PODCAST · health
Zwierciadło Podcasty
by Zwierciadło
„Zwierciadło Podcasty” to rozmowy o psychologii, kulturze, wychowaniu, podróżach i dobrym życiu.Naszymi gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.
-
372
„Nie chciałem być ani aktorem ani dyrektorem”. Wojciech Malajkat o roli przypadku i gdzie zaczyna się władza | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 18
„Często słyszę, czemu pan dyrektor podnosi śmieci albo meble przestawia od tego są rekwizytorzy, odpowiadam: szkoda na to czasu” – mówi Wojciech Malajkat w rozmowie z Beatą Biały w podcaście „Mężczyzna jest człowiekiem”. Aktor nie proponuje gotowych recept na życie ani definicji męskości. Opowiada o kosztach emocjonalnych zawodu aktora i o tym, dlaczego prawdziwy autorytet nie zaczyna się od stanowiska.Debata o współczesnej męskości często przypomina pole bitwy. Jedni przekonują, że mężczyźni przeżywają kryzys, inni próbują zbudować ich nową definicję. Wojciech Malajkat proponuje znacznie prostszą perspektywę. Zamiast zastanawiać się, jaki powinien być mężczyzna, warto najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie, jakim chce się być człowiekiem.Aktor wraca do doświadczeń, które ukształtowały jego sposób patrzenia na świat. Wspominając ojca, podkreśla, że właśnie od niego nauczył się cierpliwości. Jak mówi, ojciec pochodził z Prus, założył rodzinę i dbał o nią, pokazując swoim życiem, że odpowiedzialność nie potrzebuje wielkich deklaracji. Właśnie takie codzienne postawy zostają z człowiekiem na lata i okazują się ważniejsze od najbardziej efektownych przemówień.Podobnie brzmi przesłanie, które dziś przekazuje młodym ludziom. Malajkat przyznaje, że spośród wszystkich rad najważniejsza jest jedna – „bądźcie ludźmi”. W kilku prostych słowach zawiera się cała filozofia relacji, pracy i odpowiedzialności za innych.Życie pisze najlepsze scenariuszeHistoria Wojciecha Malajkata pokazuje również, jak niewiele da się przewidzieć. Kariera, z którą dziś jest kojarzony przez miliony widzów, wcale nie była jego planem.Aktor z uśmiechem przyznaje, że aktorem został z przypadku, bo początkowo marzył o zupełnie innej drodze zawodowej. Chciał uczyć geografii i języka polskiego, przekazywać wiedzę, inspirować młodych ludzi i budować z nimi relację. Paradoksalnie właśnie to pragnienie pozostało z nim do dziś. Nawet stojąc na scenie czy prowadząc studentów szkoły teatralnej, wciąż pozostaje nauczycielem – tylko zamiast map i lektur wykorzystuje teatr oraz własne doświadczenie.Historia Malajkata przypomina, że największe życiowe zwroty często przychodzą wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy. Sukces nie zawsze rodzi się z precyzyjnego planu. Czasami wystarczy odwaga, by zaufać przypadkowi.Cena emocjiJednym z najbardziej poruszających momentów rozmowy jest pytanie Beaty Biały o emocjonalny koszt zawodu aktora. W czasach, gdy coraz częściej mówi się o wypaleniu zawodowym i zdrowiu psychicznym, temat wybrzmiewa szczególnie mocno.Malajkat odpowiada z charakterystycznym spokojem. Nie ucieka od odpowiedzialności za emocje, które przeżywa na scenie, ale też nie przedstawia ich jako ciężaru nie do udźwignięcia. Jak podkreśla, jest zdrowy psychicznie i nie ma problemu z tym, że ponosi te koszty, ponieważ widzi, że publiczność przeżywa je razem z nim. Właśnie na tym polega istota teatru – emocje nie należą wyłącznie do aktora. Stają się wspólnym doświadczeniem ludzi siedzących po obu stronach sceny.Władza nie zaczyna się od gabinetuRozmowa schodzi również na temat zarządzania i autorytetu. Wojciech Malajkat od lat pełni funkcje kierownicze, dlatego dobrze zna mechanizmy, które budują hierarchie.Nie zgadza się jednak z przekonaniem, że stanowisko automatycznie daje człowiekowi wyjątkowy status. Jak zauważa, to ludzie budują władzę i stereotyp władzy, dlatego często spotyka się z reakcjami w rodzaju: „Dlaczego pan dyrektor podnosi śmieci albo przestawia meble? Przecież od tego są rekwizytorzy.” Dla niego podobne myślenie nie ma sensu. Odpowiada krótko: „Szkoda na to czasu.”W kilku słowach kryje się ważna lekcja o przywództwie. Autorytet nie rodzi się z dystansu ani z przekonania o własnej wyjątkowości. Powstaje wtedy, gdy lider nie boi się wykonywać tych samych czynności co pozostali i nie buduje swojej pozycji na symbolicznych przywilejach.
-
371
„Remont to jest krew, pot i łzy. Nie bez powodu wykończeniówka nazywa się tzw. wykończeniówką”. Jak urządzić dom, który naprawdę daje ukojenie? | Wszystkimi zmysłami
„Zaczynamy często od końca, bo nie kolory i design, a nasz komfort są najważniejsze” – mówi Monika Sobień-Górska w najnowszym odcinku podcastu „Wszystkimi zmysłami”. W rozmowie z Mają Ganszyniec, projektantką produktu oraz Malwiną Luto, dyrektorką kreatywną marki Porta, pada wiele odpowiedzi na pytanie, które zadaje sobie dziś coraz więcej osób: jak stworzyć wnętrze piękne, ale przede wszystkim wspierające codzienne życie? Sponsorem odcinka jest producent drzwi Porta.Urządzanie mieszkania jeszcze nigdy nie było tak inspirujące i jednocześnie tak trudne. Media społecznościowe codziennie podsuwają nowe trendy, a zdjęcia perfekcyjnych wnętrz sprawiają, że łatwo zapomnieć, dla kogo właściwie projektujemy własny dom.Dom powinien wyglądać jak... myZdaniem Mai Ganszyniec pierwszy krok powinien być zaskakująco prosty. Zanim zaczniemy wybierać kolory ścian, meble czy dodatki, warto odpowiedzieć sobie na pytanie: czego naprawdę potrzebujemy. Jak podkreśla projektantka, kluczowe jest określenie, czy bardziej zależy nam na estetyce, czy na komforcie i ergonomii codziennego życia.Właśnie dlatego coraz większą rolę odgrywają projektanci wnętrz. Nie jako kreatorzy modnych przestrzeni, lecz przewodnicy pomagający odkryć własne potrzeby. Jak zauważa Malwina Luto, dobry projektant jest jednocześnie dobrym psychologiem – słucha, obserwuje i rozumie styl życia swoich klientów. Bez tej wiedzy nawet najpiękniejsze wnętrze może okazać się niewygodne.Pięć zmysłów w służbie dobrego życiaPrzestrzeń oddziałuje na nas nieustannie. Wpływa na nastrój, poziom stresu, koncentrację i jakość odpoczynku. Kolory, światło, faktury materiałów czy akustyka wnętrza działają na zmysły znacznie mocniej, niż zwykle przypuszczamy.Nieprzypadkowo biel pozostaje najpopularniejszym wyborem Polaków. Jak zauważa Maja Ganszyniec, wielu osobom daje poczucie bezpieczeństwa, ponieważ pasuje niemal do wszystkiego i pozwala łatwo zmieniać charakter wnętrza dodatkami.Wykończeniówka nie bez powodu ma taką nazwęKażdy, kto choć raz remontował mieszkanie, wie, że teoria i praktyka często się rozmijają. Maja Ganszyniec nie idealizuje tego procesu. Jak przyznaje, „wykończeniówka” nie bez powodu kojarzy się z ogromnym wysiłkiem i emocjami. Krew, pot i łzy bywają nieodłączną częścią budowania wymarzonego domu.Dlatego coraz większego znaczenia nabiera myślenie długoterminowe. Wybory podejmowane podczas remontu powinny uwzględniać nie tylko obecne potrzeby, ale również przyszłość. Dobrym przykładem są nowoczesne, wodoodporne ościeżnice, które znacznie lepiej znoszą codzienne użytkowanie i upływ czasu.Podobną perspektywę prezentuje Malwina Luto. Jej zdaniem największym błędem jest oszczędzanie na elementach bazowych wnętrza. Drzwi, które robią znacznie więcejJeszcze niedawno traktowaliśmy drzwi wyłącznie jako element techniczny. Dziś stają się integralną częścią aranżacji wnętrz i narzędziem poprawiającym jakość życia.Jak podkreśla Malwina Luto, współczesne drzwi mogą pełnić wiele funkcji. W niewielkich mieszkaniach warto wykorzystać ich powierzchnię do zamontowania lustra, które optycznie powiększy przestrzeń. Coraz większą popularnością cieszą się także rozwiązania poprawiające akustykę.Zmienił się bowiem sposób, w jaki korzystamy z mieszkań. Praca zdalna sprawiła, że dom stał się jednocześnie biurem, szkołą i miejscem odpoczynku. Dom przyjazny zwierzętomDobre projektowanie zawsze uwzględnia codzienne rytuały mieszkańców. Również tych czworonożnych. Malwina Luto zwraca uwagę, że właściciele zwierząt coraz częściej wybierają trwalsze okleiny odporne na zadrapania. Pojawiają się także praktyczne rozwiązania, takie jak specjalne przejścia w drzwiach umożliwiające kotom czy psom samodzielne korzystanie z pomieszczeń.Piękno pozostaje ważne. Komfort jednak sprawia, że do domu naprawdę chce się wracać.Sponsorem odcinka jest producent drzwi Porta.
-
370
„Żyłem siłą rozpędu, życiem hedonisty, który wchodził w różne dziwne związki”. Robert Rutkowski o tym, kiedy zaczyna się drugie życie | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 17
„Na depresję zapadają nie ci, którzy są słabi, ale ci, którzy zbyt długo byli silni” – mówi Robert Rutkowski w rozmowie z Beatą Biały. Pedagog i psychoterapeuta opowiada o męskości bez pozowania, o życiu, które zmieniły śmierć rodziców i narodziny syna, o kłamstwie, alkoholu, odpowiedzialności oraz odwadze zaczynania od nowa. Powstaje opowieść daleka od internetowych poradników dla „prawdziwych facetów”. Znacznie bliżej jej do szczerego rachunku sumienia i rozmowy o tym, dlaczego mężczyzna, zanim stanie się partnerem, ojcem czy liderem, musi najpierw stać się człowiekiem.Debata o męskości od lat przypomina przeciąganie liny. Z jednej strony pojawiają się wezwania do powrotu „twardych facetów”, z drugiej – oczekiwanie, by mężczyzna wreszcie nauczył się mówić o emocjach. Robert Rutkowski proponuje zupełnie inną perspektywę. Nie szuka definicji w mediach społecznościowych ani w popkulturze. Szuka jej w relacjach.Męskość nie rodzi się z siłyJak sam podkreśla, męskość nie istnieje bez kobiecości, ponieważ dopiero spotkanie z drugim człowiekiem pozwala naprawdę zrozumieć siebie. W jego rozumieniu nie oznacza dominacji ani przewagi. Męskość jest odpowiedzialnością i opiekuńczością, gotowością do niesienia ciężaru za siebie i tych, których kochamy.Rutkowski przyznaje również, że dojrzewanie mężczyzny przebiega inaczej niż dojrzewanie kobiety. Zauważa, że kobieta raczej od razu wie, czego chce, a mężczyzna musi to odkryć, często popełniając wiele błędów i płacąc za nie wysoką cenę.Życie hedonisty kończy się tamRozmowa z Beatą Biały ma również bardzo osobisty wymiar. Rutkowski nie buduje wizerunku człowieka, który od zawsze wiedział, jak żyć. Wręcz przeciwnie – otwarcie mówi o własnych doświadczeniach.Przyznaje, że „żyłem siłą rozpędu, życiem hedonisty i utracjusza, który wchodził w różne związki z kobietami i mężczyznami”, a droga do obecnego życia prowadziła przez chaos, błędne decyzje i bolesne konsekwencje.Jednocześnie zaznacza, że już przed trzydziestką odkrył jedną z najważniejszych życiowych prawd – wiedział, czego nie chce. Paradoksalnie właśnie odrzucenie dawnych schematów stało się początkiem świadomego budowania własnego życia.Rutkowski nie ukrywa również własnych słabości. „Nie jestem człowiekiem bez grzechu, mam dużo do przepracowania” – mówi, przypominając, że rozwój nie polega na osiągnięciu doskonałości, lecz na gotowości do ciągłego przyglądania się sobie.Drugie życie zaczyna się przy krawędziNajmocniejsze fragmenty rozmowy dotyczą śmierci. Pedagog i psychoterapeuta opowiada o momencie, w którym człowiek nagle uświadamia sobie własną skończoność. Jak mówi, u niektórych mężczyzn pojawia się olśnienie, że mamy tylko dwa życia i pytanie, kiedy zaczyna się to drugie. Drugie zaczyna się wtedy, gdy uświadamiamy sobie, że mamy tylko jedno. Najczęściej dzieje się to dopiero wtedy, gdy zbliżamy się do krawędzi, gdzie jest ciemność i otchłań. W jego przypadku takim doświadczeniem była śmierć rodziców.Dopiero po odejściu ojca i matki zrozumiał, jak złudne bywają słowa wypowiadane przez terapeutów czy bliskich. Wspomina, że wcześniej mówił pacjentom: „wiem, co czujesz”, choć dzisiaj wie, że bez własnego doświadczenia straty pozostaje to jedynie wyobrażeniem. Prawdziwa empatia nie rodzi się z wiedzy, lecz z przeżycia.Historia jego rodziców również mogłaby stać się scenariuszem filmu. Kilkakrotnie się rozwodzili, wracali do siebie i ponownie zawierali małżeństwo, ostatni raz zaledwie kilka miesięcy przed śmiercią ojca. Po jego odejściu matka powiedziała zdanie, które zostało z nim na zawsze: „Pamiętaj, śmierć może dawać owoce.”Dzisiaj właśnie przez ten pryzmat patrzy na czas. Powtarza, że wszystko możemy kupić poza czasem, a najmocniej uświadomiły mu to dwa wydarzenia – śmierć ojca i narodziny drugiego syna.Dom zaczyna się od stołuRutkowski od lat pracuje z ludźmi przeżywającymi kryzysy. Jedno z pierwszych pytań, jakie zadaje swoim klientom, wielu osobom wydaje się zaskakujące.
-
369
„Wmawia się nam: macie się pilnować, jesteście delikatne”. Czy bycie niegrzeczną jest formą buntu? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6” odc. 5
„Niegrzeczni kochają wolność” – mówi Katarzyna Miller w najnowszym odcinku podcastu „Przerwa na kawę”. W rozmowie z Joanną Olekszyk psycholożka rozprawia się z jednym z najbardziej trwałych stereotypów dotyczących kobiet. Grzeczność, która miała być zaletą, często okazuje się narzędziem kontroli. Niegrzeczność natomiast bywa pierwszym krokiem do wolności, autentyczności i życia na własnych zasadach.Grzeczne dziewczynki idą...Od najmłodszych lat dziewczynki słyszą, że powinny być miłe, spokojne i rozsądne. Mają nie sprawiać kłopotów, nie wychylać się i nie zajmować zbyt dużo miejsca. W efekcie wiele kobiet dorasta z przekonaniem, że ich wartość zależy od tego, czy spełniają oczekiwania innych.Joanna Olekszyk zwraca uwagę na paradoks, który wciąż funkcjonuje w społecznej świadomości: „Mówi się: chłopców trzeba pilnować, a dziewczynki muszą się pilnować”. Różnica wydaje się subtelna, ale niesie ze sobą ogromny ciężar. Chłopcom wybacza się więcej, dziewczynki od początku uczone są samokontroli.Katarzyna Miller nie ma wątpliwości, że taki model wychowania pozostawia ślad na całe życie. Jak zauważa, kobietom przez lata powtarzano: „Nam się wmawia: macie się pilnować, jesteście delikatne. To wszystko bardzo krzywdzące”. Za pozorną troską często kryje się bowiem ograniczanie sprawczości i tłumienie naturalnej potrzeby wyrażania siebie.Niegrzeczność jako akt odwagiW języku codziennym słowo „niegrzeczna” nadal brzmi jak zarzut. W rozmowie z Joanną Olekszyk Katarzyna Miller proponuje jednak zupełnie inne spojrzenie. Według niej niegrzeczność nie musi oznaczać braku kultury czy szacunku dla innych.Psycholożka podkreśla, że „niegrzeczność to forma buntu. Niegrzeczność jest kolorowa”. Kryje się w niej energia zmiany, gotowość do przekraczania narzuconych granic i odwaga, by nie podporządkowywać się każdemu oczekiwaniu otoczenia.Kolorowa niegrzeczność nie polega na ranieniu innych. Oznacza raczej zgodę na własne zdanie, własne potrzeby i własne wybory. Czasem przybiera postać odmowy. Innym razem jest decyzją o zmianie pracy, zakończeniu niesatysfakcjonującej relacji albo wyrażeniu opinii, która nie spodoba się wszystkim.W takim ujęciu niegrzeczność staje się nie przeciwieństwem dobrego wychowania, lecz warunkiem dojrzałej wolności.Kobiece ciało pod społeczną kontroląPresja dotycząca zachowania nie jest jedynym narzędziem dyscyplinowania kobiet. Równie silnie oceniany bywa wygląd. Joanna Olekszyk zauważa, że „kobiety się dyscyplinuje też naszym wyglądem, gdy jesteśmy niedbale ubrane albo nieumalowane”.Codzienność wielu kobiet wciąż wypełniają niewypowiedziane oczekiwania. Trzeba wyglądać odpowiednio, zachowywać się odpowiednio i nieustannie zarządzać własnym wizerunkiem. Każde odstępstwo od normy może stać się pretekstem do oceny.Dlatego tak wyzwalająco brzmi refleksja redaktorki naczelnej „Zwierciadła”, że „czasem czerwona szminka, a czasem blade oko i też jesteś sobą wtedy”. Autentyczność nie potrzebuje przecież jednego obowiązującego kostiumu. Kobiecość nie mieści się w sztywnych ramach, a prawo do decydowania o własnym wyglądzie jest częścią osobistej wolności.Niegrzeczni kochają wolnośćW rozmowie pojawia się jeszcze jedna ważna myśl. Katarzyna Miller mówi wprost: „Niegrzeczni kochają wolność”. W tym jednym zdaniu zawiera się filozofia życia, która zachęca do większej odwagi wobec własnych pragnień.Wolność nie oznacza egoizmu ani ignorowania innych ludzi. Oznacza natomiast rezygnację z ciągłego dopasowywania się do cudzych oczekiwań. Wymaga zgody na to, że nie wszyscy będą zadowoleni z naszych decyzji.W świecie pełnym poradników uczących, jak być idealną partnerką, matką, pracowniczką czy liderką, słowa Miller brzmią jak przypomnienie o czymś fundamentalnym: życie nie jest egzaminem z poprawności. Dobrze wychowana i niegrzecznaNajciekawsze pytanie tego odcinka nie dotyczy jednak buntu. „Czy można być niegrzeczną będąc dobrze wychowaną?” – pyta Katarzyna Miller.
