnej, która zabierze cały ból” – mówi psycholożka.To właśnie dlatego tak często ignorujemy sygnały ostrzegawcze. Chcemy wierzyć, że tym razem będzie inaczej. Że ktoś zobaczy nasze zranienia i zamiast je pogłębiać – ukoi. Problem w tym, że desperacja emocjonalna jest widoczna bardziej, niż nam się wydaje.– „Niestety pokazujemy zbyt dużo na zewnątrz, co się w nas dzieje, nawet jak się kryjemy” – zauważa Miller.I właśnie tę emocjonalną szczelinę bardzo szybko wyczuwają osoby manipulujące.Narcyz uwodzi obietnicąW podcastowej rozmowie mocno wybrzmiewa temat relacji z narcyzami. Nieprzypadkowo. Media społecznościowe, kultura autopromocji i emocjonalny głód stworzyły idealne warunki dla ludzi, którzy świetnie mówią o miłości, ale fatalnie ją praktykują.– „Narcyz to jest łajdak” – mówi bez dyplomatycznych uników Katarzyna Miller.I dodaje jedno z najcelniejszych zdań całej rozmowy: – „Narcyz uwodzi przez słowa, nie przez czyny”.To zdanie trafia w sedno współczesnych relacji. Wielkie deklaracje, intensywność od pierwszego dnia, poczucie wyjątkowości – wszystko to może działać jak narkotyk. Szczególnie na osoby, które desperacko chcą poczuć się ważne i wybrane.Joanna Olekszyk pyta więc wprost: dlaczego tak często próbujemy utrzymać relację z człowiekiem, który nas rani, a sabotujemy związki z „porządnymi chłopakami”?To pytanie brzmi niewygodnie, ale właśnie dlatego wywołuje tak silny rezonans. Stabilność bywa mylona z nudą, a emocjonalny rollercoaster – z namiętnością. Jeśli ktoś dorastał w chaosie albo musiał walczyć o uwagę, spokojna relacja może wydawać się podejrzana. Za mało intensywna. Za mało dramatyczna, by uznać ją za „prawdziwą”.Emocje nie są problememEmocje nie są problememJednym z najmocniejszych fragmentów rozmowy jest ten o emocjach. Katarzyna Miller przekonuje, że nie należy ich tłumić ani hierarchizować.– „Emocje są jak kamienie szlachetne” – mówi psycholożka.Każda emocja niesie informację. Złość pokazuje przekroczone granice. Smutek pozwala przeżyć stratę. Lęk ostrzega. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek zamyka się tylko w jednej emocji.– „Jeśli używasz tylko smutku…” – zaczyna Miller, pokazując, że wiele osób wręcz przywiązuje się do własnego cierpienia, bo ono staje się częścią ich tożsamości.W podobnym tonie mówi o empatii. Psycholożka rozróżnia dwa jej rodzaje: taki, w którym ktoś całkowicie utożsamia się z naszym cierpieniem, oraz dojrzalszy – oparty na obecności i zrozumieniu.– „Są dwa rodzaje empatii, kiedy matka się utożsamia z cierpieniem córki i taka, kiedy mówimy komuś: rozumiem, przez co przechodzisz”.Ta druga forma buduje relacje bez emocjonalnego pochłaniania drugiej osoby. Bez duszenia miłością.Najbardziej przewrotna myśl całej rozmowy pojawia się wtedy, gdy Joanna Olekszyk mówi: – „Żeby być kochaną, warto sobie uświadomić, że nie musisz być kochaną”.Katarzyna Miller zachęca więc, by inaczej spojrzeć na siebie i własne słabości.