-
368
„Jeśli dziecko padło ofiarą hejtu, zbieramy dowody i od razu reagujemy”. Marta Majorczyk o tym, że przemoc w szkole zaczyna się od dokuczania | „Dylematy mamy i taty”, odc. 6
„Dzieci częściej dokuczają tym rówieśnikom, którzy mają predyspozycje do bycia ofiarą przemocy. Warto zwracać uwagę, jaką dziecko ma mowę ciała, żeby było pewne siebie i głośno mówiło, co czuje” - mówi pedagożka i doradczyni rodzinna, Marta Majorczyk w podcaście „Dylematy mamy i taty”, który prowadzi Alina Gutek, zastępczyni redaktorki naczelnej „Zwierciadła”. Rozmowa pokazuje, że szkolne trudności rzadko zaczynają się od słabszych ocen. Znacznie częściej pierwszym sygnałem alarmowym staje się zachowanie, emocje albo ciało dziecka. Sponsorem odcinka jest Boiron.Rodzice często są przekonani, że jeśli dziecko nie narzeka, wszystko jest w porządku. Tymczasem ono bardzo długo próbuje radzić sobie same. Nie chce martwić dorosłych, boi się ich oceny albo zwyczajnie nie potrafi nazwać swoich emocji. Zamiast opowiedzieć o lęku czy samotności, zaczyna skarżyć się na ból brzucha, głowy, napięcie mięśni czy nawracające infekcje.Przede wszystkim trening społecznyParadoks współczesnego rodzicielstwa polega na tym, że chcąc chronić dzieci przed stresem, często odbieramy im możliwość zdobywania doświadczeń.Coraz lepiej widać to choćby w funkcjonowaniu dzienników elektronicznych. Rodzice wiedzą o szkolnych uwagach szybciej niż same dzieci zdążą wrócić do domu. Jak zauważa Alina Gutek, taki system nie sprzyja samodzielnemu rozwiązywaniu konfliktów.Marta Majorczyk opisuje sytuacje, które dziś stają się codziennością. Dziecko dostaje uwagę, rodzic odczytuje ją jeszcze w pracy i natychmiast wysyła wiadomość. Uczeń łamie zakaz korzystania z telefonu podczas lekcji, żeby wszystko wyjaśnić. „Nie róbmy tak. Dajmy dziecku wyjaśnić sytuację, gdy wróci do domu i poznajmy jego punkt widzenia” – apeluje psycholożka.Nieprzypadkowo dodaje również, że dziecko potrzebuje przede wszystkim treningu społecznego, a nie rodzica, który nieustannie interweniuje w jego imieniu.Jak buduje się odporność psychiczna?Rodzice często pytają, jak przygotować dziecko na hejt, wykluczenie czy przemoc rówieśniczą. Zdaniem Marty Majorczyk odporność psychiczna nie rodzi się podczas jednej poważnej rozmowy.„Dzieci powinny od małego umieć komunikować się odważnie zarówno w stosunku do rówieśników, jak i dorosłych” – podkreśla ekspertka. Pewność siebie buduje się poprzez codzienne doświadczenia. Samodzielne zakupy, poproszenie o pomoc sprzedawcy czy zapłacenie przy kasie bywają znacznie cenniejszym treningiem odwagi, niż mogłoby się wydawać.Psycholożka przypomina również, że przemoc bardzo często zaczyna się niewinnie. „Zaczyna się od dokuczania. Dzieci częściej dokuczają tym, które mają predyspozycje do bycia ofiarą przemocy” – mówi. Dlatego warto zwracać uwagę na mowę ciała dziecka, uczyć je głośnego komunikowania swoich granic oraz pomagać budować choć jedną bliską relację z rówieśnikiem, która daje poczucie bezpieczeństwa.Gdy pojawia się hejtPrzemocy nie wolno bagatelizować ani liczyć na to, że problem sam minie. Marta Majorczyk podkreśla, że jeśli dziecko padło ofiarą hejtu, należy zbierać dowody i reagować natychmiast. Przepisy dotyczące ochrony małoletnich dają dziś konkretne narzędzia działania. Jednocześnie szkoła powinna zadbać nie tylko o osobę pokrzywdzoną, ale również o sprawcę, próbując przerwać mechanizm przemocy.Najważniejszy wniosek z rozmowy pozostaje jednak prosty. Dziecko nie potrzebuje rodziców idealnych. Potrzebuje dorosłych, którzy potrafią słuchać, zauważają subtelne sygnały i nie uzależniają miłości od ocen w dzienniku. W świecie pełnym presji właśnie taka uważność okazuje się najlepszym wsparciem.Sponsorem odcinka jest Boiron.
-
367
„Nie mogę się do siebie dodzwonić". Gosia Ohme o problemach kobiet w tzw. drugim akcie życia | „Ukryte piękno”. odc. 27
„Nie mogę się do siebie dodzwonić” – to jeden z najczęstszych problemów kobiet na kręgach kobiecych: że ja już nie wiem, kim jestem, co czuję – mówi psycholożka Małgorzata Ohme w podcaście Ukryte piękno magazynu Zwierciadło. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską opowiada o kobietach, które przez lata uczyły się spełniać oczekiwania innych, zapominając o własnych potrzebach. Dlaczego tak trudno uznać siebie za wystarczającą? Skąd bierze się lęk przed odrzuceniem? I dlaczego właśnie po czterdziestce wiele kobiet odzyskuje własny głos, także poprzez sposób ubierania się? Sponsorem odcinka jest marka bonprix, świętująca w tym roku swoje 40-lecie.Polska kultura przez dekady nagradzała kobiety za rezygnowanie z siebie. Opieka nad innymi, poświęcenie i gotowość do ratowania wszystkich stały się niemal społecznym obowiązkiem.Jak mówi Ohme, „jesteśmy naddające, poświęcające i ratujące. Tak nas społecznie i kulturowo, szczególnie w Polsce, wytresowano”. Jednocześnie słyszymy sprzeczne komunikaty: rozwijaj się, bądź niezależna, stawiaj granice, ale nie przesadzaj. Psycholożka trafnie podsumowuje ten paradoks słowami: „mamy szczególne męczeństwo i dajemy sprzeczny komunikat: bądź asertywna, ale nie za bardzo”.Największy lęk nie dotyczy porażkiZmiana nie jest trudna dlatego, że wymaga wysiłku. Znacznie trudniejsza okazuje się obawa przed reakcją otoczenia.Zdaniem Małgorzaty Ohme „najsilniejszy lęk w nas, który nas powstrzymuje, to lęk przed porzuceniem”. Dlatego kobiety tak często rezygnują z marzeń, nowych pasji czy odważniejszych decyzji.Psycholożka przywołuje historię swojej siostry, która po czterdziestce zaczęła tańczyć. Zamiast wsparcia spotkała się z odejściem wielu znajomych. Takie doświadczenia pokazują, że rozwój potrafi zachwiać dotychczasowym układem relacji. Drugi akt życia zaczyna się po czterdziestceRozmowa nieprzypadkowo dotyka kobiet dojrzałych. Właśnie wtedy wiele z nich przestaje żyć wyłącznie według cudzych scenariuszy.Jak zauważa Małgorzata Ohme, „pierwszy akt: bycie dla innych, drugi akt: to bycie dla siebie”. Nie oznacza egoizmu, lecz odzyskiwanie kontaktu z własnymi potrzebami. Psycholożka dodaje, że „budowanie tożsamości to eksperymentowanie z różnymi tożsamościami. Pierwszy taki moment przypada na dojrzewanie, a potem po 40.”Styl jako język, którym opowiadamy o sobieJednym z najbardziej zaskakujących wątków rozmowy okazuje się moda. Magdalena Kuszewska pyta, czy sposób ubierania może wspierać proces zmiany.Odpowiedź psycholożki jest jednoznaczna. „Ma ogromne znaczenie. To, jak się ubieram, ma ogromne znaczenie dla tego, jak wyrażam siebie i kogo do siebie zapraszam.” Ubranie przestaje być wyłącznie estetyką. Staje się komunikatem wysyłanym zarówno światu, jak i samej sobie.Nieprzypadkowo partnerem odcinka jest marka bonprix, która obchodzi w tym roku 40-lecie działalności. W czasach, gdy coraz więcej marek pokazuje kobiety w różnym wieku, z różnymi sylwetkami i historiami, moda coraz częściej przestaje być narzędziem oceniania, a zaczyna wspierać autentyczność.Godność, emocje i uznanie siebieW świecie pełnym porad dotyczących pewności siebie Małgorzata Ohme proponuje inne słowo – godność.Przypomina, że „godność pochodzi z duchowości i oznacza, że każdy przychodzi na świat jako wystarczający i kompletny”. Razem z nią otrzymujemy emocje, które pełnią funkcję strażników. Dlatego, jak podkreśla psycholożka, „smutek jest strażnikiem serca”, podobnie jak złość. Nie są przeszkodą, lecz sygnałem, że jakaś ważna potrzeba pozostaje niezauważona.Finał rozmowy przynosi prostą, ale niezwykle poruszającą odpowiedź na pytanie Magdaleny Kuszewskiej o uznanie siebie. Małgorzata Ohme mówi: „Ja uznaję siebie, dodzwoniłam się do siebie.”Być może właśnie o tym jest dojrzałość. Nie o perfekcji, nie o ciągłym poprawianiu siebie i nie o zdobywaniu kolejnych osiągnięć. Chodzi o moment, w którym kobieta zaczyna sprawdzać, czy naprawdę słyszy własny głos.Sponsorem odcinka jest marka bonprix.
-
366
„Szef jak robi coś źle, to przeprasza. Korony nie traci”. Czemu Anna Rulkiewicz nie lubi niedzieli i jak ropoznaje, że menadżer jest liderem? | „Ukryte piękno”. odc. 27
„Większość spraw jest zdeterminowana przez nasze zachowanie. Trzeba być odważnym i realizować swoje marzenia” – mówi Anna Rulkiewicz, menedżerka z ponad 30-letnim doświadczeniem, autorka książka „Moc wartości. Przywództwo w świecie zmian” (Wydawnictwo Zwierciadło) i gościni podcastu „Ukryte piękno" prowadzonego przez Annę Augustyn-Protas. Rozmowa nie jest jednak kolejnym poradnikiem o sukcesie. Raczej próbą odpowiedzi na pytanie, czym dziś jest odpowiedzialne przywództwo, jak nie zgubić siebie w świecie nieustannych zmian i od czego zaczyna prawdziwy lider, gdy zaczyna pracować z ludźmi.Anna Augustyn-Protas pyta swoją rozmówczynię, Annę Rulkiewicz, która jest prezeską Grupy Lux Med, wiceprezydentką Konfederacji Lewiatan, prezeską Związku Pracodawcy dla Zdrowia, członkinią Rady Uczelni SGH, czy rzeczywiście coraz mniej osób chce obejmować wysokie stanowiska i brać na siebie odpowiedzialność. W końcu sama Anna Rulkiewicz zauważa, że lider bierze na siebie również lęki innych.Od „ja” do „my”Najciekawsze w tej rozmowie okazuje się odczarowanie samego pojęcia lidera. Anna Rulkiewicz nie traktuje przywództwa jako nagrody za zawodowy sukces. Opowiada o nim jak o procesie dojrzewania.Jak mówi, moment przełomowy następuje wtedy, gdy człowiek przestaje myśleć wyłącznie o własnej karierze, a zaczyna koncentrować się na zespole. Właśnie wtedy dokonuje się najważniejsza zmiana – przejście od „ja” do „zespołu”. Lider nie buduje swojej pozycji kosztem innych. Tworzy warunki, w których inni mogą rosnąć.Bliskość i dystans również nie wykluczają się w tym modelu zarządzania. Dobry szef słucha ludzi, zna ich potrzeby, pozostaje uważny na emocje, ale jednocześnie potrafi zrobić krok w tył. Dzięki temu daje przestrzeń do samodzielności i rozwoju, zamiast uzależniać współpracowników od własnych decyzji.Siła przepraszania i odwaga słuchaniaW kulturze organizacyjnej przez lata przeprosiny uchodziły za oznakę słabości. Anna Rulkiewicz przekonuje, że jest dokładnie odwrotnie.Podczas rozmowy bez wahania przyznaje, że szef powinien przepraszać, jeśli popełni błąd. Nie odbiera sobie w ten sposób autorytetu. Wręcz przeciwnie – zyskuje go, pokazując, że odpowiedzialność dotyczy również lidera.Podobnie traktuje informację zwrotną. Raz w miesiącu organizuje spotkania z pracownikami i zadaje jedno, pozornie proste pytanie: „Powiedz mi coś, czego nie wiem”. Zachęca zespół do szczerego feedbacku, ponieważ – jak podkreśla – bez otwartości organizacja nie będzie się rozwijać. Informacja zwrotna nie jest dla niej zagrożeniem, ale darem, który pozwala dostrzec własne ograniczenia i stale się uczyć.Takie podejście trudno oddzielić od jeszcze jednej wartości, do której wielokrotnie wraca w rozmowie – autentyczności. Według Anny Rulkiewicz autentyczność i spójność są nierozłączne. Człowiek, który mówi jedno, a robi drugie, wcześniej czy później traci wiarygodność.Nieprzypadkowo rozmówczyni Anny Augustyn-Protas podkreśla także znaczenie samotności. Umiejętność bycia samą ze sobą traktuje jako jeden z warunków wewnętrznego spokoju. Potrafi odpoczywać bez poczucia winy, a chwile spędzone w ciszy nie są dla niej nudą, lecz sposobem na odzyskanie równowagi. Jednym z ważnych tematów podcastu jest również książka „Moc wartości. Przywództwo w świecie zmian”, wydana przez Wydawnictwo Zwierciadło. Anna Rulkiewicz nie przedstawia jej jako kolejnego biznesowego poradnika pełnego gotowych recept. Jak sama mówi, powstała z potrzeby oddania innym tego, co sama otrzymała od mentorów, współpracowników i życiowych doświadczeń.W książce znalazły się nie tylko refleksje dotyczące przywództwa, ale również praktyczne ćwiczenia pomagające lepiej poznać siebie. Anna Augustyn-Protas zwraca uwagę choćby na zadanie polegające na wypisaniu własnych wartości – proste, a jednocześnie uruchamiające głęboką refleksję nad tym, czy rzeczywiście żyjemy zgodnie z tym, co deklarujemy.Publikacja pokazuje, że skuteczne zarządzanie zaczyna się od zarządzania sobą.
-
365
„Kobiety dojrzałe są pewne siebie, dlatego przyciągają młodszych mężczyzn”. Aleksandra Kurzak o hormonach po 40-tce i miłości „po przejściach” | „Ukryte piękno”. odc. 26
„Po czterdziestce mamy wewnętrzne światło, bo odpuszczamy” – mówi Aleksandra Kurzak w rozmowie z Beatą Biały w podcaście „Ukryte piękno”. Jedna z najwybitniejszych śpiewaczek operowych świata opowiada o cenie sukcesu, kobiecej sile, macierzyństwie, które nie przyszło od razu z serca, oraz o tym, dlaczego w świecie opery wciąż kobietom jest trudniej niż mężczyznom.Kariera Aleksandry Kurzak mogłaby stać się gotowym scenariuszem filmu o spełnionych marzeniach. Szybko zdobyła wszystko, o czym młoda śpiewaczka operowa może marzyć.– Przed trzydziestką zaliczyłam tzw. operową koronę (Teatro alla Scala w Mediolanie, Wiener Staatsoper w Wiedniu, Royal Opera House w Londynie i Metropolitan Opera w Nowym Jorku - od red.) – mówi.Wbrew stereotypom wielka scena nie napompowała jednak ego artystki. Zapytana przez Beatę Biały o wpływ sceny na człowieka odpowiada bez wahania: – Mnie nauczyła pokory.Temat tabu. Gdy hormony wpływają na głosW rozmowie pojawia się również temat, o którym rzadko mówi się publicznie, a jeszcze rzadziej w środowisku operowym.– Perimenopauza rozwala nam świat totalnie, a w naszym zawodzie o tym się nie mówi, choć hormony bardzo wpływają na głos kobiety – podkreśla Kurzak. Wypowiedź artystki wybrzmiewa szczególnie mocno, ponieważ dotyka doświadczenia milionów kobiet. W czasach, gdy coraz częściej mówi się o zdrowiu psychicznym i dobrostanie, menopauza oraz perimenopauza nadal pozostają obszarami pełnymi przemilczeń.Najpiękniejsze jesteśmy po czterdziestceW kulturze obsesyjnie skupionej na młodości słowa Aleksandry Kurzak w podcaście „Ukryte piękno” brzmią jak manifest dojrzałości.– Kobieta jest najpiękniejsza po czterdziestce - mówi. Dlaczego? – Mamy wewnętrzne światło. Odpuszczamy - mówi Ola i zauważa, że coraz częściej młodsi mężczyźni wybierają związki z dojrzałymi kobietami. Sama zapytała kiedyś młodszego kolegę, skąd bierze się to zjawisko. Odpowiedź była prosta: dojrzałe kobiety imponują pewnością siebie. Nie muszą już nikomu niczego udowadniać, podczas gdy młodsze często zmagają się jeszcze z kompleksami i niepewnością.Temat tabu. Miłość po przejściachHistoria miłości Aleksandry Kurzak i jej męża mogłaby posłużyć za materiał na romantyczny film. – Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością – tak się spotkaliśmy – opowiada. Za nimi były rozwody, rozczarowania i nieudane relacje. Artystka otwarcie przyznaje, że zdarzyło jej się również być „tą drugą”. Najbardziej niezwykły pozostaje jednak fakt, że jej przyszły mąż oświadczył się po zaledwie dziesięciu dniach znajomości. Życie lubi pisać scenariusze, których nie przewidują nawet najbardziej doświadczeni reżyserzy.Temat tabu. Macierzyństwo bez lukruJednym z najbardziej poruszających momentach rozmowy jest szczere wyznanie dotyczące macierzyństwa– Nie miałam instynktu macierzyńskiego.Decyzja o dziecku była początkowo racjonalna. Aleksandra, jedynaczka, nie chciała zostać sama w przyszłości. Dopiero później okazało się, jak bardzo zmieni jej życie.– Z perspektywy czasu była to najlepsza decyzja mojego życia.Narodziny dziecka nie przyniosły jednak natychmiastowej fali szczęścia.– Miałam baby bluesa. Miłość przyszła później.Takie słowa wciąż rzadko padają publicznie. Kurzak mówi o nich bez wstydu, przypominając, że hormony wpływają na emocje równie mocno jak na ciało.– Rozumiem dziewczyny, które tak mają. Nie wstydźmy się tego.Czytelników, którzy chcieliby poznać Aleksandrę Kurzak jeszcze bliżej, zainteresuje książka „Kobiece gadanie 2” autorstwa Beaty Biały. Znajduje się w niej również pogłębiona rozmowa z wybitną śpiewaczką operową – o sukcesie, dojrzałości, miłości, macierzyństwie i życiu poza sceną. Książka stanowi znakomite dopełnienie podcastu „Ukryte piękno”, pokazując bohaterki nie tylko przez pryzmat ich osiągnięć, ale przede wszystkim osobistych doświadczeń i wyborów.