  46. 360

    „Mam godziny, kiedy nie odbieram telefonu”. Jak Małgorzata Tomaszewska przestała być „dla innych”? | „Ukryte piękno”. odc. 26

    „Po 9 miesiącach otarłam się o depresję, w tym myśleniu, że nie mam. Dbanie o siebie to jest rozwój. To nie może być tak, że jak zostajemy mamami, to przestajemy być kobietami i ludźmi” – mówi Małgorzata Tomaszewska w podcaście „Ukryte piękno” magazynu Zwierciadło. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską prezenterka telewizyjna, a z wykształcenia psycholożka opowiada o macierzyństwie, presji kobiecej perfekcji i o tym, dlaczego współczesne kobiety próbują odzyskać czas, którego ich matki często nigdy nie dostały. Sponsorem odcinka podcastu jest FOREO, producent masek ledowych.Pokolenie kobiet, które zawsze miały być „dla innych”Przez dekady kobiecość była definiowana przez gotowość do poświęceń. Dobra matka, dobra żona, dobra córka – wszystkie te role miały jeden wspólny mianownik: własne potrzeby należało odłożyć na później. Najczęściej na zawsze.W nowym odcinku podcastu „Ukryte piękno”, realizowanego przez magazyn Zwierciadło we współpracy z FOREO, Magdalena Kuszewska rozmawia z Małgorzatą Tomaszewską o tym, jak zmieniło się podejście kobiet do odpoczynku, pielęgnacji i dbania o siebie. I dlaczego dla wielu z nich chwila ciszy nadal wywołuje poczucie winy.Punktem wyjścia do rozmowy jest pozornie proste pytanie: czy współczesne kobiety naprawdę mają dziś więcej czasu dla siebie niż ich matki i babki? A może jedynie nauczyły się lepiej organizować przeciążenie?Tomaszewska zauważa, że kobiety funkcjonują dziś w świecie nieustannego multitaskingu. Łączą role zawodowe, rodzinne, emocjonalne i opiekuńcze, próbując jednocześnie nie zgubić samych siebie.– „Kobiety dziś robią absolutnie wszystko. Otarłam się o to przy pierwszym dziecku” – przyznaje szczerze.To doświadczenie zna dziś wiele kobiet. Macierzyństwo miało być spełnieniem, a staje się kolejnym obszarem presji. Presji, by być cierpliwą, atrakcyjną, produktywną i wdzięczną jednocześnie.„Najpierw inni, potem ja”Jednym z najmocniejszych wątków rozmowy jest temat przekonań wynoszonych z domu. Nie tylko tych dotyczących sukcesu czy relacji, ale również własnego ciała i prawa do stawiania granic.Małgorzata Tomaszewska zwraca uwagę, że wiele kobiet od dzieciństwa uczono podporządkowywania się innym.– „Nas nauczono, wszyscy są ważniejsi. Na imprezie rodzinnej słyszą dzieci: pocałuj ciocię, wujka, chociaż wcale nie mam na to ochoty. To czego ich uczymy? Że potem całe życie się dostosowujemy do innych” – mówi.To właśnie w takich drobnych komunikatach buduje się późniejsze przekonanie, że własny komfort jest mniej ważny niż oczekiwania otoczenia. Że trzeba być miłą, dyspozycyjną i dostępną. Nawet kosztem siebie.Psycholożki od lat podkreślają, że kobiety znacznie częściej niż mężczyźni odczuwają poczucie winy związane z odpoczynkiem. Nie bez powodu ponad połowa Polaków – jak zauważa Magdalena Kuszewska – nie wyobraża sobie siedzenia w ciszy i bezczynności. Produktywność stała się dziś społecznym obowiązkiem.Ciało między troską a presją perfekcjiW rozmowie pojawia się także temat współczesnej kultury ciała. Z jednej strony coraz więcej mówi się o samoakceptacji, body positivity i zdrowiu psychicznym. Z drugiej – media społecznościowe wciąż produkują nowe kompleksy i wymagania.– „Żyjemy w czasach kultu ciała. Ciało jest dla nas ważne, jest wizytówką, ale też odzwierciedleniem naszego zdrowia. Ale jest też źródłem cały czas kompleksów, bo niby jest body positive, a jeszcze długo, długo nie” – zauważa Tomaszewska.To napięcie między autentyczną troską o siebie a presją nieustannego „ulepszania się” staje się dziś jednym z najważniejszych doświadczeń kobiet. Właśnie dlatego coraz większą rolę odgrywają małe codzienne rytuały, które nie wymagają zatrzymywania życia. Technologie beauty, takie jak maski LED FOREO, wpisują się w tę zmianę: nie jako symbol luksusu, ale raczej próba odzyskania kilku minut tylko dla siebie. Bez wychodzenia z domu, bez konieczności „zasługiwania” na odpoczynek.Sponsorem odcinka podcastu jest FOREO, producent masek ledowych.