-
364
„Jak córka jest uległa, to zatrzymuje się w emocjonalnym rozwoju”. Na ile realizujemy swoje życie, a na ile rodziców? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 3
„Rodzice to nasza pierwsza najważniejsza miłość” – mówi Katarzyna Miller w podcaście „Przerwa na kawę o miłości”. W rozmowie z Joanną Olekszyk psychoterapeutka opowiada o relacjach, które kształtują nas na całe życie. O wdzięczności, buncie, rozczarowaniu i o tym, dlaczego prawdziwa bliskość z rodzicami często zaczyna się dopiero wtedy, gdy przestajemy ich idealizować. Sponsor odcinka jest marka Pandora.Miłość, która dojrzewa razem z namiRelacja z rodzicami nie jest zamkniętą historią. Zmienia się przez całe życie. W dzieciństwie potrzebujemy opieki, w okresie dorastania walczymy o niezależność, a później często próbujemy odnaleźć równowagę między bliskością a autonomią.Dojrzała miłość do rodziców nie oznacza ślepego zachwytu ani wymazania wszystkich krzywd. Oznacza zgodę na prawdę. Na dostrzeżenie zarówno tego, co otrzymaliśmy, jak i tego, czego zabrakło.Pierwsza miłośćMiłość romantyczna rozpala wyobraźnię, inspiruje literaturę, kino i piosenki. Znacznie rzadziej zastanawiamy się nad uczuciem, które pojawia się wcześniej i zostawia równie głęboki ślad. Relacja z rodzicami jest pierwszym doświadczeniem miłości, jakie poznajemy. W najnowszym odcinku podcastu „Przerwa na kawę o miłości” Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawia z Katarzyną Miller o tym, czy miłość do rodziców rzeczywiście przychodzi nam naturalnie i dlaczego tak wielu dorosłych ludzi przez lata próbuje uporządkować tę relację.– „Rodzice to nasza pierwsza najważniejsza miłość” – przypomina psychoterapeutka. W tych kilku słowach kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego rodzinne więzi bywają tak silne, nawet jeśli towarzyszą im żal, gniew czy poczucie niespełnienia.Dlaczego bunt wobec rodziców jest potrzebny?W kulturze, która często wymaga od dzieci bezwarunkowego posłuszeństwa, bunt nadal bywa postrzegany jako coś niewłaściwego. Katarzyna Miller proponuje inne spojrzenie.– „Trzeba trochę popyskować rodzicom” – mówi bez ogródek.Szczególnie dotyczy to dziewczynek wychowywanych do nadmiernej grzeczności.– „Mamusie chcą, żeby córka była uległa, a wtedy ona się zatrzymuje w emocjonalnym rozwoju” – zauważa psycholożka.Jak zauważa Joanna Olekszyk, często od rodziców słyszymy, że „nie opłaca się być dobrym, szlachetnym, bo dostaje się po tyłku”. Dzieci nie są święte. Rodzice też potrzebują zrozumieniaPrzez ostatnie lata wiele mówiło się o błędach wychowawczych i traumach wyniesionych z domu. Psychoterapia pomogła nazwać wiele zranień, ale czasami wahadło wychyla się w drugą stronę.– „Rozumiem bunt dzieci, ale zaczęłam rozumieć, jak rodzicom z tym jest. Dzieci potrafią dać do wiwatu. Rodzice głównie potrzebują usłyszeć: dziękuję” – przyznaje Katarzyna Miller.Psychoterapeutka przypomina również, że dzieci z natury koncentrują się przede wszystkim na sobie.– „Dzieci są piekielnie egocentryczne, co jest naturalne, bo są nastawione na swój rozwój” – wyjaśnia.Dopiero dorosłość daje szansę spojrzenia na rodzinne historie z szerszej perspektywy. Pojawia się wtedy pytanie, które w rozmowie stawia Joanna Olekszyk: czy my w ogóle rozumiemy swoich rodziców?– „Jeśli popracujemy nad przyjęciem siebie, to dużo łatwiej nam przyjąć rodziców takich, jakimi byli. Zaczynamy rozumieć, że tyle dali, co mieli” – mówi Miller.W tym miejscu pojawia się również temat wdzięczności. Coraz częściej można usłyszeć zdanie: „Ja się nie prosiłam na ten świat”. Psychoterapeutka nie pozostawia wątpliwości:– „Jesteśmy rodzicom winni wdzięczność za życie”.Miłość wyrażana każdego dniaSponsorem odcinka jest marka Pandora, która od lat przypomina, że miłość ma wiele odcieni i nie ogranicza się wyłącznie do relacji romantycznych. Kampania BE LOVE zachęca do dostrzegania codziennych gestów troski, wdzięczności i bliskości – również tych kierowanych do rodziców. Czasem jedno szczere „dziękuję” znaczy więcej niż najbardziej wzniosłe deklaracje. A właśnie od takich małych gestów często zaczyna się dojrzalsza, bardziej świadoma miłość.Sponsorem odcinka jest marka Pandora.
-
363
„Lepiej nie wiedzieć”, „Jeszcze coś mi znajdą”. Joanna Chmura rozprawia się z lękami przed badaniami i profilaktyką | „Jak zdrowie”, odc. 17
„Na pewno zemdleję przy pobraniu” – takie myśli mamy w głowie częściej niż mogłoby się wydawać. Tymczasem wiedza o stanie zdrowia nie odbiera spokoju, lecz daje sprawczość. O lęku przed badaniami, unikaniu diagnozy i budowaniu zdrowotnych nawyków Anna Augustyn-Protas rozmawia w podcaście „Jak zdrowie” z psycholożką Joanną Chmurą. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.Badania profilaktyczne należą do tych tematów, które większość z nas uważa za ważne. Problem zaczyna się wtedy, gdy trzeba przejść od deklaracji do działania. Kolejny miesiąc mija bez morfologii, kolejny rok bez kontroli znamion czy wizyty u specjalisty. Powodów zawsze znajdzie się wiele: brak czasu, nadmiar obowiązków, zmęczenie. Pod powierzchnią bardzo często kryje się jednak coś znacznie silniejszego – lęk.Jak wynika z danych przywołanych w rozmowie, aż 60 proc. Polaków nie wykonuje regularnych badań profilaktycznych. Skąd bierze się ten paradoks? Dlaczego troszczymy się o samochód, przeglądy techniczne i aktualizacje telefonów, a własne zdrowie często odkładamy na później?Lęk przed autorytetamiLęk przed pobraniem krwi, niepokój związany z wizytą u lekarza czy odkładanie badań na bliżej nieokreślone „kiedyś” rzadko wynikają z lenistwa. Częściej są efektem doświadczeń, przekonań i wzorców, które nosimy od lat.– „Jest wiele powodów. Po pierwsze, jesteśmy młodą demokracją i często nie mamy w rodzinach nawyku profilaktyki, a po drugie na pewno jest w nas lęk przed autorytetami, trudno nam zbudować partnerską relację z osobami w służbie zdrowia” – zauważa Joanna Chmura.Przez dekady zdrowie było dla wielu osób tematem pojawiającym się dopiero wtedy, gdy organizm wysyłał wyraźny sygnał alarmowy. Profilaktyka nie stanowiła codziennego nawyku, lecz reakcję na problem. Nic dziwnego, że wielu z nas nadal traktuje wizytę w placówce medycznej jako coś nieprzyjemnego, a nie naturalny element dbania o siebie.Psycholożka zwraca uwagę także na relacje z autorytetami. Wiele osób nadal obawia się zadawania pytań lekarzowi, proszenia o dodatkowe wyjaśnienia czy konsultowania diagnozy. Tymczasem partnerska relacja zwiększa poczucie bezpieczeństwa i ułatwia podejmowanie zdrowotnych decyzji.„Lepiej nie wiedzieć” – największa iluzja współczesnościKażdy zna kogoś, kto od miesięcy odkłada badania. Kogoś, kto mówi: „Jeszcze coś mi znajdą”, „Na pewno wszystko jest dobrze” albo „Zrobię to po wakacjach”.Mechanizm psychologiczny stojący za takim zachowaniem jest dobrze znany. Unikanie przynosi natychmiastową ulgę. Nie idziemy na badanie, więc przez chwilę nie musimy mierzyć się z niepewnością. Problem polega na tym, że rzeczywistość pozostaje taka sama, niezależnie od tego, czy chcemy ją zobaczyć.Lęk przed diagnozą bywa również lękiem przed zmianą. Wynik może przecież oznaczać konieczność leczenia, zmiany stylu życia lub skonfrontowania się z własną kruchością. Człowiek woli więc trwać w stanie pozornego bezpieczeństwa.Paradoks przybiera czasem jeszcze bardziej zaskakującą formę.Jak zauważa Anna Augustyn-Protas, istnieje spora grupa osób, które wykonują badania, ale później nie odbierają wyników. Liczy się człowiekOgromne znaczenie ma sposób, w jaki zostajemy przyjęci w placówce medycznej. Atmosfera, komunikacja i poczucie bezpieczeństwa wpływają na nasze doświadczenie bardziej, niż mogłoby się wydawać.– „To niezwykle ważne, kogo w placówce medycznej mamy po drugiej stronie i kto nas przed podróż diagnostyczną przeprowadza” – podkreśla Joanna Chmura.Empatia nie jest dodatkiem do medycyny. Dla wielu pacjentów stanowi warunek, by wrócić na kolejne badania.– „Zawód medyczny jest podbny do nauczyciele – może tyle zdziałać dobrego w punktach styku” – mówi psycholożka.Jedno spokojne wyjaśnienie procedury, kilka słów wsparcia czy cierpliwa odpowiedź na pytania mogą zmienić całe doświadczenie związane z diagnostyką. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.
-
362
Ewa Puszczyńska: „Nigdy nie jest za późno”. Producentka nominowanej do Złotej Palmy „Ojczyzny” o sztuce, intuicji i odwadze | „Kobiety rządzą”
„Nigdy nie jest za późno. Jak powiedziałam kiedyś ku oburzeniu mojego syna: przyszłam do filmu z ulicy” – mówi Ewa Puszczyńska, jedna z najbardziej cenionych producentek filmowych w Europie. W podcaście „Kobiety rządzą” Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawia z laureatką Oscara o kulisach pracy przy najważniejszych filmach ostatnich lat, sile intuicji, sztuce współpracy i najnowszym obrazie Pawła Pawlikowskiego „Ojczyzna”, nominowanym do Złotej Palmy w Cannes.Kiedy myślimy o filmie, zwykle widzimy reżysera, aktorów, operatora kamery. Znacznie rzadziej zastanawiamy się nad rolą producenta. Tymczasem bez niego wiele wielkich dzieł nigdy nie trafiłoby na ekran. Ewa Puszczyńska opisuje swoją pracę w sposób daleki od korporacyjnych definicji i biznesowego żargonu. – „Jestem akuszerką, która doprowadza projekt artystyczny do końca, po tym, jak wykiełkuje w artyście” – mówi.„Ojczyzna” – człowiek na tle wielkiej historiiJednym z głównych tematów rozmowy jest najnowszy film Pawła Pawlikowskiego „Ojczyzna”, który został nominowany do Złotej Palmy podczas tegorocznego festiwalu w Cannes. Warto dodać, że rozmowa została nagrana jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu jury.Zdaniem Ewy Puszczyńskiej nowy obraz Pawlikowskiego można odczytywać jako domknięcie pewnej artystycznej opowieści.– „Ojczyzna może być traktowana jako trylogia z „Idą” oraz „Zimną wojną” – zauważa producentka.Film, który od 19 czerwca trafia do polskich kin, wymyka się prostym interpretacjom. Nie jest jedynie opowieścią historyczną ani klasycznym dramatem psychologicznym.– „Ten film ma wiele warstw: mówi o potrzebie bliskości, o potrzebach intelektualnych. Ten film to człowiek, a w tle wielka historia i to, jak wpływa na losy wielu ludzi” – podkreśla. – „Jest kompaktowy i zawiera jednocześnie wiele znaczeń” – dodaje. Joanna Olekszyk zwraca uwagę na jeszcze jeden element: subtelne poczucie humoru obecne w historii.Cannes nie definiuje wielkościFestiwale, nagrody i czerwone dywany budzą ogromne emocje. Producentka patrzy jednak na sukces z dystansem, którego nauczyły ją lata pracy z najwybitniejszymi twórcami współczesnego kina.– „Film jest wybitny i nie będzie mniej wybitny, jeśli nie dostanie nagrody, ani bardziej wybitny, jeśli tę nagrodę dostanie” – podkreśla. Według producentki prawdziwa siła kina kryje się gdzie indziej. – „Ten film to wyjście naprzeciw jaskrawego, chaotycznego świata” – mówi.Czerń i biel pełna kolorówTwórczość Pawła Pawlikowskiego od lat zachwyca charakterystyczną estetyką. Czarno-białe kadry „Idy” czy „Zimnej wojny” stały się już częścią historii współczesnego kina.Ewa Puszczyńska przekonuje jednak, że takie określenie jest pewnym uproszczeniem.– „Czerń i biel to są bardzo piękne kolory i to nie jest tylko czerń i biel, a cała gama barw pomiędzy” – tłumaczy.Dreszcze ważniejsze niż kalkulacjaJak rozpoznać, że właśnie powstaje film wyjątkowy?Pytanie, które Joanna Olekszyk zadaje swojej rozmówczyni, wydaje się kluczowe dla każdego, kto marzy o pracy przy sztuce.Odpowiedź okazuje się zaskakująco intuicyjna. – „Bardzo często czuję dreszcze na planie. Czasem myślę, że za często, że za mało w tym rozumu, a za bardzo jest to emocjonalne” – przyznaje producentka.Nieprzypadkowo współpracowała z twórcami należącymi dziś do światowej czołówki.– „Mam szczęście do wspaniałych twórców. Twórczość Jonathana Glazera znałam przed „Strefą interesów”, jeszcze z reklam, które kręcił. Z Sandrą Hüller trochę się przyjaźnimy – to wspaniały człowiek” – opowiada.Oscar po sześćdziesiątceHistoria Ewy Puszczyńskiej jest również opowieścią o odwadze do zmiany życia. Produkcją filmową zajęła się po czterdziestce. Oscara zdobyła po sześćdziesiątce. W kulturze obsesyjnie skupionej na młodości brzmi to jak manifest. Nie trzeba wszystkiego osiągnąć przed trzydziestymi urodzinami. Nie istnieje jeden właściwy moment na rozpoczęcie nowego rozdziału. – „Nigdy nie jest za późno” – mówi producentka.
-
361
„Nie mam grubej skóry, to jest mój problem”. Jolanta Kwaśniewska o byciu chuliganką, która kocha Bruno Marsa i cieszy się drobiazgów | „Kobiety rządzą”, odc. 5
„Więcej pary w koła, a mniej w gwizdek” – mówi Jolanta Kwaśniewska i trudno o lepsze zdanie otwierające rozmowę o kobiecej sile, klasie i sprawczości. W podcaście „Kobiety rządzą” Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna Zwierciadła, spotyka się z kobietą, która przez lata była dla Polek symbolem nowoczesnej Pierwszej Damy, ale także kimś znacznie więcej: społeczniczką, liderką, kobietą czynu. To rozmowa o charakterze, który buduje się od dzieciństwa, o ciekawości świata, odporności psychicznej, zdrowym starzeniu się i o tym, dlaczego zazdrość odbiera energię do życia.Wizerunek Jolanty Kwaśniewskiej przez lata obrósł elegancją, dyplomacją i perfekcyjnym wyczuciem sytuacji. Tymczasem ona sama z rozbrajającą szczerością wraca do dzieciństwa i opowiada historię dziewczynki, która bardziej niż grzeczną panienkę przypominała herszta podwórka.„Byłam i jestem chuliganką” – „Byłam brzydkim dzieckiem, starsza siostra była „Niusia”, młodsza „Lala”, a ja „Jola”. Byłam chuliganem, kumplem synów sąsiadów. i prowodyrką, wchodziłam na drzewo, a żeby mieć prezent dla matek chodziliśmy na tzw. szaber po kwiatka” – wspomina.To właśnie w tych obrazach kryje się klucz do późniejszej siły byłej Pierwszej Damy. Nie ma w niej pozy wypracowanej przez polityczne salony. Jest za to temperament, energia i niezgoda na bierność. Sama mówi wprost: – „Ja nie mam takiej sytuacji, że jak trzeba coś zrobić, to ja czekam aż ktoś coś zrobi”. Potrzeba działania przewija się przez całą rozmowę. Kwaśniewska nie ukrywa, że fascynują ją ludzie, którzy mają odwagę zmieniać rzeczywistość, zamiast jedynie ją komentować. – „Kocham sprawczość” – podkreśla. I właśnie dlatego jej publiczna działalność od lat wykracza daleko poza ceremonialną rolę byłej Pierwszej Damy.Ciekawość świata jako sposób na życieW rozmowie z Joanną Olekszyk wielokrotnie wraca temat rodzinnego domu. Jolanta Kwaśniewska mówi o ojcu z ogromną czułością, ale też podziwem. To po nim odziedziczyła życiowy głód i rodzaj optymizmu, który nie jest naiwny, tylko wypracowany doświadczeniem.– „Mam geny mojego taty, który był głodny życia. Ciekawość ludzi i świata też mam po tacie” – mówi. Na dowód przytacza historię, która wyjaśnia więcej niż najbardziej psychologiczne analizy odporności psychicznej: – Optymizm mam po tacie, który przeszedł 14 operacji, w tym dwie na otwartym sercu i jedną kręgosłupa, i mówił: „jeszcze 13 operacyjka”.To charakterystyczne dla Jolanty Kwaśniewskiej – nawet o trudnych rzeczach mówi bez patosu. Nie buduje pomników z własnych doświadczeń. Raczej pokazuje, że życie wymaga ruchu, elastyczności i poczucia humoru. Być może właśnie dlatego od lat pozostaje jedną z najbardziej lubianych postaci życia publicznego w Polsce. Nie dlatego, że jest idealna, ale dlatego, że wydaje się prawdziwa.„Nieważne co, ale kto mówi” W epoce krzyku, politycznego teatru i nieustannego oceniania nasza bohaterka zwraca uwagę na coś, co dziś wydaje się niemal staroświeckie: znaczenie autorytetu i wiarygodności.– „Dla mnie nieważne co, ale kto mówi” – przyznaje. Wybrzmiewa to szczególnie mocno w czasach, gdy eksperckość miesza się z internetowym chaosem, a opinie często mają większą wartość niż doświadczenie. Kwaśniewska nie mówi tego z pozycji mentorki pouczającej innych. Raczej z perspektywy kobiety, która przez dekady obserwowała życie publiczne od środka i wie, jak łatwo stracić zaufanie ludzi.Jednocześnie nie udaje osoby odpornej na wszystko. Wręcz przeciwnie. W jednym z najbardziej poruszających momentów rozmowy przyznaje: – „Nie mam grubej skóry, to jest mój problem. Jak ktoś komuś zrobi przykrość, to mnie to boli” i jest to ważne wyznanie w kulturze, która często utożsamia siłę z emocjonalnym pancerzem. Rozmówczyni pokazuje coś odwrotnego – można być skuteczną, wpływową i jednocześnie zachować wrażliwość.Gościni opowiada o dbaniu o siebie bez obsesji i bez udawania, że czas nie istnieje. Ważne są codzienne wybory, energia, relacje i ciekawość świata.
-
360
„Bonding nie jest od prostowania zębów, a raz zeszlifowany ząb nigdy nie odrośnie”. O ukrytych kosztach perfekcyjnego uśmiechu rozmawiamy ze stomatolożką Agnieszką Kulik | „Pod skórą”, odc. 1
Spektakularne metamorfozy uśmiechów, które obserwujemy u celebrytów i influencerów, napędzają modę na bonding, licówki i korony. To złota „trójca” zabiegów, o które coraz częściej proszą pacjenci gabinetów stomatologicznych – potwierdza to Agnieszki Kulik, ortodontka i stomatolożka specjalizująca się w stomatologii estetycznej. Ekspertka była gościnią pierwszego odcinka „Pod skórą” – nowego podcastu „Zwierciadła” prowadzonego przez Aleksandrę Urbaniak, w którym przyglądamy się najnowszym trendom beauty napędzanym przez internetowe algorytmy. Stomatolożka opowiedziała w nim, jakie pułapki i zagrożenia mogą kryć się pod (pozornie) perfekcyjnym uśmiechem.Żyjemy w czasach „instant” – w każdej dziedzinie pragniemy szybkich rezultatów przy minimum wysiłku i maksymalnej oszczędności czasu. Dla śnieżnobiałego uśmiechu jak u celebryty z Instagrama jesteśmy w stanie powierzyć nasze zęby specjalistom o wątpliwej renomie i doświadczeniu, jedynie za obietnicę efektu, o którym marzymy. Ale droga na skróty często ma swoją cenę – przestrzega ortodontka i stomatolożka Agnieszka Kulik. W rozmowie z Aleksandrą Urbaniak, redaktorką serwisu Zwierciadlo.pl, ekspertka wyjaśniła, na czym polegają najmodniejsze zabiegi „upiększające” zęby oraz z jakim mogą wiązać się ryzykiem.Bonding i korony nie są od prostowania zębówPierwsze miejsce w rankingu najpopularniejszych zabiegów stomatologii estetycznej bezapelacyjnie należy do bondingu.– To jest bardzo mało inwazyjna metoda rekonstrukcji estetycznej zębów – tłumaczy Agnieszka Kulik. – Wprowadzenie takiej odbudowy daje pacjentowi super funkcję i idealną estetykę, czyli te proporcje zębów są piękne, te zęby wyglądają bardzo ładnie.Stomatolożka przyznaje jednak, że popularny zabieg jest często wykorzystywany do kamuflowania defektów i wad, które wymagają zupełnie innego podejścia.– Nie jest to metoda do tego, aby zęby rozjaśniać – przyznaje ekspertka. I dodaje, że aby zmienić kolor zębów za pomocą bondingu, trzeba nałożyć na niego naprawdę grubą warstwę kompozytu, co daje sztuczny, przerysowany efekt. Właśnie taki możemy obserwować u niektórych celebrytów.Zarówno bonding, jak i korony, często są też wykorzystywane do korekcji krzywego ustawienia zębów. To kolejna droga na skróty, która po krótkim czasie może się zemścić.– Czasem pacjenci nie do końca mają świadomość, z czym wiąże się taka droga instant, czyli zamiast leczenia ortodontycznego spiłowanie swoich zębów i wykonanie na nich koron – mówi specjalistka. – Należy pamiętać o tym, że ząb, który jest już zeszlifowany, on nigdy nie odrośnie. Że biomechanicznie, jeśli ten ząb będzie obciążany nie w tym miejscu, w którym musi być, bo on był krzywy, ale ustawiamy go maskując tę wadę koroną, to to nie jest najlepsze rozwiązanie. Ono będzie szybkim rozwiązaniem, ale pacjenci borykają się później z niesamowitymi problemami – ostrzega Agnieszka Kulik.„Tureckie zęby” opłacają się tylko w teoriiKolejnym popularnym zjawiskiem, które ma swoje ciemne strony, są wyjazdy do Turcji w celu całkowitej modyfikacji swojego uzębienia. Na ten krok często decydują się osoby chcące zaoszczędzić na usługach dentystycznych. Nasza ekspertka podkreśla, że choć nie warto demonizować poziomu stomatologii w Turcji, zanim wsiądziemy w samolot lepiej dokładnie ocenić możliwe ryzyka.– Uważam, że zarówno w Polsce, jak i w Turcji mamy wspaniałych specjalistów, ale tak samo są też tacy, którzy nie szkolą się, bo ich wiedza zatrzymała się w miejscu. Nie chcą się rozwijać, nie chcą iść z trendem stomatologii cyfrowej. Ich prace były OK ileś lat temu, teraz już niekoniecznie – mówi Agnieszka Kulik.Przesłuchaj cały pilotażowy odcinek podcastu „Pod skórą”, aby dowiedzieć się m.in. czym się kierować przy wyborze odpowiedniego stomatologa oraz w jakich przypadkach stosuje się bonding, a w jakich licówki i korony – i czym te zabiegi się różnią.Podcast „Pod skórą” analizuje viralowe trendy w urodzie i medycynie estetycznej napędzane przez internetowe algorytmy.
-
359
„Otyłość to choroba przewlekła, która ma tendencje do nawrotów”. Czy leki GLP-1 są drogą na skróty i mogą odbierać przyjemność życiową? | „Jak zdrowie”, odc. 17
„Jeśli zrozumiemy, że otyłość jest chorobą, to stanie się jasne, że wymaga leczenia” – mówi lek. Anna Sankowska-Dobrowolska, internistka i obesitolożka, gościni podcastu „Jak zdrowie” magazynu Zwierciadło. W rozmowie z Anną Augustyn-Protas ekspertka tłumaczy, dlaczego wokół analogów GLP-1 narosło tak wiele mitów, skąd bierze się społeczna niechęć wobec farmakologicznego leczenia otyłości i dlaczego skuteczna terapia nie zaczyna się od recepty, lecz od zmiany sposobu myślenia o samej chorobie.W gabinetach lekarskich coraz częściej mówi się jednak o konieczności odejścia od tego krzywdzącego schematu. Współczesna medycyna nie pozostawia wątpliwości: otyłość jest chorobą przewlekłą, złożoną i wieloczynnikową. Na jej rozwój wpływają nie tylko styl życia i dieta, ale także genetyka, hormony, psychika, środowisko społeczne oraz mechanizmy zachodzące w mózgu.– WHO uznało otyłość za chorobę w 1997 roku – przypomina Anna Sankowska-Dobrowolska.Mimo że od tej decyzji minęło niemal trzydzieści lat, społeczna świadomość nadal nie nadąża za wiedzą naukową. Konsekwencje bywają dotkliwe. Chorzy nie tylko zmagają się z problemami zdrowotnymi, ale często stają się również obiektem stereotypów i uprzedzeń.– Osoby z otyłością są uważane za mniej mądre, za mniej ambitne, za bardziej leniwe także przez pracodawców – mówi ekspertka.Podobne przekonania wpływają na relacje społeczne, sytuację zawodową i samoocenę pacjentów. Wielu z nich przez lata odkłada wizytę u specjalisty, ponieważ wstydzą się prosić o pomoc lub obawiają się kolejnej oceny.Skąd tyle emocji wokół GLP-1?Pojawienie się analogów GLP-1 zmieniło sposób myślenia o leczeniu otyłości. Leki, które początkowo wykorzystywano przede wszystkim w terapii cukrzycy, zaczęły przynosić bardzo dobre efekty także w redukcji masy ciała. Wraz z rosnącą popularnością pojawiły się jednak kontrowersje.Media społecznościowe szybko zamieniły farmakoterapię w temat popkulturowy. Historie spektakularnych metamorfoz zaczęły funkcjonować obok sensacyjnych nagłówków i uproszczonych opinii. W efekcie wiele osób postrzega dziś analogi GLP-1 jako modny trend, a nie element leczenia konkretnej choroby.Recepta nie zastąpi zmiany nawykówJednym z najczęściej powtarzanych mitów jest przekonanie, że analogi GLP-1 działają jak farmakologiczny wyłącznik głodu. Taki obraz jest wygodny dla mediów, ale ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.– Oczekiwanym działaniem tych leków nie jest jadłowstręt – zaznacza Anna Sankowska-Dobrowolska.– To nie lek jest problemem, niedostosowywanie się do niego – zauważa prowadząca.Ekspertka odpowiada krótko i bardzo konkretnie:– Dokładnie, lek nie pójdzie za ciebie na siłownię ani nie zje za ciebie białka. Skuteczność terapii zależy więc od połączenia farmakologii z nowym stylem życia. Odpowiednia dieta, aktywność fizyczna, sen i regularność pozostają fundamentem zdrowienia. Leki pomagają stworzyć warunki do zmiany, ale nie zastępują samej zmiany.Organizm szybko daje również sygnały, które zachowania mu służą.– Te leki spowalniają pracę żołądka, stąd złe samopoczucie po jedzeniu ciężkostrawnym. I zmieniają się też po tych lekach kubki smakowe – wyjaśnia lekarka.Wielu pacjentów opisuje, że ulubione wcześniej produkty przestają smakować tak samo jak dawniej. Część osób spontanicznie ogranicza tłuste potrawy, słodycze czy wysokoprzetworzoną żywność, ponieważ organizm zaczyna reagować na nie inaczej.„Zmiana zaczyna się w głowie”Tematy poruszane w podcaście rozwija również książka „Zmiana zaczyna się w głowie”, wydana przez Wydawnictwo Zwierciadło. Publikacja pokazuje, że trwała poprawa zdrowia nie zaczyna się od kolejnej restrykcyjnej diety ani od walki z własnym ciałem. Autorka przekonuje, że prawdziwa zmiana wymaga zrozumienia mechanizmów kierujących naszymi wyborami, emocjami i relacją z jedzeniem.
-
358
„Nie ma we mnie zgody, żeby linczować całe rodziny”. Kuratorka rodzinna o tym, że tzw. dobre domy nie są wolne od problemów | „Dylematy mamy i taty”, odc. 5
„Młodzi ludzie często blokują swoje konta w mediach społecznościowych, żeby dorośli ich nie widzieli” – mówi pisarka Aleksandra Przytarska w podcaście „Dylematy mamy i taty”. W rozmowie z Aliną Gutek, zastępczynią redaktorki naczelnej magazynu „Zwierciadło”, autorka książki „Challenge” opowiada o internetowych wyzwaniach, rodzicielskich złudzeniach i świecie, w którym granica między zabawą a tragedią bywa niebezpiecznie cienka.Przez lata żyliśmy w przekonaniu, że największe zagrożenia czyhają na dzieci poza domem. Dziś coraz częściej okazuje się, że mieszczą się one w smartfonie, który nastolatek trzyma w dłoni przez kilka godzin dziennie.Aleksandra Przytarska nie pozostawia złudzeń. Jak podkreśla, wielu rodziców nadal wierzy, że dobra relacja z dzieckiem stanowi gwarancję bezpieczeństwa. Tymczasem rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana.– Nie ma środowisk wolnych od problemów. Dwadzieścia lat temu, gdy zaczynałam pracę jako kurator rodziny, myślałam, że jeśli poświęca się dziecku czas, dba się o nie, to nie ma ryzyka, że zejdzie ono na złą drogę – mówi.Świat ukryty przed dorosłymiMedia społecznościowe stworzyły przestrzeń, do której rodzice mają ograniczony dostęp. Nawet jeśli są przekonani, że wiedzą, co dzieje się w życiu ich dzieci.– Młodzi ludzie często blokują swoje konta, żeby dorośli tego nie widzieli – zauważa Przytarska.To właśnie dlatego tak aktualnie brzmi zdanie przywołane przez Alinę Gutek z kart powieści „Challenge”: „To przerażające, jak niewiele wiemy o naszych dzieciach”.Internetowe wyzwania, które stają się osią fabuły książki, nie są jedynie literackim wymysłem. To zjawisko obecne w rzeczywistości nastolatków. Część z nich ma charakter niewinnej zabawy, inne mogą prowadzić do przemocy, upokorzenia czy nawet zagrożenia życia. Mechanizm jest jednak podobny – presja grupy, potrzeba akceptacji i chęć zdobycia uwagi.Dlaczego młodzi przekraczają granice?Zdaniem autorki problem nie dotyczy wyłącznie dzieci, to lustro, w którym odbija się całe społeczeństwo. - Pokazujemy młodzieży, że mogą być bezkarni – mówi.Trudno nie zauważyć, że młodzi uczą się przede wszystkim przez obserwację. Jeśli w przestrzeni publicznej normą staje się agresja słowna, pogarda i brak odpowiedzialności za własne słowa, trudno oczekiwać, że kolejne pokolenie będzie zachowywało się inaczej.Przytarska zwraca uwagę na jeszcze jeden niewygodny paradoks. – Jesteśmy hipokrytami. Wystarczy wejść na komentarze pod postami na temat znanych osób. Ile tam jest hejtu, jadu. Jaki my mamy mandat, żeby mówić dzieciom, że hejt jest zły?Pytanie to wybrzmiewa szczególnie mocno w czasach, gdy wielu dorosłych z oburzeniem komentuje zachowania nastolatków, nie dostrzegając własnego udziału w tworzeniu kultury internetowej przemocy.Rodzicielskie błędy, które wracają jak bumerangJakie są główne błędy rodzicielskie, które najbardziej się na nas mszczą? Odpowiedź Aleksandry Przytarskiej jest konkretna.– Główny błąd to brak konsekwencji. Jeśli mówimy, że dziecko ma zakaz wychodzenia albo grania na konsoli, to nie zmieniajmy co chwilę zdania. W świecie, w którym rodzice często próbują być jednocześnie przyjaciółmi, mentorami i partnerami swoich dzieci, konsekwencja bywa postrzegana jako coś nieprzyjemnego. Tymczasem właśnie ona buduje poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności.„Challenge” – powieść o świecie, którego dorośli nie rozumiejąKsiążka „Challenge”, wydana przez Wydawnictwo Zwierciadło, to trzymająca w napięciu opowieść inspirowana zjawiskiem internetowych wyzwań, które w ostatnich latach stały się częścią codzienności nastolatków. Aleksandra Przytarska wykorzystuje konwencję powieści psychologicznej i społecznej, by pokazać mechanizmy rządzące grupą rówieśniczą, potrzebę akceptacji oraz konsekwencje pozornie niewinnych decyzji. To historia, która stawia ważne pytania o granice odpowiedzialności dorosłych i cenę, jaką płacą młodzi ludzie za chwilę popularności.
-
357
„Porażki dużo mnie nauczyły”. Pia Skrzyszowska o presji, sile i przyjaźni ze sportową rywalką | „Kobiety rządzą”
„Wiem, że dobrze pobiegłam, jeśli nic nie pamiętam. Jeśli pamiętasz, masz jakąś myśl w trakcie, znaczy, że się rozproszyłeś” – mówi Pia Skrzyszowska w podcaście „Kobiety rządzą”, prowadzonym przez Joannę Olekszyk, redaktorkę naczelną „Zwierciadła”. To zdanie brzmi jak sportowa definicja pełnego zanurzenia, ale też jak opowieść o świecie, w którym nie ma miejsca na półśrodki. Sponsorem odcinka jest Orlen.Pia Skrzyszowska należy dziś do grona najbardziej rozpoznawalnych polskich sportsmenek młodego pokolenia. Mistrzyni Europy, rekordzistka, jedna z tych zawodniczek, które biegną nie tylko po medale, ale też po własną definicję siły. W rozmowie z Joanną Olekszyk opowiada jednak nie tylko o sukcesach. Mówi o bólu, presji, relacjach, samotności sportu i o tym, jak wygląda codzienność kobiety, którą obserwują dziś tysiące młodych dziewczyn.Sport wysokiego napięciaSport zawodowy często oglądamy jak widowisko. Liczą się sekundy, wyniki, miejsca na podium i zdjęcia z medalami. Tymczasem za tym obrazem stoi codzienność pełna rygoru, przeciążeń i psychicznej odporności, której nie widać na ekranie.– „Wasze życie może się wydawać opresją” – zauważa w rozmowie Joanna Olekszyk.I trudno nie odnieść wrażenia, że właśnie o tym jest ta rozmowa: o cenie, jaką płaci się za bycie najlepszą. Pia mówi szczerze o kontuzji, która zatrzymała ją w momencie największego rozpędu.„W 2023 roku zerwałam mięsień dwugłowy, to był najgorszy moment mojej kariery, ale okazał się najlepszy, bo wiele mnie nauczył” – przyznaje.W świecie sportu sukces często przedstawia się jako prostą drogę: talent, praca, zwycięstwo. Tymczasem największe kariery budują się zwykle na kryzysach. Skrzyszowska opowiada o nich bez patosu, ale też bez udawania, że porażka „motywuje” w instagramowy sposób. To raczej doświadczenie, które zmusza do przewartościowania wszystkiego: relacji z własnym ciałem, oczekiwań i wyobrażeń o sobie.„Porażki dużo mnie nauczyły i dużo dały” – mówi. I właśnie dlatego ta rozmowa wykracza poza sport.Przyjaźń i rywalizacja mogą istnieć jednocześnie?W rozmowie pojawia się też temat relacji między zawodniczkami. Joanna Olekszyk pyta wprost: „Jak to jest mieć przyjaciółkę z rywalką w świecie sportu?”.To pytanie odsłania jeden z najciekawszych paradoksów współczesnego sportu kobiet. Rywalizacja nie musi oznaczać wrogości, a sukces jednej zawodniczki nie odbiera miejsca drugiej. Coraz częściej sportowczynie mówią dziś o solidarności, wsparciu i budowaniu środowiska, które nie opiera się wyłącznie na nieustannej konkurencji.Skrzyszowska pokazuje, że można jednocześnie walczyć o setne sekundy i pozostać blisko ludzi. Być skupioną na wyniku, ale nie tracić siebie.Ojciec, trener i najważniejsza relacjaJednym z najbardziej osobistych wątków podcastu jest relacja Pii z ojcem, który jest jednocześnie jej trenerem.„Moi rodzice się rozstali, gdy byłam mała, więc fakt, że tata został moim trenerem, zbliżyło to nas do siebie” – opowiada.To niezwykle ciekawy portret relacji budowanej nie tylko na rodzinnej więzi, ale też na wspólnym celu, codzienności treningów i wzajemnym zaufaniu. W sporcie wyczynowym granica między życiem prywatnym a zawodowym praktycznie nie istnieje. Być może właśnie dlatego ta relacja stała się dla niej jednym z najważniejszych punktów oparcia.Jak wygląda sukces poza zdjęciem z medalem?W świecie mediów społecznościowych sukces często pokazuje się jako nieustanną celebrację. Pia opowiada jednak o tym inaczej.„Sukcesy celebruję, a o porażkach staram się szybko zapominać” – mówi.To podejście pozbawione egzaltacji. Jest w nim dyscyplina, ale też pewna lekkość. Może właśnie dlatego Pia Skrzyszowska tak mocno rezonuje dziś z młodym pokoleniem kobiet: nie buduje wizerunku „idealnej mistrzyni”, tylko pokazuje, że siła może oznaczać również wątpliwości, kryzysy i konieczność ciągłego zaczynania od nowa.Sponsorem odcinka jest Orlen.