  47. 359

    „Ona chce usłyszeć, że on ją kocha, a on jej umył samochód”. Czy każdy ma dominujący język miłości?

    „Ona chciała usłyszeć, że on ją kocha, a on jej umył samochód” – mówi psycholog Paweł Droździak w 5. odcinku podcastu „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”. I trudno o lepsze zdanie otwierające rozmowę o związkach w czasach emocjonalnego chaosu. Bo dziś coraz więcej par nie rozstaje się z braku uczucia. Rozstaje się dlatego, że miłość została nadana na niewłaściwej częstotliwości.W najnowszym odcinku podcastu Zwierciadła dziennikarka Agnieszka Radomska rozmawia z Pawłem Droździakiem o językach miłości – koncepcji, która od lat elektryzuje terapeutów, influencerów relacyjnych i ludzi próbujących zrozumieć, dlaczego „tak bardzo się starali”, a jednak coś nie zadziałało. To rozmowa nie tylko o romantycznych gestach, ale też o tym, jak bardzo nasze potrzeby emocjonalne są zakorzenione w doświadczeniu, wychowaniu i osobistych skojarzeniach.Kiedy „kocham” nie znaczy tego samegoMiłość rzadko jest uniwersalna. Dla jednej osoby czułość oznacza obecność, dla drugiej konkretne działania, dla trzeciej słowa. I właśnie tam rodzi się najwięcej nieporozumień.W rozmowie Agnieszka Radomska przywołuje popularną teorię pięciu języków miłości Gary’ego Chapmana i pyta: „Czy manifestujemy miłość tak, jakbyśmy sami chcieli być kochani?” To pytanie trafia w samo sedno większości relacyjnych napięć.Bo bardzo często kochamy intuicyjnie – czyli tak, jak sami chcielibyśmy otrzymywać uczucie. Jeśli potrzebujemy zapewnień, będziemy mówić „kocham”. Jeśli cenimy działania, naprawimy kran, odbierzemy dziecko z przedszkola albo – jak w historii przywołanej przez Droździaka – umyjemy partnerce samochód. Problem w tym, że druga strona może tego w ogóle nie odczytać jako miłości.Psycholog zwraca uwagę, że czasem różnice wydają się wręcz nie do pogodzenia. „Jedni wolą konkrety, a inni operują na abstrakcjach. Może on jest dla mnie za tępy” – mówi przewrotnie, pokazując mechanizm, w którym partnerzy zaczynają przypisywać sobie złe intencje albo intelektualne braki, choć tak naprawdę rozminęli się jedynie w emocjonalnym kodzie.Dotyk, kwiaty i emocjonalne minyNajciekawsze w tej rozmowie jest jednak to, że języki miłości nie są niewinną listą romantycznych preferencji. Za każdym z nich stoi historia.„Dla jednego dotykanie to oznaka bliskości, a dla innego kojarzy się z roszczeniami” – zauważa Droździak. To zdanie wybrzmiewa szczególnie mocno w świecie, który z jednej strony obsesyjnie mówi o bliskości, a z drugiej coraz częściej doświadcza emocjonalnego przeciążenia.To samo dzieje się z symbolami miłości. Kwiaty? Dla jednej osoby będą wzruszającym rytuałem, dla innej pustym gestem. „Jeden chce kwiaty jako fetysz miłości, a dla innego kwiaty są na Dzień Nauczyciela. Dla jednego fetysz, dla drugiego sygnał urazu. Mamy konflikt” – tłumaczy psycholog.I właśnie dlatego współczesne związki coraz częściej przypominają negocjacje między dwoma osobnymi światami emocjonalnymi. „Musi powiedzieć, że mnie kocha”W kulturze, która promuje samowystarczalność i emocjonalny dystans, potrzeba słownego potwierdzenia uczucia bywa dziś traktowana podejrzliwie. A jednak dla wielu ludzi pozostaje absolutnie fundamentalna.„Musi powiedzieć, że mnie kocha. Tymi słowami” – mówi Droździak o potrzebie, której nie da się zastąpić żadnym praktycznym działaniem ani romantycznym gestem.To ważny moment tej rozmowy, bo pokazuje, że języki miłości nie są fanaberią. Są próbą dotarcia do poczucia bezpieczeństwa. Dla jednych bezpieczeństwem będzie dotyk, dla innych wspólny czas, dla jeszcze innych codzienna troska albo słowa, które porządkują emocjonalny świat.Agnieszka Radomska celnie zauważa też, że relacje z czasem tworzą własny, intymny kod komunikacji. „W związku wyłania się ich własny język miłości i poczucie humoru” – mówi. To właśnie dlatego dwa związki nigdy nie wyglądają tak samo. Każda para buduje prywatny słownik znaczeń, gestów, aluzji i rytuałów, które z zewnątrz mogą wydawać się niezrozumiałe.