-
356
„To czy bracia i siostry się kochają, zależy od rodziców”. Co zrobić z tęsknotą za rodzeństwem, którego się nie miało? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6” odc. 4
- Czasem rodzice chcą mieć władzę i kontrolę i na zasadzie „dziel i rządź" – mówi Kasia Miller w piątym odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller”. W rozmowie z Joanną Olekszyk, redaktorką naczelną magazynu „Zwierciadło”, jedna z najbardziej cenionych polskich psycholożek przygląda się relacjom między braćmi i siostrami. To temat pozornie oczywisty, a jednocześnie pełen emocji, zazdrości, niespełnionych oczekiwań i tęsknot, które potrafią towarzyszyć nam przez całe życie.Rodzeństwo to jedna z najbardziej skomplikowanych i najtrwalszych relacji, jakie tworzymy. Bywa źródłem siły, ale też bólu. Uczy negocjowania granic, współpracy, przebaczania i akceptacji różnic.W najnowszym odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller” rozmowa Joanny Olekszyk i znanej psycholożki pokazuje, że za każdą historią brata i siostry kryje się opowieść o rodzinie, potrzebie miłości i poszukiwaniu własnego miejsca. A także o tym, że nawet najbardziej skomplikowane relacje można zrozumieć lepiej, jeśli odważymy się przyjrzeć ich źródłom.Rodzeństwo – pierwsza szkoła relacjiTo właśnie w relacjach z rodzeństwem po raz pierwszy uczymy się bliskości, współpracy, dzielenia się uwagą rodziców, ale też rywalizacji. Wspólne dzieciństwo bywa fundamentem na całe życie, choć nie zawsze prowadzi do zażyłości. Niektórzy bracia i siostry pozostają dla siebie najbliższymi przyjaciółmi, inni przez lata nie potrafią znaleźć wspólnego języka.Kasia Miller zwraca uwagę, że jakość tych relacji rzadko jest dziełem przypadku. Ogromną rolę odgrywają rodzice i atmosfera, jaką tworzą w domu. – „To czy rodzeństwo się kocha, zależy od rodziców. Czasem rodzice chcą mieć władzę i kontrolę i na zasadzie »dziel i rządź«” – zauważa psycholożka.Choć trudno w to uwierzyć, wielu rodziców nieświadomie wzmacnia konflikty między dziećmi. Wprowadzają konkurencję o uwagę, stawiają jedno dziecko przeciwko drugiemu albo faworyzują wybrane zachowania. W efekcie rodzeństwo zamiast być sojusznikami staje się rywalami.„Najgorsze jest porównywanie" W wielu rodzinach istnieje pokusa porównywania. Kto ma lepsze oceny, kto jest bardziej obowiązkowy, kto sprawia mniej problemów. Takie pozornie niewinne komunikaty mogą jednak pozostawić ślad na całe życie.Kasia Miller nie ma wątpliwości:– „Najgorsze jest porównywanie dzieci, wszelki rodzaj porównań jest zabójczy.”Porównania nie motywują. Przeciwnie – budują poczucie niesprawiedliwości, obniżają samoocenę i utrwalają role rodzinne, z których później trudno się uwolnić. Jedno dziecko zostaje „tym zdolnym”, drugie „tym problematycznym”, a jeszcze inne „tym niewidzialnym”.Czy kolejność urodzenia naprawdę ma znaczenie?Jednym z tematów poruszonych w rozmowie jest również wpływ kolejności narodzin na charakter i rodzinne role. Jak wygląda dynamika relacji między trójką rodzeństwa: najmłodszym, środkowym i najstarszym? Co się zmienia, gdy jedno z dzieci jest wybitnie uzdolnione albo chore? Pytanie prowadzi do refleksji nad tym, jak bardzo rodzinny system dostosowuje się do potrzeb poszczególnych dzieci. Gdy jedno z nich wymaga szczególnej uwagi – z powodu talentu, choroby czy trudności wychowawczych – pozostałe często muszą odnaleźć dla siebie nowe miejsce.Tęsknota za rodzeństwem, którego nigdy nie byłoNie każdy dorastał z siostrą lub bratem. Nie każdy też miał takie rodzeństwo, o jakim marzył. To temat rzadko poruszany publicznie, a przecież wielu ludzi nosi w sobie poczucie straty związane z brakiem bliskiej relacji rodzinnej.Co zrobić z tęsknotą za rodzeństwem, którego się nie miało albo miało, ale nie takie, jakie by się chciało mieć? Odpowiedź Kasi Miller jest prosta i jednocześnie pełna nadziei. – „Trzeba sobie znaleźć zastępstwa”.Psycholożka przypomina, że bliskość nie jest zarezerwowana wyłącznie dla więzów krwi. Przyjaciele, kuzyni, osoby spotkane później w życiu mogą stać się rodziną z wyboru. Czasem to właśnie takie relacje dają wsparcie, którego zabrakło w domu rodzinnym.
-
355
Czy nowy „Harry Potter” zniszczy magię dzieciństwa? „To może być wykalkulowana zagrywka” | „Czujemy to?” odc. 1
Czy świat Harry’ego Pottera naprawdę potrzebuje nowej ekranizacji? A może serial HBO Max jest tylko kolejnym dowodem na to, że współczesna popkultura coraz chętniej wraca do historii, które już dobrze znamy? W premierowym odcinku podcastu „Czujemy to?” Robert Choiński rozmawia z Anną Tobiasz, Edytą Zbąską i Martą Waszkiewicz o jednej z najbardziej wyczekiwanych i najbardziej kontrowersyjnych produkcji ostatnich lat. To rozmowa o nostalgii, która stała się paliwem współczesnej popkultury, o milenialsach niechętnie oddających swoje ukochane historie młodszym widzom, ale też o castingu, kontrowersjach wokół J.K. Rowling i pytaniu, czy da się jeszcze oddzielić dzieło od autora.Harry Potter wraca. Tylko po co?Pierwsze reakcje na zapowiedź serialu były skrajne. Ekscytacja mieszała się ze sceptycyzmem, a pytanie „po co?” wracało jak zaklęcie. Anna Tobiasz przyznaje, że jako wielka fanka książek początkowo poczuła ekscytację. Z czasem jednak zaczęła mieć coraz więcej wątpliwości. Edyta Zbąska od początku patrzyła na projekt sceptycznie, bo widziała w nim przede wszystkim próbę ponownego zarobienia na historii, która już raz stała się wielkim hitem. Marta Waszkiewicz przeszła odwrotną drogę. Najpierw była nieufna, ale po zobaczeniu pierwszych materiałów poczuła, że chce wrócić do tego świata.Właśnie w tej różnicy reakcji dobrze widać, jak silnie Harry Potter wciąż działa na wyobraźnię. Dla jednych jest ukochaną opowieścią z dzieciństwa, której nie powinno się ruszać. Dla innych jest światem, do którego można wracać, jeśli nowa wersja pokaże coś więcej niż filmy. Serial daje taką obietnicę, ponieważ osiem odcinków na jedną książkę może pozwolić twórcom rozwinąć wątki, które w kinowych ekranizacjach zostały pominięte albo potraktowane zbyt skrótowo.Nostalgia stała się paliwem popkulturyW naszym podcaście zastanawiamy się, dlaczego milenialsi i przedstawiciele młodszych pokoleń tak chętnie wracają do światów, które już znają. – Ludzie lubią to, co znają – zauważa Edyta Zbąska. Anna Tobiasz zauważa jednak, że nostalgia inaczej działa na dzieci, a inaczej na milenialsów. Dla dorosłych widzów Harry Potter jest częścią życia. Dla młodszych może dopiero stać się pierwszym wielkim popkulturowym doświadczeniem.– Nowe pokolenie dostanie swoją wersję z dzieciakami, którzy są w ich wieku i będą mogli z nimi dorastać – mówi Robert Choiński. Dziennikarz Zwierciadlo.pl przypomina, jak wyjątkowe było dorastanie niemal równolegle z bohaterami książek i filmów. To doświadczenie może teraz stać się udziałem dzieci, które dopiero poznają Hogwart.W tej nostalgii jest jednak także lęk. Nowa wersja ukochanej historii przypomina milenialsom, że ich własny kanon przestaje być jedynym obowiązującym punktem odniesienia. Casting wywołał największe emocjeNajcieplej przyjęto obsadę młodych aktorów, którzy zagrają Harry’ego, Rona i Hermionę. Doceniamy, że są to nowe twarze i że dziecięcy bohaterowie wizualnie przywołują skojarzenia z pierwowzorem. Najwięcej kontrowersji wywołał jednak wybór Paapy Essiedu do roli Severusa Snape’a. Anna Tobiasz zwraca uwagę, że w tym przypadku rozbieżność między książkowym opisem postaci a wyglądem aktora jest bardzo duża. Jej zdaniem ta decyzja może zmienić sposób odczytania całej historii Snape’a, zwłaszcza jego szkolnego wykluczenia, relacji z Lily i konfliktu z Jamesem Potterem.– To jest ruch marketingowy – mówi Marta Waszkiewicz, dodając, że najbardziej szkoda jej samego aktora, który już mierzy się z brutalnymi komentarzami w sieci.J.K. Rowling pozostaje problemem dla fanówNie da się dziś rozmawiać o Harrym Potterze bez rozmowy o J.K. Rowling. Jej wypowiedzi i poglądy sprawiły, że wielu fanów ma dziś moralny dylemat. Zastanawiają się, czy wspierając nowe produkcje z tego świata, wspierają również autorkę. Robert Choiński przypomina, że obecność medialna Rowling w ostatnich latach coraz mocniej koncentruje się wokół kontrowersyjnych wypowiedzi dotyczących osób transpłciowych.
-
354
„Nie rządzi mną już głos, że jestem zerem”. Bartłomiej Kotschedoff o lęku przed bliskością i 10 latach terapii | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 16
„Gnojenie było immanentną częścią mojego dzieciństwa. 10 lat terapii longiem, a i tak jeszcze pracuję nad sobą” – mówi Bartłomiej Kotschedoff w podcaście Beaty Biały „Mężczyzna jest człowiekiem”. 10 lat terapii longiem, a i tak jeszcze pracuję nad sobą”. W tych kilku słowach kryje się doświadczenie coraz większej grupy mężczyzn, którzy próbują uwolnić się od wzorców wyniesionych z domu: nakazu bycia silnym za wszelką cenę, tłumienia emocji i przekonania, że z każdym problemem trzeba poradzić sobie samemu. Aktor opowiada o dzieciństwie naznaczonym surowością, o lęku przed bliskością, który przez lata sabotował jego relacje, oraz o terapii, dzięki której zaczął odzyskiwać kontakt ze sobą.Niektóre zdania słyszane w dzieciństwie zostają z nami na zawsze. Wracają w ważnych momentach życia, wpływają na decyzje, relacje i sposób, w jaki patrzymy na samych siebie. Bartłomiej Kotschedoff dorastał w domu, w którym najważniejszymi wartościami były praca, wytrwałość i samodzielność. Kiedy wraca pamięcią do tamtych lat, nie mówi o beztrosce czy dziecięcej lekkości. Mówi o wysiłku.„Walczyć, walczyć, walczyć”Najbardziej zapamiętał rodziców pracujących ponad siły i przekonanie, że człowiek nie powinien liczyć na pomoc z zewnątrz. Jak wspomina, z dzieciństwa pozostał mu obraz ciężkiej pracy na wsi oraz przekaz, że „nikt ci nie da, sam musisz wszystko zrobić”. W tym jednym zdaniu zawiera się doświadczenie całego pokolenia wychowanego w przekonaniu, że proszenie o wsparcie jest oznaką słabości.Towarzyszył temu jeszcze jeden komunikat, równie silny i równie wymagający. W domu słyszał, że trzeba „walczyć, walczyć, walczyć”, bo jeśli okaże się słabość, „to ci nikt ręki nie poda”. Dla chłopca taki przekaz staje się instrukcją obsługi świata. Problem zaczyna się wtedy, gdy okazuje się, że życie wymaga nie tylko siły, ale również wrażliwości.„Od dziecka czułem się ofiarą”Choć z zewnątrz wiele osób wydaje się świetnie funkcjonować, ich wewnętrzny świat bywa znacznie bardziej skomplikowany. Kotschedoff nie próbuje dziś łagodzić wspomnień ani opowiadać o przeszłości w sposób wygodny dla słuchacza. Przeciwnie. Mówi o niej z rozbrajającą szczerością.Przyznaje, że „gnojenie było immanentną częścią mojego dzieciństwa”. Nie używa wielkich słów ani psychologicznych definicji. Wystarcza jedno zdanie, by pokazać skalę doświadczeń, które zostawiają ślad na długie lata.Ten ślad nie zawsze jest widoczny. Często przybiera formę przekonań o własnej niewystarczalności, chronicznego poczucia winy albo wewnętrznego krytyka, który nieustannie podważa własną wartość. Jak sam przyznaje: „Od dziecka czułem się ofiarą”. Zaraz potem dodaje jednak coś jeszcze ważniejszego: „Najgorsze są wewnętrzne blizny i one nie znikają”.To właśnie te niewidoczne rany stają się często najtrudniejszym przeciwnikiem. Nie widać ich na zdjęciach, nie pokazują się podczas zawodowych sukcesów, ale potrafią wpływać na każdą sferę życia.Gdy bliskość budzi lękWychowanie do nieustannej walki ma swoją cenę. Czasem okazuje się nią niemożność zbudowania bliskiej relacji z drugim człowiekiem. Kotschedoff długo nie rozumiał, dlaczego mimo szczerych intencji tak trudno mu odnaleźć się w związkach.Przełom przyszedł dopiero wtedy, gdy zakończyła się jego pierwsza poważna relacja. Dziś wspomina ten moment jako bolesne, ale niezwykle ważne doświadczenie. Mówi, że był w pierwszym długim związku, który ostatecznie się rozpadł, ponieważ sam „zupełnie się rozpadł” i nie wiedział już, kim jest.„Mama była od bania się o mamę”Jednym z najbardziej poruszających momentów rozmowy jest ten, w którym Beata Biały pyta aktora o rolę matki w jego życiu. Odpowiedź pada szybko, ale zostaje w pamięci na długo. „Mama była od bania się o mamę” – mówi Kotschedoff i dzieli się doświadczenie dziecka, które zbyt wcześnie przejął odpowiedzialność za emocje dorosłych. Zamiast czuć się bezpiecznie, uczył się troszczyć o innych. Zamiast otrzymywać wsparcie, same stają się wsparciem.
-
353
Świetliste chmury i przybysze z kosmosu. Marek Bimer i Natalia Bimer o wystawie „Oświecenie”, która przyciągnęła tłumy | „Szklane domy” odc. 1
Rodzinnie prowadzą Bimer Studio, ale każde z nich jest autonomicznym artystą. Marek, rzeźbiarz, grafik, wieloletni twórca branży reklamy i jego córka Natka multidyscyplynarną projektantką, kuratorka sztuki właśnie zorganizowali wystawę ponad stu prac na 1200 metrach kwadratowych starej hurtowni farmaceutyków przy ulicy Barskiej w Warszawie, którą można odwiedzać do 31 maja. W naszym nowym podcaście „Szklane domy” opowiadają Marcie Kowalskiej o przedsięwzięciu, w które wielu nie wierzyło i o tym, jakie emocje i wyzwania wiążą się z rodzinną działalnością artystyczną.Po takiej skali wystawy można byłoby się spodziewać, że jest ekspozycją monograficzną, podsumowującą. A jednak „Oświecenie” wprowadza nas w mikrokosmosy, które nieustannie tworzą się wokół działań Bimer Studio. I choć bardzo popularne „Bimery”, szalenie modne lampy wpisujące się w ideę collectible design wprowadziły prace tego rodzinnego kolektywu do wielu domów, to źródło swojego światła mają w bezkompromisowej sztuce.Między rzeźbą, grafiką a światem reklamyMarek Bimer ma za sobą kilkadziesiąt lat nieustannych twórczych poszukiwań. Absolwent ASP, wychowany w pracowni po Alinie Szapocznikow i Romanie Cieślewiczu ma w swojej historii mit założycielski, ale meandrując między rzeźbą, grafiką a światem reklamy zawsze wybierał swoje ścieżki. Urodził się w 1962 roku w środowisku, gdzie sztuka nie była wyborem, ale warunkiem atmosferycznym. Matka rzeźbiarka, ojczym rzeźbiarz, historyczna pracownia jako dziecięce podwórko. To, co robi dziś, nie jest jednak typową kontynuacją. Można ją raczej nazwać opowieścią i twórczością w obrębie własnego języka.Skłębione chmury, dziwne kwiaty, grzyby i... obcyNajwcześniejsze prace Bimera reprezentują przede wszystkim dziedziny grafiki i rzeźby - głównie w brązie, aluminium, stali, żywicy. Artysta parał się jednak także fotografią i któregoś dnia dostrzegł dzięki temu flarę światła padającą na jedną ze swoich form. Od tego momentu to właśnie światło stało się jedną z jego ulubionych „materii”. Najnowsze dzieła Bimera, określane jako rzeźby światła wykonywane są głównie z żywicy i włókna szklanego. Przywodzą na myśl ławice ryb, skłębione chmury, dziwne kwiaty, grzyby, czasem nawet obcych.Artysta sam o sobie mówi: „Jestem rzeźbiarzem. Obiekty świetlne są odnogą, którą zbudowałem, wychodząc z formy rzeźbiarskiej."Miejsce wystawy - hurtownię przy Barskiej znalazła córka Bimera, Natka. Od lat, wraz z partnerem Kubą Różyckim i przyjaciółmi działają ramię w ramię z Markiem. Natalia sama jest wykształconą rodzinnie i akademicko artystką, absolwentką tej samej warszawskiej ASP, wieloletnią rysowniczką „Przekroju”. Spełnia się profesjonalnie jako niesamowicie wrażliwa i czuła na konteksty kuratorka i narratorka sztuki. To ona zobaczyła w urbexowej przestrzeni idealne miejsce dla wystawy „Oświecenie”. Jej tekst kuratorski buduje pomocne tło dla niesamowitych przestrzeni postindustrialnych wystawy „zaludnionych” przez obiekty Bimerów i duchy ich bliskich. A to że niektóre z tych obiektów są powielane i można mieć w domu, nie odbiera im magii. „Granica między sztuką a designem jest oczywista tylko dla tych, którzy boją się ją przekroczyć” - mówi Natka Bimer.Dłuższej opowieści o Bimer Studio wysłuchacie w pierwszym odcinku naszego podcastu „Szklane domy”.
-
352
„Nie pozwalam już innym zarządzać swoją energią”. Kamilla Baar o najważniejszej podróży... wewnątrz siebie | „Ukryte piękno”. odc. 27
„Zawsze byłam ekscentryczna i miałam ekscentryczną rodzinę. W młodości zrozumiałam, dlaczego jestem wrażliwa na sztukę i nie jestem odporna na przemoc” – to zdanie Kamilli Baar mogłoby być początkiem nie tylko biografii, ale i mapy wewnętrznej, którą aktorka rysuje w rozmowie z Beatą Biały w podcaście „Ukryte piękno”. W świecie, który lubi szybkie narracje i jeszcze szybsze definicje, zapraszamy do opowieści o czymś odwrotnym: zwolnieniu, wsłuchaniu się i zgodzie na to, że najważniejsze rzeczy nie zawsze nadają się do „sprzedania”.„Dlaczego nie sprzedajesz codzienności, jak niektórzy?” – pyta Beata Biały. Odpowiedź Kamili Baar jest krótka, niemal zawieszona w powietrzu: „niemówienie o czymś to jest magia”. W tym napięciu między tym, co wypowiedziane i tym, co pozostaje prywatne, rodzi się główny temat rozmowy: granice, energia i prawo do własnej ciszy.Podróż, która dzieje się w środkuW centrum rozmowy powraca motyw wewnętrznej drogi – nie spektakularnej, ale konsekwentnej. „Najciekawszą podróż człowiek wykonuje wewnątrz siebie” – mówi aktorka, odwracając uwagę od zewnętrznych ról, które zwykle przypisuje jej świat.Z tej perspektywy codzienność staje się materiałem do pracy nad sobą. „Spokój zaczyna się od samoobserwacji. Kiedy na koniec dnia zaczniesz się zastanawiać… kiedy byłaś smutna, kiedy się śmiałaś, zaczniesz robić swoją mapę” – wyjaśnia Baar. Ta „mapa” nie prowadzi do jednego celu. Jest raczej praktyką uważności, która pozwala rozpoznać, gdzie naprawdę jesteśmy, zanim zdecydujemy, dokąd zmierzamy.Między światłem a cieniemJednym z najmocniejszych wątków rozmowy jest relacja z własnymi trudnymi doświadczeniami. Kamilla Baar nie buduje narracji wyłącznie afirmacyjnej – przeciwnie, pokazuje, że wewnętrzne piękno nie jest stanem danym raz na zawsze.„Trudności życiowe i jak byłam traktowana przez ludzi przybliżyły mnie do jogi, a ona do wewnętrznego dobra i piękna. Teraz jestem po jasnej stronie i widzę, kiedy wciąga mnie ciemna strona” – mówi. W tej deklaracji nie ma łatwego triumfu. Jest raczej świadomość, że praca nad sobą to proces ciągłego wyboru.Potrzeba, energia, decyzjeRozmowa dotyka również bardzo praktycznego wymiaru życia wewnętrznego. „Wszystko w życiu bierze się z potrzeby. Nigdy nie mogę się odwrócić od moich potrzeb” – podkreśla aktorka, wskazując na moment, w którym zaczęła świadomie zarządzać własną energią.To właśnie energia – jej ochrona i uważne kierowanie – staje się jednym z kluczowych pojęć odcinka. „Nie pozwalam już zarządzać swoją energią. Jak coś mi nie służy, to się po prostu wycofuję” – mówi bez wahania.Gdy życie przestaje pasowaćJednym z najbardziej poruszających fragmentów rozmowy jest opowieść o momentach kryzysu. „Tak, nawet nie kilka razy, miałam wrażenie, że jestem w domu nie z moich cegieł i bliski jest mi ból istnienia” – przyznaje aktorka, nawiązując do doświadczenia egzystencjalnego niepokoju.Jednocześnie podkreśla dystans do przeszłości: „Nie lubię do nich wracać, bo mam talent zapominania, nie rozpamiętuję w ogóle”. To nie wyparcie, lecz świadomy wybór nieprzedłużania cierpienia.Rozmowę z Kamillą Baar można znaleźć też w drugim wydaniu książki „Kobiece gadanie 2”, która doskonale rezonuje z tematami, które wybrzmiewają w podcaście. To książka o kobietach, które nie boją się mówić własnym głosem – również wtedy, gdy jest on cichy, nieoczywisty i wymyka się współczesnej presji perfekcji. Bohaterki „Kobiecego gadania 2” opowiadają o emocjach, relacjach, duchowości i codziennych wyborach z podobną szczerością, z jaką Baar mówi o samoobserwacji, energii i potrzebie życia w zgodzie ze sobą. To publikacja, która nie daje gotowych recept, ale zachęca do najważniejszej podróży – tej prowadzącej do własnego wnętrza.
-
351
„Narcyz uwodzi przez słowa, nie przez czyny”. Jak być kochaną i kochać? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 3
„Dziewczyny bardziej marzą o miłości. I to o miłości totalnej, która zabierze cały ból” – mówi Katarzyna Miller w 3. odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller”,a szczera, momentami brutalna analiza tego, dlaczego tak często mylimy miłość z głodem emocji, a bliskość z walką o uwagę.W rozmowie z Joanna Olekszyk psycholożka rozbraja nasze wyobrażenia o relacjach: tłumaczy, dlaczego ciągnie nas do narcyzów, czemu spokojni partnerzy wydają się „nudni” i co zrobić, żeby przestać błagać świat o uczucie. To rozmowa o emocjonalnym chaosie współczesnych relacji, ale też o dojrzewaniu do miłości, która nie boli.Miłość jako ratunek od cierpieniaW kulturze, która sprzedaje miłość jako lekarstwo na samotność, łatwo uwierzyć, że druga osoba ma nas „naprawić”. Katarzyna Miller zauważa, że szczególnie kobiety wychowywane są w przekonaniu, że prawdziwe uczucie powinno być totalne – intensywne, wszystko obejmujące, najlepiej takie, które natychmiast uleczy stare rany.– „Dziewczyny bardziej marzą o miłości. I to o miłości totalnej, która zabierze cały ból” – mówi psycholożka.To właśnie dlatego tak często ignorujemy sygnały ostrzegawcze. Chcemy wierzyć, że tym razem będzie inaczej. Że ktoś zobaczy nasze zranienia i zamiast je pogłębiać – ukoi. Problem w tym, że desperacja emocjonalna jest widoczna bardziej, niż nam się wydaje.– „Niestety pokazujemy zbyt dużo na zewnątrz, co się w nas dzieje, nawet jak się kryjemy” – zauważa Miller.I właśnie tę emocjonalną szczelinę bardzo szybko wyczuwają osoby manipulujące.Narcyz uwodzi obietnicąW podcastowej rozmowie mocno wybrzmiewa temat relacji z narcyzami. Nieprzypadkowo. Media społecznościowe, kultura autopromocji i emocjonalny głód stworzyły idealne warunki dla ludzi, którzy świetnie mówią o miłości, ale fatalnie ją praktykują.– „Narcyz to jest łajdak” – mówi bez dyplomatycznych uników Katarzyna Miller.I dodaje jedno z najcelniejszych zdań całej rozmowy: – „Narcyz uwodzi przez słowa, nie przez czyny”.To zdanie trafia w sedno współczesnych relacji. Wielkie deklaracje, intensywność od pierwszego dnia, poczucie wyjątkowości – wszystko to może działać jak narkotyk. Szczególnie na osoby, które desperacko chcą poczuć się ważne i wybrane.Joanna Olekszyk pyta więc wprost: dlaczego tak często próbujemy utrzymać relację z człowiekiem, który nas rani, a sabotujemy związki z „porządnymi chłopakami”?To pytanie brzmi niewygodnie, ale właśnie dlatego wywołuje tak silny rezonans. Stabilność bywa mylona z nudą, a emocjonalny rollercoaster – z namiętnością. Jeśli ktoś dorastał w chaosie albo musiał walczyć o uwagę, spokojna relacja może wydawać się podejrzana. Za mało intensywna. Za mało dramatyczna, by uznać ją za „prawdziwą”.Emocje nie są problememEmocje nie są problememJednym z najmocniejszych fragmentów rozmowy jest ten o emocjach. Katarzyna Miller przekonuje, że nie należy ich tłumić ani hierarchizować.– „Emocje są jak kamienie szlachetne” – mówi psycholożka.Każda emocja niesie informację. Złość pokazuje przekroczone granice. Smutek pozwala przeżyć stratę. Lęk ostrzega. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek zamyka się tylko w jednej emocji.– „Jeśli używasz tylko smutku…” – zaczyna Miller, pokazując, że wiele osób wręcz przywiązuje się do własnego cierpienia, bo ono staje się częścią ich tożsamości.W podobnym tonie mówi o empatii. Psycholożka rozróżnia dwa jej rodzaje: taki, w którym ktoś całkowicie utożsamia się z naszym cierpieniem, oraz dojrzalszy – oparty na obecności i zrozumieniu.– „Są dwa rodzaje empatii, kiedy matka się utożsamia z cierpieniem córki i taka, kiedy mówimy komuś: rozumiem, przez co przechodzisz”.Ta druga forma buduje relacje bez emocjonalnego pochłaniania drugiej osoby. Bez duszenia miłością.Najbardziej przewrotna myśl całej rozmowy pojawia się wtedy, gdy Joanna Olekszyk mówi: – „Żeby być kochaną, warto sobie uświadomić, że nie musisz być kochaną”.Katarzyna Miller zachęca więc, by inaczej spojrzeć na siebie i własne słabości.
-
350
„Mam godziny, kiedy nie odbieram telefonu”. Jak Małgorzata Tomaszewska przestała być „dla innych”? | „Ukryte piękno”. odc. 26
„Po 9 miesiącach otarłam się o depresję, w tym myśleniu, że nie mam. Dbanie o siebie to jest rozwój. To nie może być tak, że jak zostajemy mamami, to przestajemy być kobietami i ludźmi” – mówi Małgorzata Tomaszewska w podcaście „Ukryte piękno” magazynu Zwierciadło. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską prezenterka telewizyjna, a z wykształcenia psycholożka opowiada o macierzyństwie, presji kobiecej perfekcji i o tym, dlaczego współczesne kobiety próbują odzyskać czas, którego ich matki często nigdy nie dostały. Sponsorem odcinka podcastu jest FOREO, producent masek ledowych.Pokolenie kobiet, które zawsze miały być „dla innych”Przez dekady kobiecość była definiowana przez gotowość do poświęceń. Dobra matka, dobra żona, dobra córka – wszystkie te role miały jeden wspólny mianownik: własne potrzeby należało odłożyć na później. Najczęściej na zawsze.W nowym odcinku podcastu „Ukryte piękno”, realizowanego przez magazyn Zwierciadło we współpracy z FOREO, Magdalena Kuszewska rozmawia z Małgorzatą Tomaszewską o tym, jak zmieniło się podejście kobiet do odpoczynku, pielęgnacji i dbania o siebie. I dlaczego dla wielu z nich chwila ciszy nadal wywołuje poczucie winy.Punktem wyjścia do rozmowy jest pozornie proste pytanie: czy współczesne kobiety naprawdę mają dziś więcej czasu dla siebie niż ich matki i babki? A może jedynie nauczyły się lepiej organizować przeciążenie?Tomaszewska zauważa, że kobiety funkcjonują dziś w świecie nieustannego multitaskingu. Łączą role zawodowe, rodzinne, emocjonalne i opiekuńcze, próbując jednocześnie nie zgubić samych siebie.– „Kobiety dziś robią absolutnie wszystko. Otarłam się o to przy pierwszym dziecku” – przyznaje szczerze.To doświadczenie zna dziś wiele kobiet. Macierzyństwo miało być spełnieniem, a staje się kolejnym obszarem presji. Presji, by być cierpliwą, atrakcyjną, produktywną i wdzięczną jednocześnie.„Najpierw inni, potem ja”Jednym z najmocniejszych wątków rozmowy jest temat przekonań wynoszonych z domu. Nie tylko tych dotyczących sukcesu czy relacji, ale również własnego ciała i prawa do stawiania granic.Małgorzata Tomaszewska zwraca uwagę, że wiele kobiet od dzieciństwa uczono podporządkowywania się innym.– „Nas nauczono, wszyscy są ważniejsi. Na imprezie rodzinnej słyszą dzieci: pocałuj ciocię, wujka, chociaż wcale nie mam na to ochoty. To czego ich uczymy? Że potem całe życie się dostosowujemy do innych” – mówi.To właśnie w takich drobnych komunikatach buduje się późniejsze przekonanie, że własny komfort jest mniej ważny niż oczekiwania otoczenia. Że trzeba być miłą, dyspozycyjną i dostępną. Nawet kosztem siebie.Psycholożki od lat podkreślają, że kobiety znacznie częściej niż mężczyźni odczuwają poczucie winy związane z odpoczynkiem. Nie bez powodu ponad połowa Polaków – jak zauważa Magdalena Kuszewska – nie wyobraża sobie siedzenia w ciszy i bezczynności. Produktywność stała się dziś społecznym obowiązkiem.Ciało między troską a presją perfekcjiW rozmowie pojawia się także temat współczesnej kultury ciała. Z jednej strony coraz więcej mówi się o samoakceptacji, body positivity i zdrowiu psychicznym. Z drugiej – media społecznościowe wciąż produkują nowe kompleksy i wymagania.– „Żyjemy w czasach kultu ciała. Ciało jest dla nas ważne, jest wizytówką, ale też odzwierciedleniem naszego zdrowia. Ale jest też źródłem cały czas kompleksów, bo niby jest body positive, a jeszcze długo, długo nie” – zauważa Tomaszewska.To napięcie między autentyczną troską o siebie a presją nieustannego „ulepszania się” staje się dziś jednym z najważniejszych doświadczeń kobiet. Właśnie dlatego coraz większą rolę odgrywają małe codzienne rytuały, które nie wymagają zatrzymywania życia. Technologie beauty, takie jak maski LED FOREO, wpisują się w tę zmianę: nie jako symbol luksusu, ale raczej próba odzyskania kilku minut tylko dla siebie. Bez wychodzenia z domu, bez konieczności „zasługiwania” na odpoczynek.Sponsorem odcinka podcastu jest FOREO, producent masek ledowych.
-
349
„Ona chce usłyszeć, że on ją kocha, a on jej umył samochód”. Czy każdy ma dominujący język miłości?
„Ona chciała usłyszeć, że on ją kocha, a on jej umył samochód” – mówi psycholog Paweł Droździak w 5. odcinku podcastu „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”. I trudno o lepsze zdanie otwierające rozmowę o związkach w czasach emocjonalnego chaosu. Bo dziś coraz więcej par nie rozstaje się z braku uczucia. Rozstaje się dlatego, że miłość została nadana na niewłaściwej częstotliwości.W najnowszym odcinku podcastu Zwierciadła dziennikarka Agnieszka Radomska rozmawia z Pawłem Droździakiem o językach miłości – koncepcji, która od lat elektryzuje terapeutów, influencerów relacyjnych i ludzi próbujących zrozumieć, dlaczego „tak bardzo się starali”, a jednak coś nie zadziałało. To rozmowa nie tylko o romantycznych gestach, ale też o tym, jak bardzo nasze potrzeby emocjonalne są zakorzenione w doświadczeniu, wychowaniu i osobistych skojarzeniach.Kiedy „kocham” nie znaczy tego samegoMiłość rzadko jest uniwersalna. Dla jednej osoby czułość oznacza obecność, dla drugiej konkretne działania, dla trzeciej słowa. I właśnie tam rodzi się najwięcej nieporozumień.W rozmowie Agnieszka Radomska przywołuje popularną teorię pięciu języków miłości Gary’ego Chapmana i pyta: „Czy manifestujemy miłość tak, jakbyśmy sami chcieli być kochani?” To pytanie trafia w samo sedno większości relacyjnych napięć.Bo bardzo często kochamy intuicyjnie – czyli tak, jak sami chcielibyśmy otrzymywać uczucie. Jeśli potrzebujemy zapewnień, będziemy mówić „kocham”. Jeśli cenimy działania, naprawimy kran, odbierzemy dziecko z przedszkola albo – jak w historii przywołanej przez Droździaka – umyjemy partnerce samochód. Problem w tym, że druga strona może tego w ogóle nie odczytać jako miłości.Psycholog zwraca uwagę, że czasem różnice wydają się wręcz nie do pogodzenia. „Jedni wolą konkrety, a inni operują na abstrakcjach. Może on jest dla mnie za tępy” – mówi przewrotnie, pokazując mechanizm, w którym partnerzy zaczynają przypisywać sobie złe intencje albo intelektualne braki, choć tak naprawdę rozminęli się jedynie w emocjonalnym kodzie.Dotyk, kwiaty i emocjonalne minyNajciekawsze w tej rozmowie jest jednak to, że języki miłości nie są niewinną listą romantycznych preferencji. Za każdym z nich stoi historia.„Dla jednego dotykanie to oznaka bliskości, a dla innego kojarzy się z roszczeniami” – zauważa Droździak. To zdanie wybrzmiewa szczególnie mocno w świecie, który z jednej strony obsesyjnie mówi o bliskości, a z drugiej coraz częściej doświadcza emocjonalnego przeciążenia.To samo dzieje się z symbolami miłości. Kwiaty? Dla jednej osoby będą wzruszającym rytuałem, dla innej pustym gestem. „Jeden chce kwiaty jako fetysz miłości, a dla innego kwiaty są na Dzień Nauczyciela. Dla jednego fetysz, dla drugiego sygnał urazu. Mamy konflikt” – tłumaczy psycholog.I właśnie dlatego współczesne związki coraz częściej przypominają negocjacje między dwoma osobnymi światami emocjonalnymi. „Musi powiedzieć, że mnie kocha”W kulturze, która promuje samowystarczalność i emocjonalny dystans, potrzeba słownego potwierdzenia uczucia bywa dziś traktowana podejrzliwie. A jednak dla wielu ludzi pozostaje absolutnie fundamentalna.„Musi powiedzieć, że mnie kocha. Tymi słowami” – mówi Droździak o potrzebie, której nie da się zastąpić żadnym praktycznym działaniem ani romantycznym gestem.To ważny moment tej rozmowy, bo pokazuje, że języki miłości nie są fanaberią. Są próbą dotarcia do poczucia bezpieczeństwa. Dla jednych bezpieczeństwem będzie dotyk, dla innych wspólny czas, dla jeszcze innych codzienna troska albo słowa, które porządkują emocjonalny świat.Agnieszka Radomska celnie zauważa też, że relacje z czasem tworzą własny, intymny kod komunikacji. „W związku wyłania się ich własny język miłości i poczucie humoru” – mówi. To właśnie dlatego dwa związki nigdy nie wyglądają tak samo. Każda para buduje prywatny słownik znaczeń, gestów, aluzji i rytuałów, które z zewnątrz mogą wydawać się niezrozumiałe.
-
348
„Na paznokcie chodzimy co kilka dni, a raz w roku na cytologię, to nam się już nie chce”. Katarzyna Kucewicz o zdrowotnej prokrastynacji i „chwytaniu życia” | „Jak zdrowie”, odc. 16
„Badanie się to nie szukanie choroby, a chwytanie życia” – mówi psycholożka Katarzyna Kucewicz w podcaście „Jak zdrowie”, prowadzonym przez Anna Augustyn-Protas. I trafia w samo sedno współczesnego paradoksu. Nigdy wcześniej nie mieliśmy tak łatwego dostępu do wiedzy o profilaktyce, badań i ekspertów. A jednak tysiące osób wciąż odkładają cytologię, morfologię czy USG na „po świętach”, „po projekcie”, „jak będzie spokojniej”. Problem w tym, że spokojniej zwykle nie będzie. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.Prokrastynacja zdrowotna. Choroba naszych czasówO prokrastynacji mówi się najczęściej w kontekście pracy, maili i deadlinów. Ale istnieje też jej znacznie groźniejsza odmiana – prokrastynacja zdrowotna. To mechanizm odkładania badań, konsultacji lekarskich i troski o siebie mimo świadomości, że są ważne.Dlaczego to robimy? Powodów jest wiele: lęk, przebodźcowanie, brak czasu, ale też kultura, w której produktywność stała się nową religią. Jak zauważa Katarzyna Kucewicz, „mantrą milenialsów i pokolenia Y jest etos pracy i poświęcania się”. Najpierw dowozimy projekty, opiekujemy się dziećmi, odpowiadamy na wiadomości, a dopiero później – jeśli zostanie nam siła – zajmujemy się sobą.Tyle że organizm nie działa jak aplikacja, którą można zaktualizować później. „Ciało to nie maszyna, którą muszę zajechać, a mój domek ukochany” – mówi psycholożka, co wybrzmiewa szczególnie mocno w świecie, który nauczył nas traktować zmęczenie jak oznakę sukcesu.„Nie chcę wiedzieć”. Lęk silniejszy niż rozsądekNajbardziej zaskakujące jest to, że wiele osób świadomie unika badań nie dlatego, że nie wierzy w profilaktykę. Wręcz przeciwnie – boi się tego, co może usłyszeć.„Pacjenci mówią: nie chcę wiedzieć, jeszcze się czegoś dowiem, a ja mam tyle rzeczy na głowie” – opowiada Katarzyna Kucewicz.Psychologia zna ten mechanizm bardzo dobrze. Unikanie daje krótkotrwałą ulgę. Jeśli nie odbiorę wyników, nie będę musiał się martwić. Jeśli nie pójdę do lekarza, problem jakby nie istnieje. Tyle że ciało nie zawiesza swoich procesów tylko dlatego, że odwracamy wzrok.W podcaście wraca też osobisty wątek ekspertki. „Historia mojej rodziny to jedna wielka onkohistoria. I ja widziałam, jak osoby mi bliskie odchodzą, bo bagatelizowały objawy” – przyznaje Kucewicz. To doświadczenie sprawia, że jeszcze mocniej podkreśla rolę regularnej profilaktyki i oswajania lęku przed diagnozą. Bo badania nie odbierają spokoju, często właśnie go przywracają.Self-care, który kończy się na paznokciachWspółczesny wellness bywa powierzchowny. Kochamy rytuały beauty, śledzimy trendy suplementacyjne, inwestujemy w kosmetyki i zabiegi, ale kiedy przychodzi do podstawowej profilaktyki, entuzjazm nagle znika.„Kobiety chodzą na paznokcie co kilka dni, a raz w roku na cytologię to nam się nie chce. Albo boimy się igieł, ale idziemy na powiększenie ust. Badania nas nie dopaminują” – zauważa psycholożka i jest to celna diagnoza. Profilaktyka nie daje natychmiastowej nagrody. Nie widać jej na Instagramie. Nie poprawia wyglądu w piętnaście minut. Jest inwestycją długoterminową – a współczesny mózg kocha szybkie gratyfikacje.Dlatego coraz więcej ekspertów mówi dziś o redefinicji dbania o siebie. „Dbanie o siebie to nie jest tylko powierzchowne pudrowanie noska, czesanie włosów czy nakładanie makijażu” – podkreśla Kucewicz.Prawdziwy self-care zaczyna się tam, gdzie kończy się estetyka, a zaczyna odpowiedzialność za własne zdrowie.Mikronawyki zamiast wielkiej rewolucjiNajwiększy błąd? Myślenie, że trzeba zmienić wszystko naraz. Zapisać się do pięciu specjalistów, zrobić komplet badań, wdrożyć dietę i jeszcze zacząć medytować.Psycholożka proponuje coś znacznie bardziej realistycznego: strategię mikronawyków.Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.