  48. 358

    „Na paznokcie chodzimy co kilka dni, a raz w roku na cytologię, to nam się już nie chce”. Katarzyna Kucewicz o zdrowotnej prokrastynacji i „chwytaniu życia” | „Jak zdrowie”, odc. 16

    „Badanie się to nie szukanie choroby, a chwytanie życia” – mówi psycholożka Katarzyna Kucewicz w podcaście „Jak zdrowie”, prowadzonym przez Anna Augustyn-Protas. I trafia w samo sedno współczesnego paradoksu. Nigdy wcześniej nie mieliśmy tak łatwego dostępu do wiedzy o profilaktyce, badań i ekspertów. A jednak tysiące osób wciąż odkładają cytologię, morfologię czy USG na „po świętach”, „po projekcie”, „jak będzie spokojniej”. Problem w tym, że spokojniej zwykle nie będzie. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.Prokrastynacja zdrowotna. Choroba naszych czasówO prokrastynacji mówi się najczęściej w kontekście pracy, maili i deadlinów. Ale istnieje też jej znacznie groźniejsza odmiana – prokrastynacja zdrowotna. To mechanizm odkładania badań, konsultacji lekarskich i troski o siebie mimo świadomości, że są ważne.Dlaczego to robimy? Powodów jest wiele: lęk, przebodźcowanie, brak czasu, ale też kultura, w której produktywność stała się nową religią. Jak zauważa Katarzyna Kucewicz, „mantrą milenialsów i pokolenia Y jest etos pracy i poświęcania się”. Najpierw dowozimy projekty, opiekujemy się dziećmi, odpowiadamy na wiadomości, a dopiero później – jeśli zostanie nam siła – zajmujemy się sobą.Tyle że organizm nie działa jak aplikacja, którą można zaktualizować później. „Ciało to nie maszyna, którą muszę zajechać, a mój domek ukochany” – mówi psycholożka, co wybrzmiewa szczególnie mocno w świecie, który nauczył nas traktować zmęczenie jak oznakę sukcesu.„Nie chcę wiedzieć”. Lęk silniejszy niż rozsądekNajbardziej zaskakujące jest to, że wiele osób świadomie unika badań nie dlatego, że nie wierzy w profilaktykę. Wręcz przeciwnie – boi się tego, co może usłyszeć.„Pacjenci mówią: nie chcę wiedzieć, jeszcze się czegoś dowiem, a ja mam tyle rzeczy na głowie” – opowiada Katarzyna Kucewicz.Psychologia zna ten mechanizm bardzo dobrze. Unikanie daje krótkotrwałą ulgę. Jeśli nie odbiorę wyników, nie będę musiał się martwić. Jeśli nie pójdę do lekarza, problem jakby nie istnieje. Tyle że ciało nie zawiesza swoich procesów tylko dlatego, że odwracamy wzrok.W podcaście wraca też osobisty wątek ekspertki. „Historia mojej rodziny to jedna wielka onkohistoria. I ja widziałam, jak osoby mi bliskie odchodzą, bo bagatelizowały objawy” – przyznaje Kucewicz. To doświadczenie sprawia, że jeszcze mocniej podkreśla rolę regularnej profilaktyki i oswajania lęku przed diagnozą. Bo badania nie odbierają spokoju, często właśnie go przywracają.Self-care, który kończy się na paznokciachWspółczesny wellness bywa powierzchowny. Kochamy rytuały beauty, śledzimy trendy suplementacyjne, inwestujemy w kosmetyki i zabiegi, ale kiedy przychodzi do podstawowej profilaktyki, entuzjazm nagle znika.„Kobiety chodzą na paznokcie co kilka dni, a raz w roku na cytologię to nam się nie chce. Albo boimy się igieł, ale idziemy na powiększenie ust. Badania nas nie dopaminują” – zauważa psycholożka i jest to celna diagnoza. Profilaktyka nie daje natychmiastowej nagrody. Nie widać jej na Instagramie. Nie poprawia wyglądu w piętnaście minut. Jest inwestycją długoterminową – a współczesny mózg kocha szybkie gratyfikacje.Dlatego coraz więcej ekspertów mówi dziś o redefinicji dbania o siebie. „Dbanie o siebie to nie jest tylko powierzchowne pudrowanie noska, czesanie włosów czy nakładanie makijażu” – podkreśla Kucewicz.Prawdziwy self-care zaczyna się tam, gdzie kończy się estetyka, a zaczyna odpowiedzialność za własne zdrowie.Mikronawyki zamiast wielkiej rewolucjiNajwiększy błąd? Myślenie, że trzeba zmienić wszystko naraz. Zapisać się do pięciu specjalistów, zrobić komplet badań, wdrożyć dietę i jeszcze zacząć medytować.Psycholożka proponuje coś znacznie bardziej realistycznego: strategię mikronawyków.Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.