-
347
„W stresie idziemy w agresję albo uległość”. Halina Piasecka o tym, jak niektórzy szefowie niszczą całe zespoły | „Ukryte piękno”. odc. 25
„Człowiek, który nie okazuje emocji, to nie jest dobry lider. Taki człowiek nie budzi zaufania, ludzie za nim nie pójdą” – mówi psycholożka Halina Piasecka w podcaście „Ukryte piękno”, prowadzonym przez Magdalenę Kuszewską. I właściwie już tym jednym zdaniem podważa mit, na którym przez dekady budowano kulturę pracy: że profesjonalizm oznacza chłód, dystans i emocjonalną kontrolę.Jeszcze kilka lat temu w świecie pracy dominował prosty komunikat: emocje zostaw za drzwiami. Lider miał być odporny, zdecydowany, skuteczny. Najlepiej niewzruszony. Tymczasem rzeczywistość po pandemii, kryzysy psychiczne pracowników, wypalenie zawodowe i zmęczenie kulturą permanentnej produktywności sprawiły, że coraz więcej osób zaczęło zadawać sobie pytanie: ile kosztuje nas udawanie, że niczego nie czujemy?Emocje wracają do biurW rozmowie z Magdaleną Kuszewską Halina Piasecka, psycholożka i autorka książki Czuję, więc jestem, pokazuje, że emocje nie są przeszkodą w skutecznym działaniu. Są informacją. Kompasem. A czasem ostatnim sygnałem alarmowym, zanim organizm powie „dość”.To właśnie problemy ze snem – jak podkreśla ekspertka – są dziś najczęstszym powodem, z którym klienci trafiają do gabinetów psychologicznych. Bezsenność okazuje się często językiem niewyrażonych napięć, przeciążenia i emocji, które przez lata były spychane na margines. Bo ciało, wcześniej czy później, zaczyna mówić za nas.Lider też człowiekNajciekawszy moment podcastu pojawia się wtedy, gdy rozmowa schodzi na temat emocji w zarządzaniu. Co zrobić, gdy liderka płacze przy zespole? Czy szef może okazywać słabość? Czy autorytet nie pęka wtedy jak cienkie szkło?Magdalena Kuszewska pyta wprost: co zrobić, jeśli liderka jest zbyt emocjonalna i zdarza jej się płakać przy zespole? Odpowiedź Haliny Piaseckiej daleka jest od korporacyjnych sloganów o „zarządzaniu emocjami”. Psycholożka nie namawia do tłumienia uczuć. Przeciwnie – przypomina, że emocjonalność sama w sobie nie jest problemem. Problemem bywa brak świadomości tego, co się z nami dzieje.Bo – jak zauważa – „każdy z nas w sytuacji stresowej ma tendencję do pójścia w uległość albo w agresję”. I właśnie wtedy uruchamiają się zachowania, których później żałujemy. Piasecka przywołuje obrazowy przykład liderki, która pod wpływem napięcia „waliła w kafelki w łazience”. To nie anegdota o wybuchowym charakterze. To opowieść o przeciążeniu, które przez zbyt długi czas pozostawało niewidzialne.W świecie pracy wciąż pokutuje przekonanie, że skuteczny lider powinien być nieomylny i odporny. Tymczasem ludzie – jak mówi psycholożka – „nie cenią liderów-robotów”. Cenią tych, przy których można czuć się bezpiecznie.Emocje są zaraźliweNie chodzi jednak wyłącznie o atmosferę. Psychologia od lat pokazuje, że emocje przenoszą się w grupach szybciej, niż nam się wydaje. Napięcie jednej osoby potrafi rozregulować cały zespół. Spokój – odwrotnie – może działać stabilizująco.„Nasze emocje i zachowania są zaraźliwe” – przypomina Halina Piasecka. To zdanie brzmi dziś jak diagnoza współczesnego rynku pracy. Jeśli lider żyje w ciągłym napięciu, jego zespół zaczyna funkcjonować dokładnie tak samo. Jeśli komunikacja opiera się na presji, ludzie przestają myśleć kreatywnie i zaczynają działać wyłącznie reaktywnie.Dlatego coraz większą wartością staje się umiejętność zadawania pytań zamiast wydawania poleceń. „Dobrze zarządza zespołem i relacją ten, który zadaje dobre pytania” – mówi psycholożka. To zupełnie inny model przywództwa niż ten, do którego przyzwyczaiły nas korporacyjne podręczniki z początku lat 2000.Dlaczego słowo „ale” potrafi wszystko zepsućW podcaście pojawia się też pozornie drobny temat języka. Halina Piasecka zwraca uwagę na jedno słowo, które regularnie sabotuje relacje – zarówno prywatne, jak i zawodowe. Chodzi o „ale”.To ono najczęściej unieważnia komplementy, osłabia wsparcie i zamienia rozmowę w ocenę. „Świetnie to zrobiłaś, ale…” – słyszymy. I nagle cała pozytywna część zdania przestaje mieć znaczenie.
-
346
„Miłość do każdego dziecka jest inna”. Dlaczego niektóre matki są zazdrosne o córki i co robią nam mity o macierzyństwie? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 2
„Dzieci trzeba chcieć. Dzieci są egocentryczne” – mówi Katarzyna Miller w 2. odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości”. I już po kilku minutach rozmowy wiadomo, że nie będzie to kolejna cukierkowa opowieść o macierzyństwie jako spełnieniu kobiecego losu. Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, razem z psycholożką biorą pod lupę najbardziej utrwalone i okrutne mity dotyczące bycia matką. Sponsor partnerem odcinka jest marka Pandora.Macierzyństwo wciąż bywa przedstawiane jak stan naturalnej łaski: kobieta rodzi dziecko, natychmiast zalewa ją fala miłości, intuicja działa bezbłędnie, a jej życie nabiera sensu. Instynkt macierzyński? „Miłość nie zawsze spada z nieba”Jednym z najmocniej zakorzenionych przekonań jest wiara w automatyczny instynkt macierzyński. Kobieta ma „wiedzieć”, „czuć”, „rozumieć”. Tymczasem Katarzyna Miller mówi wprost: „Dzieci trzeba chcieć. Dzieci są egocentryczne”.To zdanie wybrzmiewa mocno właśnie dlatego, że odbiera macierzyństwu fałszywy romantyzm. Psycholożka przypomina, że dziecko nie pojawia się po to, by uleczyć dorosłych z samotności, nadać życiu sens albo skleić relację. Ono przede wszystkim potrzebuje uwagi, czasu i emocjonalnej obecności. A to oznacza ogromne obciążenie – również psychiczne.W rozmowie pojawia się ważny wątek kobiecego wstydu. Bo co, jeśli miłość nie przychodzi od razu? Co, jeśli zamiast wzruszenia pojawia się lęk, zmęczenie albo poczucie utraty dawnego życia? Miller podkreśla, że takie emocje nie czynią nikogo złą matką. Czynią ją człowiekiem.Matka wie najlepiej? NiekonieczniePrzez dekady kobiety słyszały, że „matczyna intuicja” jest nieomylna. Tymczasem Miller przypomina, że wielu dorosłych do dziś nosi w sobie ślady dziecięcych rozczarowań i niespełnionych obietnic.Psycholożka przywołuje osobiste wspomnienie: „Nie zapomnę, jak nie spałam całą noc, bo mama obiecała iść ze mną na grzyby”.Z takich pozornie drobnych scen buduje się dziecięce poczucie bezpieczeństwa. Nie z perfekcyjnych metod wychowawczych ani modnych poradników. Dziecko nie potrzebuje matki idealnej. Potrzebuje przewidywalności, obecności i emocjonalnej prawdy.Rozmowa pokazuje też, jak niebezpieczne bywa przekonanie, że rodzic „wie lepiej”, czego dziecko potrzebuje. Czasem pod hasłem troski ukrywa się kontrola. Czasem – własne lęki.Czy matka kocha wszystkie dzieci tak samo?To jeden z najbardziej tabuizowanych tematów. Bo kultura wymaga od matek miłości identycznej, równej, sprawiedliwej. Katarzyna Miller mówi jednak otwarcie: „Miłość macierzyńska jest inna do każdego dziecka”.I właśnie ta szczerość sprawia, że podcast „Przerwa na kawę z Kasią Miller” działa mocniej niż kolejny poradnik o idealnym rodzicielstwie. Nie daje prostych recept. Nie moralizuje. Zamiast tego pozwala kobietom odetchnąć od presji perfekcji.To rozmowa o macierzyństwie bez instagramowego filtra. O zmęczeniu, ambiwalencji, czułości i granicach. Ale też o tym, że dobra matka nie musi być święta. Wystarczy, że pozostanie prawdziwa.Miłość ma więcej niż jedną twarzPartnerem odcinka jest marka Pandora, która w kampanii BE LOVE przypomina o czymś, co wybrzmiewa również w rozmowie Joanny Olekszyk i Katarzyny Miller: że miłość nie zawsze wygląda tak, jak pokazują ją filmy czy media społecznościowe. Nie zawsze jest łatwa, spektakularna i bezwarunkowo piękna.Czasem miłość oznacza stawianie granic. Czasem troskę o siebie. Czasem umiejętność powiedzenia: „nie jestem idealna”. I właśnie dlatego kampania Pandora BE LOVE tak dobrze koresponduje z tematem tego odcinka – pokazuje różne odcienie bliskości: miłość rodzinną, przyjacielską, partnerską, ale też tę skierowaną do samej siebie.Bez lukru, za to z autentycznością. Bo być może najważniejsze relacje w naszym życiu to nie te najbardziej widowiskowe, ale te najbardziej prawdziwe.Więcej o kampanii BE LOVE i kolekcjach marki znajdziesz na Pandora.
-
345
„Nie histeryzuj” to nie wsparcie, a brak szacunku. Dr Aleksandra Piotrowska o zawstydzanych emocjach | „Dylematy mamy i taty”, odc. 4
„Emocje są kawałkiem nas, równie ważne jak pamięć czy postrzeganie. Emocje służą nam do motywacji. A u nas w kraju standardem jest MO — miłość obywatelska” — mówi psycholożka, dr Aleksandra Piotrowska w podcaście „Dylematy mamy i taty”, prowadzonym przez Alinę Gutek, zastępczynię redaktorki naczelnej magazynu „Zwierciadło”. I właśnie od emocji — tych dziecięcych, ale też naszych, dorosłych — zaczyna się rozmowa o lękach, które coraz częściej przestają być chwilowym etapem rozwoju, a stają się sygnałem alarmowym. Sponsorem odcinka podcastu jest BOIRON.Jeszcze kilka lat temu dziecięce lęki często traktowano jak fanaberię albo przejaw nadwrażliwości. Dziś psychologowie alarmują: liczba dzieci i nastolatków z objawami zaburzeń lękowych oraz depresyjnych rośnie dramatycznie. Problemy ze snem, wycofanie, bóle brzucha przed szkołą, ataki paniki, izolowanie się od rówieśników — to nie są „gorsze dni”, które zawsze mijają same.W rozmowie z Aliną Gutek psycholożka, dr Aleksandra Piotrowska podkreśla, że kluczowe jest odróżnienie naturalnego strachu od lęku, który zaczyna dezorganizować codzienność dziecka. Strach ma konkretny obiekt: ciemność, psa, hałas, sprawdzian. Lęk jest bardziej rozlany — często trudny do nazwania nawet dla dorosłego, a co dopiero dla kilku- czy kilkunastolatka.I właśnie dlatego tak ważna staje się uważność rodziców. Nie na oceny. Nie na „grzeczność”. Tylko na zmianę funkcjonowania.Czerwone flagi, których nie warto ignorowaćDziecko nagle przestaje spotykać się z przyjaciółmi. Coraz częściej boli je brzuch przed wyjściem do szkoły. Zamyka się w pokoju. Reaguje złością albo płaczem na sytuacje, które wcześniej były neutralne. Nie śpi. Nie je. Albo przeciwnie — ucieka w jedzenie, ekran, całkowite odcięcie.To moment, w którym rodzic powinien przestać pytać: „czy ono nie przesadza?” i zacząć zastanawiać się: „co ono próbuje mi powiedzieć?”.Dr Piotrowska zwraca uwagę, że dzieci bardzo często nie mają języka do opisywania własnych stanów emocjonalnych. Zamiast powiedzieć „boję się”, mówią: „nie chcę iść do szkoły”, „boli mnie głowa”, „zostaw mnie”. Problem w tym, że dorośli nadal zbyt często odpowiadają zawstydzaniem.„Jak słyszymy: ‘nie histeryzuj’, ‘chciałabym mieć twoje problemy’ — to jest brak szacunku” — mówi psycholożka. I dodaje, że podobne komunikaty uczą dziecko jednego: że jego emocje są nieważne albo niepożądane.„Swoje nerwy możesz sobie w kieszeń wsadzić”W polskiej kulturze emocje dzieci nadal bywają traktowane jak problem wychowawczy, a nie informacja. Złość? Niegrzeczność. Płacz? Manipulacja. Lęk? Przesada.„Swoje nerwy to możesz sobie w kieszeń wsadzić. Dzieci wciąż są tak zawstydzane przez nauczycieli. Ten przekaz pokazuje, że dzielimy emocje na dobre i złe, które u grzecznego dziecka nie powinny się pojawić” — zauważa dr Piotrowska.To szczególnie niebezpieczne w przypadku dzieci wysoko wrażliwych, perfekcyjnych albo tych, które od najmłodszych lat słyszą, że „muszą sobie radzić”. Bo dzieci, które nigdy nie uczą się mówić o emocjach, często zaczynają mówić o nich ciałem.Bólami brzucha. Bezsennością. Tikami. Wycofaniem. Agresją.Nawet po latach można odbudować relacjęDla wielu rodziców najbardziej poruszający może okazać się fragment o poczuciu winy. O tym, że wychowywali „tak jak ich wychowano”. Że sami nie słyszeli „kocham cię”, więc trudno im dziś mówić to własnym dzieciom.„W wielu dzisiejszych domach dorośli mają kłopot, żeby powiedzieć: ‘kocham cię’. Po co to mówić, wystarczy, że ci samochód umyję” — zauważa psycholożka z charakterystyczną dla siebie ironią.„To nie jest tak, że nie da się zbudować na nowo relacji z dzieckiem, nawet jeśli przez 10 lat popełnialiśmy błędy” — mówi dr Piotrowska.Bo dzieci nie potrzebują perfekcyjnych rodzin. Potrzebują dorosłych, którzy potrafią zauważyć, że za złością, wycofaniem albo „histerią” bardzo często stoi po prostu lęk. Sponsorem odcinka podcastu jest BOIRON.
-
344
„Ciało wie”. Dekalog kobiety spełnionej dr. Tadeusza Oleszczuka i Aldony Luterek | „Ukryte piękno”. odc. 24
Spotykam osoby pogubione. Kobieta ma 50 lat i mówi: nie wiem, kim jestem. Mówię wtedy, zrób sobie rytuał, uczcij ten moment, bo to może być pierwszy dzień twojego nowego życia - mówi Aldona Luterek, soul coach®, właścicielka marki kosmetycznej Phenomé w podcaście „Ukryte piękno” . - Ciało to nasz przyjaciel. Ono nam mówi, jak mamy żyć - dodaje dr Tadeusz Oleszczuk. Jak przestać je traktować jak projekt do poprawy, a zacząć widzieć w nim przestrzeń życia i za czym tęsknią kobiety dojrzałe? Sponsorem odcinka jest marka kosmetyków naturalnych Phenomé.Dojrzałe ciało przez lata opisywano językiem braku: mniej jędrności, mniej energii, mniej możliwości. A gdyby odwrócić tę narrację? W podcaście „Ukryte piękno” Magdalena Kuszewska rozmawia z dr. Tadeuszem Oleszczukiem i Aldoną Luterek, soul coachem® i właścicielką marki Phenomé o tym, jak wspierać ciało zamiast z nim walczyć i je krytykować? - Bo – jak mówi ginekolog: ono wie. I jeśli tylko damy mu głos, może nas zaskoczyć.Ciało to nie problem - to relacjaMoment, w którym zaczynamy patrzeć na ciało jak na „problem do rozwiązania”, przychodzi często niepostrzeżenie. Zaczyna się od drobnych korekt, kontroli, porównań. Kończy – napięciem i poczuciem, że ciągle jesteśmy „nie dość”.Tymczasem, jak podkreśla dr Tadeusz Oleszczuk: „ciało to nasz przyjaciel. Ono nam mówi, jak mamy żyć. Ono się adaptuje.” Problem w tym, że rzadko słuchamy.Aldona Luterek widzi to w swojej pracy codziennie: kobiety zmęczone, przebodźcowane, odcięte od siebie. „W trakcie sesji soul coachingowych® i numerologicznych słyszę od kobiet, że śpią po sześć godzin” – mówi. I dodaje: to nie jest kwestia braku wiedzy, to kwestia decyzji.Bo zmiana zaczyna się od zatrzymania. „Pośpiech nie pozwala na podjęcie dobrych decyzji, trzeba się zatrzymać. Podjąć decyzję, że coś chcę zrobić inaczej” – podkreśla Luterek.Dojrzałe ciało – rachunek za styl życiaDojrzałość nie przychodzi nagle, jest konsekwencją. Często bardzo konkretną.Na pytanie Magdaleny Kuszewskiej o to, co dzieje się w ciele po czterdziestce i pięćdziesiątce, dr Oleszczuk odpowiada bez złudzeń:„To są konsekwencje codziennych nawyków przez ostatnie 15 lat. Jeśli kobieta nie dbała o siebie, mało spała, jadła byle co, to jak spadnie kurtyna estrogenowa, to wychodzi wszystko, o czym ciało szeptało przez lata.”I dodaje coś, co wybrzmiewa jak ostrzeżenie, ale też jak wezwanie do uważności: „Przecież 80% nowotworów jest po 45. roku życia.”To nie jest narracja strachu, tylko odpowiedzialności, bo ciało nie karze, tylko informuje.Multitasking? Droga donikądWspółczesna kobieta jest mistrzynią zarządzania. Zadaniami, emocjami, relacjami. Tylko że to mistrzostwo ma swoją cenę.„Multitasking nas rozjeżdża” – mówi wprost dr Oleszczuk.I trudno się z tym nie zgodzić. Ciągłe przełączanie uwagi, życie w trybie „więcej, szybciej, lepiej” oddala nas od podstawowego pytania: czego naprawdę potrzebuję?W tej perspektywie luksus zmienia znaczenie. „Luksus to nie jest pęd” – słyszymy w podcaście. Luksus to czas. Sen. Uważność. Decyzja, by nie robić wszystkiego.Punkt zwrotny: „nie wiem, kim jestem”Dojrzałość bywa momentem kryzysu. Ale – jak pokazuje rozmowa – może być też początkiem.Aldona Luterek opowiada o kobietach, które przychodzą do niej z jednym zdaniem: „Mam 50 lat i nie wiem, kim jestem.”Jej odpowiedź jest zaskakująco prosta: „Zrób sobie rytuał, uczcij ten moment, bo to może być pierwszy dzień twojego nowego życia.”To odwrócenie perspektywy jest kluczowe. Zamiast traktować zmianę jak stratę, można zobaczyć w niej przestrzeń.Czułość zamiast krytykiJednym z najbardziej poruszających wątków rozmowy jest temat czułości wobec własnego ciała.„Łatwiej dajemy czułość drugiemu człowiekowi, a nie sobie” – zauważa Luterek.A przecież to właśnie relacja z własnym ciałem jest tą najdłuższą i to najbardziej wymagającą.Sponsorem odcinka podcastu „Ukryte piękno” jest marka kosmetyków naturalnych Phenomé.
-
343
„Model trzech foteli nie działa”. Dr Tomasz Anyszek o kortyzolu i stresie, który może zmieniać wyniki badań | „Jak zdrowie”, odc. 15
„Błędny wynik jest gorszy niż brak wyniku” – mówi dr n. med. Tomasz Anyszek. W podcaście „Jak zdrowie” prowadzonym przez Annę Augustyn-Protas tłumaczy, jak stres – często niedostrzegany i bagatelizowany – potrafi zmieniać wyniki badań krwi, imitować choroby i wprowadzać nas w diagnostyczne pułapki. To opowieść o tym, dlaczego zanim zaczniemy leczyć liczby, powinniśmy przyjrzeć się własnemu życiu. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.Z pozoru to tylko liczby: glukoza, CRP, lipidogram. W praktyce – zapis stylu życia, napięcia, niewyspania i emocji, których nie dopuszczamy do głosu. W odcinku podcastu „Jak zdrowie” Anna Augustyn-Protas rozmawia z internistą i specjalistą diagnostyki laboratoryjnej i zdrowia publicznego dr. Tomaszem Anyszkiem o tym, jak stres przenika do biologii i dlaczego czasem to nie choroba zniekształca wyniki badań, ale… nasze życie.Psychika zapisana w liczbachBadania krwi uchodzą za najbardziej obiektywny zapis naszego zdrowia. Liczby nie kłamią – powtarzamy. A jednak coraz więcej danych pokazuje, że mogą opowiadać historię znacznie bardziej złożoną, niż tylko fizjologia.W stanie stresu organizm przełącza się w tryb przetrwania. Wzrasta poziom hormonów stresu, zmienia się metabolizm, przyspiesza akcja serca. To reakcje, które mają nas chronić – ale w dłuższej perspektywie zaczynają zaburzać równowagę.– „Jak najbardziej – zupełnie inne wyniki krwi mamy, jeśli pójdziemy zrelaksowani na badanie, a inne jeśli zestresowani. Chodzi o hormony, m.in. kortyzol” – wyjaśnia dr n. med. Tomasz Anyszek i dodaje: „Poziom kortyzolu to podstawowy wyznacznik stresu”.Kortyzol nie działa w próżni. Wpływa na poziom glukozy, gospodarkę lipidową, ciśnienie tętnicze, a także funkcjonowanie układu odpornościowego. To dlatego wyniki badań mogą być tak wrażliwe na to, co dzieje się w naszej głowie.Wynik to nie diagnozaJednym z najważniejszych wątków rozmowy jest ryzyko nadinterpretacji badań. W świecie, w którym dostęp do diagnostyki jest coraz łatwiejszy, łatwo zapomnieć, że liczby wymagają kontekstu.Przewlekły stres potrafi zmieniać wyniki w sposób, który imituje chorobę. Podwyższone markery stanu zapalnego, zaburzony poziom cukru czy nieprawidłowy lipidogram nie zawsze oznaczają rozwijającą się patologię.– „Przewlekły stres może wskazywać na choroby, których nie ma” – podkreśla specjalista.A zaraz potem dodaje ostrzeżenie: „Błędny wynik jest gorszy niż brak wyniku”. Bo nieprecyzyjna interpretacja może prowadzić do niepotrzebnych badań, leczenia i – co równie istotne – przewlekłego niepokoju.Życie w trybie przeciążeniaJednym z najbardziej podstępnych aspektów przewlekłego stresu jest to, że często go nie rozpoznajemy. Objawy – zmęczenie, rozdrażnienie, problemy ze snem – traktujemy jako naturalny element codzienności.Tymczasem to sygnały ostrzegawcze.– „Model trzech foteli nie działa – praca, samochód, dom” – mówi dr n. med. Tomasz Anyszek.Brak ruchu, brak regeneracji i brak realnego odpoczynku sprawiają, że organizm funkcjonuje w permanentnym napięciu. A to środowisko, w którym wyniki badań prędzej czy później zaczną się zmieniać.Kiedy warto powtórzyć badaniaNie każdy wynik powinien być interpretowany natychmiast i dosłownie. Okoliczności, w jakich wykonujemy badania, mają ogromne znaczenie.Jeśli towarzyszy nam silny stres, brak snu czy przeciążenie – warto rozważyć powtórzenie badań w bardziej stabilnym stanie. To nie podważanie diagnostyki, lecz jej uzupełnienie.Wynik badania to nie fotografia w próżni. To zapis konkretnego momentu – również emocjonalnego.Najprostsze rzeczy, które działająNa koniec zostaje to, co najtrudniejsze: konsekwencja w prostych działaniach: regularne badania, sen, ruch, odpoczynek, uważność. Bez spektakularnych rozwiązań i skrótów. Za to z rosnącą świadomością, że ciało mówi do nas nie tylko wtedy, gdy choruje – ale także wtedy, gdy jest przeciążone.Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.
-
342
„Na nogach mam wytatuowane memy z internetu”. Kuba Rafalski jako psycholog i stand-uper bez taryfy ulgowej | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 15
„Często czuję się samotny. Jednak czucie się samotnym nie jest tym samym, co bycie samotnym” – mówi Kuba Rafalski w rozmowie z Beatą Biały w 15. odcinku podcastu „Mężczyzna jest człowiekiem”. Psycholog, komik i twórca internetowy pokazuje, jak śmiech miesza się z refleksją, a stand-up staje się narzędziem mówienia o sprawach, o których przez lata mężczyźni milczeli. Czy mężczyzna w Polsce ma dziś prawo być kruchy, niepewny, samotny – i czy w ogóle ktoś chce tego słuchać?W najnowszym odcinku podcastu Zwierciadła Beata Biały zaprasza do rozmowy Kubę Rafalskiego – stand-upera i psychologa, który z równą swobodą operuje żartem, co ciszą. Zapraszamy na spotkanie o granicach humoru, męskiej depresji i o tym, dlaczego śmiech bywa czasem ostatnią formą obrony.Stand-up to nie terapiaKuba Rafalski należy do tej generacji komików, którzy nie uciekają w bezpieczne schematy. Jego występy, znane z klubów stand-upowych i internetu, często dotykają tematów trudnych: choroby, samotności, relacji. Popularność zdobył dzięki autentyczności i odwadze – nie tylko scenicznej, ale też osobistej.Jak sam przyznaje, droga do tego miejsca nie była oczywista. Kuba choruje na rdzeniowy zanik mięśni (SMA), porusza się na wózku, za to aktywnością intelektualną mógłby obdzielić co najmniej kilka osób. Z wykształcenia jest psychologiem, a z zawodu terapeutą i komikiem. „Miałem łatwiej, bo byłem chory od urodzenia i nie znałem innego życia” – rozbraja szczerością i jednocześnie podkreśla, że komedia to nie jest przestrzeń całkowicie wolna od zasad. „To zły pomysł, żeby testować żarty na rodzinie i znajomych” – dodaje. Bo choć scena daje wolność, to relacje prywatne rządzą się innymi prawami.Gdzie kończy się żart?Jeden z bardziej popularnych występów Kuby dotyczy wizyty w hospicjum. „Czy są tematy, z których nie wolno żartować?” – pyta Beata Biały. Rafalski podaje swoje kryterium i przywołuje doświadczenie. „Byłem na open mic’u: młody, niedoświadczony komik żartował do kobiety, ofiary napastnika na kampusie na Uniwersytecie Warszawskim, zbyt krótko po tej tragedii, widzowie źle to przyjęli”. Dodaje też: „Na pewno nie żartowałbym z osób, które nie mogą się obronić jak np. Kamil, ofiara przemocy domowej”. To ważne rozróżnienie – nie chodzi o zakazy, ale o świadomość i o to, kto jest celem żartu, czy ma możliwość odpowiedzi.Czułość i ironiaChoć rozmowa dotyka ciężkich tematów, nie brakuje w niej lekkości. Rafalski z uśmiechem opowiada: „Na nogach mam wytatuowane memy z internetu”. Ten detal mówi o nim więcej niż niejedna analiza – dystans do siebie, zanurzenie w kulturze cyfrowej i potrzeba oswajania rzeczywistości poprzez humor. Taka właśnie ta mieszanka – czułości i ironii – sprawia, że jego głos wybrzmiewa tak wyraźnie. Nie moralizuje, nie poucza, raczej zaprasza do wspólnego namysłu.Nie ma w tym pozy teatralnej ani potrzeby imponowania. „Nie chcę nikomu nic udowadniać” – deklaruje. Brzmi to niemal jak manifest pokolenia zmęczonego presją sukcesu i nieustannego porównywania się z innymi.Męskość bez taryfy ulgowejNapięcie – między ciepłem a wymaganiem – dobrze oddaje doświadczenie wielu mężczyzn wychowanych w Polsce. Bez przyzwolenia na słabość, bez języka do mówienia o emocjach. Nic dziwnego, że dziś coraz częściej mówi się o zjawisku, które Rafalski nazywa wprost: „ile mamy teraz tzw. męskiej depresji”. Nie jest to tylko diagnoza społeczna, ale także osobiste wyznanie. „Często czuję się samotny. Jednak czucie się samotnym nie jest tym samym, co bycie samotnym” – podkreśla i zawiera całą ambiwalencję współczesnej męskości: obecność ludzi wokół i jednoczesne poczucie izolacji.Rozmowa z Kubą Rafalskim stawia ważne pytanie: czy jesteśmy gotowi uznać, że mężczyzna – tak jak każdy – ma prawo do słabości, wątpliwości i emocji, które nie mieszczą się w stereotypie?
-
341
„Przyjaźń jest stanem ducha”. Jak podtrzymywać dobre znajomości? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 1
Nie ma rocznic, wielkich deklaracji ani spektakularnych rozstań. A jednak to ona najczęściej zostaje, gdy wszystko inne się kończy. W pierwszym odcinku specjalnego cyklu „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” Joanna Olekszyk i słynna psycholożka rozkładają przyjaźń na czynniki pierwsze – bez lukru, ale z czułością. Bo może właśnie tu kryje się najdojrzalsza forma miłości. Miłość to coś więcej niż romantyczne uczucie. To też działanie. Marka Pandora zachęca, by dostrzegać miłość w codzienności. Aby się nią otaczać, by ją wyrażać – nie tylko słowami, ale również czynami. By dawać miłość innym, ale również ją przyjmować. By się nią inspirować i nią żyć. Biżuteria Pandora staje się symbolem tych emocji i gestów. Sponsorem odcinka jest Pandora.Przyjaźń – miłość, która nie męczyMiłość romantyczna potrafi być jak rollercoaster – porywa, uzależnia, ale też wyczerpuje. Przyjaźń działa inaczej. Ciszej. Stabilniej. „Przyjaźń w przeciwieństwie do miłości nie spędza nam snu z powiek” – mówi Kasia Miller i trudno o trafniejszą definicję.To relacja, która nie potrzebuje ciągłego potwierdzania. Nie wymaga spektakularnych gestów ani dowodów oddania. Nie opiera się na napięciu, tylko na obecności. Może dlatego tak często ją niedoceniamy – bo nie krzyczy o uwagę.A przecież to właśnie ona daje coś fundamentalnego: „Przyjaźń jest bazą poczucia, że jestem wśród ludzi”.Bez daty początku, bez scenariusza końca„W przyjaźni nie celebrujemy rocznic, nie dajemy prezentów?” – zastanawia się Joanna Olekszyk. I rzeczywiście: rzadko pamiętamy moment, w którym wszystko się zaczęło. „Nie pamiętamy, kiedy przyjaźń się zaczęła” – dodaje.To relacja, która nie potrzebuje punktów granicznych. Nie ma jasno określonego „statusu”, nie wymaga nazwania. Jest trochę poza systemem – i może właśnie dlatego tak dobrze znosi próbę czasu.„Wybrać kogoś” – sedno relacji„Przyjaźń to wybrać kogoś, bo przy miłości niby też, ale ona nas czasem dopada” – zauważa Miller. Bo miłość romantyczna często przychodzi niespodziewanie, bywa impulsem, chemią, przypadkiem. Przyjaźń jest bardziej świadoma. To decyzja: chcę mieć cię w swoim życiu.Może dlatego bywa trwalsza. Bo nie opiera się na emocjonalnym fajerwerku, tylko na powtarzalnym wyborze.Relacja, w której można być sobąJedna z najważniejszych cech przyjaźni? Bezwarunkowa akceptacja.„Przyjaźń to przyzwolenie na to, że jest się taką, jaką się jest. To rodzaj związku” – mówi Miller.Bez presji bycia atrakcyjną, interesującą, „najlepszą wersją siebie”.„W związkach staramy się być atrakcyjnymi, a w przyjaźni nie: jestem, jaka jestem, bo za to jestem kochana”.Przyjaźń to przestrzeń, w której można zdjąć maskę – i nie bać się, że ktoś odejdzie.Przyjaźń jako fundament miłościMoże warto przestać traktować przyjaźń jak „dodatek” do życia – i zacząć widzieć w niej jego fundament.„Nie wyobrażam sobie życia bez przyjaźni, a o dziwo, wyobrażam sobie bez miłości. W przyjaźni czujesz się z kimś tak bezpiecznie” – mówi psycholożka. Zresztą te oba typy relacji mogą się przeplatać, bo jak mówi Joanna: „Wiem od ekspertów, że dobrze, gdy miłość zaczyna się od przyjaźni”.„Jak podtrzymywać dobre znajomości?” – pyta Joanna.Odpowiedź okazuje się zaskakująco prosta i trudna zarazem.Miłość w wielu odsłonach – także w kampanii BE LOVEW czasach, gdy relacje coraz częściej sprowadzamy do szybkich interakcji i powierzchownych kontaktów, warto przypominać, że miłość ma więcej niż jedną twarz. I nie zawsze jest romantyczna.To właśnie pokazuje kampania Pandora BE LOVE – celebrująca różne odcienie miłości: przyjacielskiej, rodzinnej, tej do samego siebie. Bez patosu, za to z autentycznością.Bo być może najważniejsze relacje w naszym życiu to nie te najbardziej spektakularne, ale te najbardziej prawdziwe.Odkryj kolekcje, które pozwalają wyrażać miłość każdego dnia na www.pandora.net BE LOVE.Sponsorem odcinka jest Pandora.
-
340
„Trądzik różowaty zaczyna się niewinnie”. Dr Michał Rachalewski o czterech rodzajach tej choroby, która wcale nie dotyczy tylko skóry | „Ukryte piękno”, odc. 24
Trądzik różowaty to choroba mocno niedoszacowana w społeczeństwie, a w równym stopniu dotyczy kobiet i mężczyzn - mówi dr n. biol. Michał Rachalewski w podcaście „Jak zdrowie”. Zaczyna się niewinnie – lekkie pieczenie po kawie, zaczerwienienie, które „zaraz zejdzie”, uczucie suchości mimo dobrej pielęgnacji. Dlaczego trądzik różowaty to coś więcej niż problem estetyczny – i jak przestać go ignorować? Sponsorem odcinka jest Pharmaceris. Choroba, której nie widać (na początku)Trądzik różowaty nie zaczyna się spektakularnie. To raczej seria drobnych, niepokojących zmian. „Pierwsze objawy to uczucie pieczenia, suchości. Skóra zaczyna być tkliwa na bodźce, na które do tej pory tak nie reagowała – jak kawa” – wyjaśnia dr n. biol. Michał Rachalewski.Największym problemem trądziku różowatego jest to, że łatwo go nie rozpoznać. Albo – co gorsza – pomylić z „wrażliwą cerą”.Tymczasem skala zjawiska jest duża. „Po 30. roku życia co dziesiąta Polka ma trądzik różowaty” – podaje ekspert. I choć stereotypowo kojarzy się on głównie z kobietami, „w równym stopniu dotyczy kobiet i mężczyzn” – podkreśla dr Rachalewski.Dlaczego tak często pozostaje niezdiagnozowany? Jak zaznacza ekspert: „to nie jest choroba stricte skórna, jest tu zaangażowany układ nerwowy”. To oznacza, że reaguje na stres, emocje, styl życia. Skóra staje się ekranem, na którym wyświetla się to, co dzieje się głębiej.Cztery twarze jednego problemuTrądzik różowaty nie jest jednorodny. Istnieją cztery jego główne postaci – od rumieniowej, przez grudkowo-krostkową, aż po bardziej zaawansowane formy związane z przerostem tkanek czy zmianami ocznymi.Ta różnorodność sprawia, że jeszcze trudniej go jednoznacznie rozpoznać.Pielęgnacja zaczyna się od podstawDelikatne, dobrze dobrane dermokosmetyki – takie jak rozwiązania oferowane przez markę Pharmaceris – mogą tu odegrać kluczową rolę. Nie chodzi o ilość produktów, ale o ich jakość i dopasowanie do potrzeb skóry reaktywnej.Zresztą przypadku trądziku różowatego dermokosmetyki nie są dodatkiem – są częścią terapii. I choć na półce widzimy gotowy produkt, jego skuteczność rozgrywa się na poziomie konkretnych substancji aktywnych.W formułach przeznaczonych do skóry z rumieniem kluczową rolę odgrywa azeloglicyna – połączenie kwasu azelainowego i glicyny. Działa jednocześnie przeciwzapalnie, reguluje wydzielanie sebum i łagodzi zmiany grudkowo-krostkowe, bez ryzyka podrażnienia skóry wrażliwej . To jeden z tych składników, które „uspokajają” skórę, zamiast ją dyscyplinować.Drugą ważną grupą są substancje wpływające na reaktywność naczyń i stres skóry. Tu pojawia się Agascalm™ – kompleks roślinny, który zmniejsza rozszerzenie naczyń krwionośnych i neutralizuje wpływ stresu na skórę, ograniczając zaczerwienienia i stan zapalny. To ciekawy punkt styku pielęgnacji i neurobiologii, o którym mówił dr Rachalewski – bo skóra reaguje nie tylko na kosmetyk, ale i na napięcie.Kolejna warstwa to składniki wzmacniające i regenerujące. Ekstrakt z wąkroty azjatyckiej (Centella asiatica) wspiera mikrokrążenie i regenerację, zmniejszając widoczność naczynek i przyspieszając gojenie . Z kolei woda oczarowa działa ściągająco i poprawia kondycję skóry, delikatnie wyrównując jej koloryt .Nie można też pominąć składników „cichych bohaterów”: pantenolu, alantoiny czy lipidów roślinnych – które odbudowują barierę naskórkową i zmniejszają uczucie pieczenia. To szczególnie ważne w kontekście zdania, które padło w podcaście: zaburzenie integralności naskórka to „otwieranie wrót dla patogenów i czynników drażniących”.W bardziej zaawansowanych formułach pojawiają się także peptydy (np. tetrapeptydy), antyoksydanty (jak witamina C czy E) oraz ekstrakty roślinne o działaniu detoksykującym i wzmacniającym odporność skóry na stres . Ich zadaniem nie jest szybki efekt „wow”, ale długofalowe wyciszenie reaktywności.Całość układa się w spójną strategię: nie walczyć ze skórą, tylko przywracać jej równowagę. Sponsorem odcinka jest Pharmaceris.
We're indexing this podcast's transcripts for the first time — this can take a minute or two. We'll show results as soon as they're ready.
No matches for "" in this podcast's transcripts.
No topics indexed yet for this podcast.
Loading reviews...
ABOUT THIS SHOW
„Zwierciadło Podcasty” to rozmowy o psychologii, kulturze, wychowaniu, podróżach i dobrym życiu.Naszymi gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.
HOSTED BY
Zwierciadło
Loading similar podcasts...