  49. 357

    „W stresie idziemy w agresję albo uległość”. Halina Piasecka o tym, jak niektórzy szefowie niszczą całe zespoły | „Ukryte piękno”. odc. 25

    „Człowiek, który nie okazuje emocji, to nie jest dobry lider. Taki człowiek nie budzi zaufania, ludzie za nim nie pójdą” – mówi psycholożka Halina Piasecka w podcaście „Ukryte piękno”, prowadzonym przez Magdalenę Kuszewską. I właściwie już tym jednym zdaniem podważa mit, na którym przez dekady budowano kulturę pracy: że profesjonalizm oznacza chłód, dystans i emocjonalną kontrolę.Jeszcze kilka lat temu w świecie pracy dominował prosty komunikat: emocje zostaw za drzwiami. Lider miał być odporny, zdecydowany, skuteczny. Najlepiej niewzruszony. Tymczasem rzeczywistość po pandemii, kryzysy psychiczne pracowników, wypalenie zawodowe i zmęczenie kulturą permanentnej produktywności sprawiły, że coraz więcej osób zaczęło zadawać sobie pytanie: ile kosztuje nas udawanie, że niczego nie czujemy?Emocje wracają do biurW rozmowie z Magdaleną Kuszewską Halina Piasecka, psycholożka i autorka książki Czuję, więc jestem, pokazuje, że emocje nie są przeszkodą w skutecznym działaniu. Są informacją. Kompasem. A czasem ostatnim sygnałem alarmowym, zanim organizm powie „dość”.To właśnie problemy ze snem – jak podkreśla ekspertka – są dziś najczęstszym powodem, z którym klienci trafiają do gabinetów psychologicznych. Bezsenność okazuje się często językiem niewyrażonych napięć, przeciążenia i emocji, które przez lata były spychane na margines. Bo ciało, wcześniej czy później, zaczyna mówić za nas.Lider też człowiekNajciekawszy moment podcastu pojawia się wtedy, gdy rozmowa schodzi na temat emocji w zarządzaniu. Co zrobić, gdy liderka płacze przy zespole? Czy szef może okazywać słabość? Czy autorytet nie pęka wtedy jak cienkie szkło?Magdalena Kuszewska pyta wprost: co zrobić, jeśli liderka jest zbyt emocjonalna i zdarza jej się płakać przy zespole? Odpowiedź Haliny Piaseckiej daleka jest od korporacyjnych sloganów o „zarządzaniu emocjami”. Psycholożka nie namawia do tłumienia uczuć. Przeciwnie – przypomina, że emocjonalność sama w sobie nie jest problemem. Problemem bywa brak świadomości tego, co się z nami dzieje.Bo – jak zauważa – „każdy z nas w sytuacji stresowej ma tendencję do pójścia w uległość albo w agresję”. I właśnie wtedy uruchamiają się zachowania, których później żałujemy. Piasecka przywołuje obrazowy przykład liderki, która pod wpływem napięcia „waliła w kafelki w łazience”. To nie anegdota o wybuchowym charakterze. To opowieść o przeciążeniu, które przez zbyt długi czas pozostawało niewidzialne.W świecie pracy wciąż pokutuje przekonanie, że skuteczny lider powinien być nieomylny i odporny. Tymczasem ludzie – jak mówi psycholożka – „nie cenią liderów-robotów”. Cenią tych, przy których można czuć się bezpiecznie.Emocje są zaraźliweNie chodzi jednak wyłącznie o atmosferę. Psychologia od lat pokazuje, że emocje przenoszą się w grupach szybciej, niż nam się wydaje. Napięcie jednej osoby potrafi rozregulować cały zespół. Spokój – odwrotnie – może działać stabilizująco.„Nasze emocje i zachowania są zaraźliwe” – przypomina Halina Piasecka. To zdanie brzmi dziś jak diagnoza współczesnego rynku pracy. Jeśli lider żyje w ciągłym napięciu, jego zespół zaczyna funkcjonować dokładnie tak samo. Jeśli komunikacja opiera się na presji, ludzie przestają myśleć kreatywnie i zaczynają działać wyłącznie reaktywnie.Dlatego coraz większą wartością staje się umiejętność zadawania pytań zamiast wydawania poleceń. „Dobrze zarządza zespołem i relacją ten, który zadaje dobre pytania” – mówi psycholożka. To zupełnie inny model przywództwa niż ten, do którego przyzwyczaiły nas korporacyjne podręczniki z początku lat 2000.Dlaczego słowo „ale” potrafi wszystko zepsućW podcaście pojawia się też pozornie drobny temat języka. Halina Piasecka zwraca uwagę na jedno słowo, które regularnie sabotuje relacje – zarówno prywatne, jak i zawodowe. Chodzi o „ale”.To ono najczęściej unieważnia komplementy, osłabia wsparcie i zamienia rozmowę w ocenę. „Świetnie to zrobiłaś, ale…” – słyszymy. I nagle cała pozytywna część zdania przestaje mieć znaczenie.

  50. 356

    „Miłość do każdego dziecka jest inna”. Dlaczego niektóre matki są zazdrosne o córki i co robią nam mity o macierzyństwie? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 2

    „Dzieci trzeba chcieć. Dzieci są egocentryczne” – mówi Katarzyna Miller w 2. odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości”. I już po kilku minutach rozmowy wiadomo, że nie będzie to kolejna cukierkowa opowieść o macierzyństwie jako spełnieniu kobiecego losu. Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, razem z psycholożką biorą pod lupę najbardziej utrwalone i okrutne mity dotyczące bycia matką. Sponsor partnerem odcinka jest marka Pandora.Macierzyństwo wciąż bywa przedstawiane jak stan naturalnej łaski: kobieta rodzi dziecko, natychmiast zalewa ją fala miłości, intuicja działa bezbłędnie, a jej życie nabiera sensu. Instynkt macierzyński? „Miłość nie zawsze spada z nieba”Jednym z najmocniej zakorzenionych przekonań jest wiara w automatyczny instynkt macierzyński. Kobieta ma „wiedzieć”, „czuć”, „rozumieć”. Tymczasem Katarzyna Miller mówi wprost: „Dzieci trzeba chcieć. Dzieci są egocentryczne”.To zdanie wybrzmiewa mocno właśnie dlatego, że odbiera macierzyństwu fałszywy romantyzm. Psycholożka przypomina, że dziecko nie pojawia się po to, by uleczyć dorosłych z samotności, nadać życiu sens albo skleić relację. Ono przede wszystkim potrzebuje uwagi, czasu i emocjonalnej obecności. A to oznacza ogromne obciążenie – również psychiczne.W rozmowie pojawia się ważny wątek kobiecego wstydu. Bo co, jeśli miłość nie przychodzi od razu? Co, jeśli zamiast wzruszenia pojawia się lęk, zmęczenie albo poczucie utraty dawnego życia? Miller podkreśla, że takie emocje nie czynią nikogo złą matką. Czynią ją człowiekiem.Matka wie najlepiej? NiekonieczniePrzez dekady kobiety słyszały, że „matczyna intuicja” jest nieomylna. Tymczasem Miller przypomina, że wielu dorosłych do dziś nosi w sobie ślady dziecięcych rozczarowań i niespełnionych obietnic.Psycholożka przywołuje osobiste wspomnienie: „Nie zapomnę, jak nie spałam całą noc, bo mama obiecała iść ze mną na grzyby”.Z takich pozornie drobnych scen buduje się dziecięce poczucie bezpieczeństwa. Nie z perfekcyjnych metod wychowawczych ani modnych poradników. Dziecko nie potrzebuje matki idealnej. Potrzebuje przewidywalności, obecności i emocjonalnej prawdy.Rozmowa pokazuje też, jak niebezpieczne bywa przekonanie, że rodzic „wie lepiej”, czego dziecko potrzebuje. Czasem pod hasłem troski ukrywa się kontrola. Czasem – własne lęki.Czy matka kocha wszystkie dzieci tak samo?To jeden z najbardziej tabuizowanych tematów. Bo kultura wymaga od matek miłości identycznej, równej, sprawiedliwej. Katarzyna Miller mówi jednak otwarcie: „Miłość macierzyńska jest inna do każdego dziecka”.I właśnie ta szczerość sprawia, że podcast „Przerwa na kawę z Kasią Miller” działa mocniej niż kolejny poradnik o idealnym rodzicielstwie. Nie daje prostych recept. Nie moralizuje. Zamiast tego pozwala kobietom odetchnąć od presji perfekcji.To rozmowa o macierzyństwie bez instagramowego filtra. O zmęczeniu, ambiwalencji, czułości i granicach. Ale też o tym, że dobra matka nie musi być święta. Wystarczy, że pozostanie prawdziwa.Miłość ma więcej niż jedną twarzPartnerem odcinka jest marka Pandora, która w kampanii BE LOVE przypomina o czymś, co wybrzmiewa również w rozmowie Joanny Olekszyk i Katarzyny Miller: że miłość nie zawsze wygląda tak, jak pokazują ją filmy czy media społecznościowe. Nie zawsze jest łatwa, spektakularna i bezwarunkowo piękna.Czasem miłość oznacza stawianie granic. Czasem troskę o siebie. Czasem umiejętność powiedzenia: „nie jestem idealna”. I właśnie dlatego kampania Pandora BE LOVE tak dobrze koresponduje z tematem tego odcinka – pokazuje różne odcienie bliskości: miłość rodzinną, przyjacielską, partnerską, ale też tę skierowaną do samej siebie.Bez lukru, za to z autentycznością. Bo być może najważniejsze relacje w naszym życiu to nie te najbardziej widowiskowe, ale te najbardziej prawdziwe.Więcej o kampanii BE LOVE i kolekcjach marki znajdziesz na Pandora.

Type above to search every episode's transcript for a word or phrase. Matches are scoped to this podcast.

Searching…

We're indexing this podcast's transcripts for the first time — this can take a minute or two. We'll show results as soon as they're ready.

No matches for "" in this podcast's transcripts.

Showing of matches

No topics indexed yet for this podcast.

Loading reviews...

ABOUT THIS SHOW

„Zwierciadło Podcasty” to rozmowy o psychologii, kulturze, wychowaniu, podróżach i dobrym życiu.Naszymi gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.

HOSTED BY

Zwierciadło

CATEGORIES

Frequently Asked Questions

How many episodes does Zwierciadło Podcasty have?

Zwierciadło Podcasty currently has 50 episodes available on PodParley. New episodes are automatically indexed when they're published to the podcast feed.

What is Zwierciadło Podcasty about?

„Zwierciadło Podcasty” to rozmowy o psychologii, kulturze, wychowaniu, podróżach i dobrym życiu.Naszymi gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.

How often does Zwierciadło Podcasty release new episodes?

Zwierciadło Podcasty has 50 episodes. Check the episode list to see recent publication dates and frequency.

Where can I listen to Zwierciadło Podcasty?

You can listen to Zwierciadło Podcasty on PodParley by clicking any episode. We provide an embedded audio player for direct listening, and you can also subscribe via your preferred podcast app using the RSS feed.

Who hosts Zwierciadło Podcasty?

Zwierciadło Podcasty is created and hosted by Zwierciadło.
URL copied to clipboard!